Pieniądze nie do przełknięcia

Pieniądze nie do przełknięcia

Jedzenie owadów to norma dla większości mieszkańców naszej planety. Namawiają do tego nawet specjaliści z UE i ONZ. Nowa moda dotarła również do Polski, a restauratorzy zwietrzyli interes.

Suszone świerszcze, mrówki, karaczany, koniki polne czy larwy mącznika to tylko kilka owadzich przysmaków, które możemy spróbować w restauracji Insekt, otwartej pod koniec lipca w łódzkiej OFF Piotrkowska. Owady serwowane są jako przekąski do zwykłych dań lub jako dodatki do drinków. Już wkrótce pojawią się jako składniki samodzielnych posiłków, jednak restauratorom na przeszkodzie stanął sanepid.

– Polskie prawo nie nadąża za kulinarnymi modami. Owady nie są uznawane jako środek spożywczy w Polsce – tłumaczy Urszula Jędrzejczyk, państwowy powiatowy inspektor sanitarny w Łodzi. I dodaje: – Potrzebne są dokumenty potwierdzające, że owady serwowane w tej restauracji są bezpieczne dla ludzi. Okazuje się, że dokumenty są, choć wydane w innym kraju. – Posiadamy wszystkie niezbędne certyfikaty i badania weterynaryjne z Francji, Belgii i Holandii przetłumaczone na język polski – mówi Magda Tsikampoungui, pomysłodawczyni i właścicielka lokalu, dodając, że w Polsce nie obowiązują żadne przepisy dotyczące podawania owadów, a więc nie ma podstawy prawnej do wydawania zakazów.

Większym problemem niż same przepisy mogą okazać się gusta kulinarne naszych rodaków. Niewiele osób jest w stanie przełamać wewnętrzny wstręt i zjeść robaka, nawet jeśli byłby wyjątkowo smaczny. Świadczy o tym przykład warszawskiego lokalu Co To To Je, który jako pierwszy serwował dania z owadów. Utrzymał się zaledwie kilka miesięcy. Szaszłyki z jedwabnikiem, drewnojadem i szarańczą czy kaczka w sosie ze świerszczy nie przypadły do gustu mieszkańcom stolicy. Tymczasem jedzenie owadów to norma dla 80 proc. społeczeństw na świecie. Na jednego mieszkańca naszej planety przypada ponad 1,2 mln insektów. Nic dziwnego, że wiele branż potrafi zrobić na nich wielki biznes.

ROBACZYWE PERSPEKTYWY

Choć społeczeństwa zachodniej kultury nadal patrzą na jedzenie owadów z obrzydzeniem, reszta świata zajada się nimi od wieków. Cesarz Japonii Hirohito przepadał za osami z ryżem. Smażone ważki, suszone dżdżownice, chrząszcze w czekoladzie, prażone chrabąszcze, gotowane gąsienice, mrówcze jaja, komary czy biedronki to przysmaki wielu kultur na całym świecie. W Chinach wszędzie można kupić koniki polne, które serwowane są na drewnianych patyczkach, jak u nas szaszłyki. Mieszkańcy Kambodży zjadają tarantule smażone w głębokim tłuszczu. Kina w Ameryce Południowej serwują pieczone mrówki zamiast popcornu. Filipińczycy gustują w świerszczach zawijanych w liście bananowca, z kolei w Tajlandii zajadają się prażonymi karaluchami i larwami. Owady sprzedaje się na wagę, niewielka torebka kosztuje 25 bahtów (ok. 3 zł). Wiadomo, im większe, tym lepsze, i oczywiście droższe. Smażone gąsienice i termity są przysmakiem w Afryce. Z larw motyli przyrządza się sosy do mięs i ryb. W tamtejszych sklepach można nawet kupić owady konserwowane. Podobnie jest w Australii, gdzie w supermarketach nie lada atrakcję stanowią czerwie ciem witchetty.

Naukowcy z Universidad Nacional Autónoma de México skatalogowali blisko 1700 gatunków owadów, w których gustują mieszkańcy ponad 100 krajów. W samym Meksyku za jadalne uchodzi ponad 500 z nich. Najlepsze okazy można spotkać oczywiście na terenie strefy równikowej, bo tam bezkręgowców jest najwięcej. Mają też imponujące rozmiary – półmetrowe dżdżownice, kilkunastocentymetrowe wije i chrząszcze wielkości małych ptaków. Zwolennicy owadzich przysmaków zwracają uwagę na ich walory odżywcze. Są doskonałym źródłem białka i żelaza. Larwy niektórych motyli i chrząszczy zawierają trzy razy więcej białka niż wołowina. Ciało pasikonika zawiera aż 20 proc. białka i tylko 6 proc. tłuszczu. Dla porównania w wołowinie wskaźniki te oscylują na poziomie 24 i 18 proc. Poza tym jedząc owady, możemy liczyć na sporą dawkę wapnia (cztery duże świerszcze mają go tyle co szklanka mleka), żelaza (szczególnie bogate są w nie termity), cynku i witaminy B. 100 g gąsienic zawiera więcej białka i żelaza niż stek wołowy czy 100 g ryby. Dodatkowo są produktem całkowicie ekologicznym – hodowla insektów produkuje o jedną trzecią mniej gazów cieplarnianych niż bydło, oczywiście w przeliczeniu na masę ciała.

Korzyści z jedzenia owadów nie ukrywa David George Gordon, ekolog i autor książki kucharskiej „Eat-a-Bug”. – Insekty to najbardziej wartościowe i ekologiczne spośród wszystkich niedocenianychprzez nas stworzeń na świecie. Nie wymagają zamieniania lasów w pola uprawne, nie wymagają dużego zużycia wody, nie emitują gazów cieplarnianych, nie produkują obornika – przekonuje.

W swoim założeniu nie jest jedyny. Od 2008 r. do jedzenia owadów zachęca także ONZ. Eksperci z FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Rolnictwa i Wyżywienia) w owadach widzą rozwiązanie problemu żywności dla coraz większej ludności świata. Naukowcy zwracają uwagę na stale rosnący popyt na mięso. Jego spożycie na świecie wzrośnie w 2015 r. do 315 mln t, czyli zwiększy się o 20 proc. w stosunku do roku 2008. – Powoli zaczynamy odczuwać kryzys w produkcji mięsa. Zwiększająca się populacja ludzi na całym świecie spożywa coraz więcej produktów pochodzenia zwierzęcego, a możliwości produkcji powoli się wysycają. Jeszcze 20 lat temu średnie roczne spożycie mięsa wynosiło 20 kg na osobę, teraz 50 kg, a w ciągu 20 lat wrośnie do 80 kg. Nadejdzie dzień, kiedy Big Mac będzie kosztował 120 euro, a „Big Bug” (Owadoburger) 12 euro – alarmuje profesor Arnold van Huis, holenderski entomolog i konsultant ds. żywności FAO.

Zdaniem naukowca kryzys żywnościowy sprawi, że za 40 lat więcej ludzi będzie jadało owady niż wołowinę, dlatego wraz z kolegami z Uniwersytetu Wageningen powołał zespół ekspertów, który pracuje nad alternatywnymi źródłami białka. Nazlecenie Unii Europejskiej przeprowadzili badania wartości odżywczych owadów. W ich następstwie uruchomiono projekt za 3 mln euro, który ma promować jedzenie insektów. Problem w tym, że za zachętą nie nadążają ani przepisy krajów Wspólnoty, ani kubki smakowe samych Europejczyków.

KREWETKI PRZESTWORZY

Czy da się przekonać mieszkańców Starego Kontynentu do jedzenia owadów? Owszem, ale wątpliwe, by takie akcje miały szansę powodzenia na szeroką skalę. Ciasteczka z larwami motyli, szarańczę w szpinaku czy proteinowy koktajl z gąsienic dostaniemyco prawda w londyńskiej Insect Restaurant, podobnie jak dżem z termitów, sushi z mrówek i koniki polne z czosnkiem i pietruszką w barcelońskiej Montse Guillen Restaurant. Lokale z Łodzi czy Warszawy pokazują, że również w Polsce zaczynają się pojawiać. Jednak pojedynczy lokal nie uprawnia do stwierdzenia, że Polacy, Brytyjczycy czy Hiszpanie zaczęli jeść owady. Do czasu – wieszczą eksperci. – W 2020 r. będziemy kupować owady w supermarketach – prorokuje prof. Marcel Dicke z Uniwersytetu w Wageningen na łamach „Daily Telegraph”, nazywając owady „krewetkami przestworzy”. – Obserwowaliśmy wprowadzanie do menu bakłażanów czy sushi, których nikt wcześniej nie jadł. Myślę, że tak samo będzie z insektami w sosach lub w hamburgerach. Trzeba je tylko atrakcyjnie przygotować – uważa profesor. Jego zdaniem wstręt do jedzenia owadów jest nabyty, a nie wrodzony. Jako dzieci wkładamy przecież różne rzeczy do ust, dopiero z wiekiem dowiadujemy się od rodziców, że nie powinniśmy tego robić.

Do jedzenia owadów nie trzeba przekonywać dr Łukasza Łuczaja, biologa z Pogórza Karpackiego, który od kilku lat prowadzi warsztaty kulinarne w plenerze. Radzi na nich, jak przyrządzać posiłki z owadów. – Zadowalamy się tym, co sami złapiemy. Prażone koniki polne czy mrówki mają specyficzny smak, który naprawdę warto poznać. Owady jada się na całym świecie, ale w Polsce ich spożywanie nadal uchodzi za dziwactwo – przyznaje. Chętnych na survivalową przygodę jednak nie brakuje. Aby załapać się na warsztaty z autorem „Poradnika robakożercy”, trzeba zapisywać się z wielotygodniowym wyprzedzeniem (cena dwudniowego warsztatu to 800 zł).

Czy tego chcemy, czy nie, i tak wszyscy zjadamy owady. Nawet pół kilograma rocznie. Oczywiście nieświadomie, głównie podczas snu i w postaci przetworzonych produktów. Potwierdza to raport amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA), z którego wynika, że w chmielu wyrabianym do piwa każde 10 g zawiera do 2,5 tys. owadów (przede wszystkim mszyc). Z każdą szklanką soku z owoców cytrusowych wypijamy średnio pięć muszek lub ich jajeczek, a w mące na każde 100 g może znaleźć się do 150 fragmentów owadów. Podobnie jest w przypadku sproszkowanych ziół, ryżu i makaronów, dżemu truskawkowego, czekolady, masła orzechowego i przecierów pomidorowych (jako dopuszczone przepisami zanieczyszczenie biologiczne). Czy rzeczywiście czeka nas robaczywa przyszłość na talerzu? Bez wątpienia dla wielu będzie to wielki problem do przełknięcia. Na razie na owadach najwięcej zarabiają u nas producenci środków owadobójczych (rynek wyceniany jest na 60 mln zł rocznie). Konkurencja jednak nie śpi.

Okładka tygodnika WPROST: 38/2014
Więcej możesz przeczytać w 38/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0