COVER: Drogo, bo w Polsce

COVER: Drogo, bo w Polsce

Według określenia brytyjskiego historyka prof. Normana Daviesa, wciąż tkwimy w stanie "ustabilizowanej klęski". Jak bowiem inaczej określić sytuację, skoro w 2004 r. 78 proc. Polaków stwierdza w sondażu CBOS, że bogaci obywatele to ci, których miesięczne dochody przekraczają tysiąc złotych? Drożyzna - takiej odpowiedzi na pytanie, co jest największym nieszczęściem naszego kraju, udzieliło ankieterom TNS OBOP 95 proc. Polaków w czerwcu 1992 r. Gdy po 11 latach, we wrześniu ubiegłego roku, spytano o to samo, za największe nieszczęście Polski uznaliśmy znów drożyznę. I nie myliliśmy się w ocenach. Polska będzie jednym z najdroższych pod względem kosztów życia i prowadzenia biznesu spośród dziesięciu państw, które 1 maja 2004 r. przystąpią do unii.
Tymczasem jesteśmy wciąż dość ubogim krajem: PKB na mieszkańca (według siły nabywczej rodzimej waluty) jest u nas aż o 3,7 tys. euro niższy niż w Czechach, o ponad 1,8 tys. euro niższy niż na Węgrzech i o ponad 1,3 tys. euro niższy niż w Słowacji. Odwrotnie jest z cenami. Statystyczna rodzina Kowalskich na opłacenie podstawowych rachunków przeznacza półtora razy tyle ile rodzina słowacka. Według Eurostatu, polskie rodziny na zakupy w sklepach wydają średnio od 18 proc. do 25 proc. więcej niż czeskie, łotewskie czy estońskie. Droższe od Polski - biorąc pod uwagę koszty życia - są tylko Cypr, Malta i Słowenia, kraje (uwzględniając poziom ich PKB) znacznie bogatsze od Polski.

Nasi drodzy politycy

Za drożyznę nad Wisłą winę przede wszystkim ponoszą rządzący, którzy w imię swoich krótkowzrocznych, partykularnych interesów dopuścili do utrzymywania drogich i niewydolnych instytucji w rodzaju ZUS i Narodowego Funduszu Zdrowia, latami tolerujący drenujące nasze kieszenie monopole (telekomunikacyjny, energetyczny, gazowy) i podtrzymujący za nasze złotówki fikcyjne welfare state. Drożyzna to także - znów efekt tchórzostwa polityków - pośredni rezultat horrendalnych podatków oraz kosztów pracy w Polsce, obciążających pracodawców i pracowników, i przekładających się na wyższe ceny wytwarzanych towarów oraz świadczonych usług. Na każdego pracującego Polaka (a jest zatrudnionych tylko 53 proc. osób w wieku produkcyjnym) przypada co najmniej jeden emeryt, rencista albo bezrobotny, którego świadczenia finansujemy z pensji. To swego rodzaju "prezent" polityków dla elektoratu seniorów.

Mizeria na koncie

W Polsce liczba rozmaitych podwyżek i opłat (ukrytych bądź jawnych) stale rośnie. Dlatego stopa życiowa nie wzrasta i coraz mniej pieniędzy pozostaje w naszych kieszeniach. Ze swoich zarobków odkłada część pieniędzy na lokatach w bankach czy w funduszach inwestycyjnych niemal 20 proc. Węgrów, ponad 50 proc. Czechów (w krajach UE - średnio 75 proc. mieszkańców). Tymczasem - według badań Ipsos ze stycznia 2004 r. - od pięciu lat nieustannie zmniejsza się liczba Polaków, którzy oszczędzają. W 1999 r. jakiekolwiek zaskórniaki miało 30 proc. z nas, dziś - 16 proc. (oszczędności pozbyło się w tym czasie 4,4 mln osób). Aż 84 proc. Polaków uważa, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy nie odłoży ani złotówki! Widząc w telewizji kolejnego ministra, szafującego pomysłami nowych opłat albo podwyżki podatków, ludzie dostają furii.

Wysoki koszt konserwy

Jedna trzecia z nas (12 mln osób) mieszka w blokach z wielkiej płyty należących do spółdzielni (nierzadko będących swoistymi państwami w państwie), gdzie wysokość czynszu za lokale jest brana po prostu z sufitu. Koszt ogrzewania domu gazem jest u nas przeciętnie o jedną trzecią wyższy niż na Słowacji. Wśród 30 państw należących do OECD w Polsce rachunki za prąd (według siły nabywczej waluty) są najwyższe. Za 10 minut rozmowy telefonicznej z USA w dzień powszedni zapłacimy 5,5 euro, czyli niemal dwa razy więcej niż Czesi i trzykrotnie więcej niż Słoweńcy.

To rezultat konserwowania przez lata odziedziczonych po PRL monopoli, takich jak Polskie Sieci Elektroenergetyczne czy Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Na Węgrzech, w Czechach i państwach bałtyckich zliberalizowano rynki telefonii i dopuszczono na nie prywatnych konkurentów dawnych państwowych monopolistów. U nas rząd nie tylko nie próbował rozbić monopolu TP SA, ale jeszcze go bronił, by móc drożej (bo razem z 10 mln abonentów) sprzedać w 2001 r. firmę francuskiemu inwestorowi. Po latach "uwalniania" rynku usług telekomunikacyjnych TP SA kontroluje go w Polsce w 94 proc., a ceny połączeń z Internetem są u nas dwukrotnie wyższe w porównaniu ze średnią unijną! Koncesjonując nowe rynki, państwo doprowadziło nawet do powstania swoistego oligopolu komórkowego. W Polsce (ponad 38 mln mieszkańców) działa dziś trzech operatorów GSM, tyle samo ile na Litwie, która ma dziesięciokrotnie mniej obywateli. Efekt? 17,2 mln abonentów telefonii komórkowej w Polsce płaci za minutę rozmowy sześć razy tyle co Litwini!

Zaborcze państwo związkowe

- Niedawno zorganizowałem prywatny mecz Polska-Słowacja. Porównałem 18 czynników gospodarczych, które biorą pod uwagę w pierwszej kolejności inwestorzy zagraniczni, decydując się na postawienie fabryki w danym kraju. Słowacy wygrali 13:5 - mówi Krzysztof Rybiński, główny ekonomista BPH PBK. W rankingu konkurencyjności gospodarek, opracowywanym co roku przez Instytut Zarządzania Rozwojem (IMD) z Lozanny, w 2003 r. Polska znalazła się na 47. miejscu (o dziewięć pozycji niżej niż rok wcześniej). Zdecydowanie wyprzedzili nas sąsiedzi: Węgry (27.), Czesi (35.), Słowacy (37.). Dlatego coraz częściej przegrywamy z nimi w walce o inwestycje (by wspomnieć tylko głośne sprawy inwestycji Toyoty czy PSA Peugeot-Citroen). Słowacki biznesmen od każdej korony płaconej pracownikowi musi odprowadzić 0,60 korony na podatki, składki na ubezpieczenia emerytalne zdrowotne; czeski - pół korony. Polskiego przedsiębiorcę każda złotówka płacona pracownikowi kosztuje naprawdę 1,80 zł. Dyskusja nad koniecznością radykalnych zmian systemu podatkowego rozpoczęła się u nas dopiero niedawno. Estonia, najbardziej konkurencyjna gospodarka naszego regionu, już w 1992 r. wprowadziła liniowy PIT w wysokości 26 proc., a sześć lat temu zlikwidowała podatek dochodowy od firm. Węgrzy zmniejszyli stawkę CIT do 18 proc. siedem lat temu. Zaborczość naszego państwa poszła tak daleko, że sparaliżowała nie tylko napływ obcych inwestycji, ale i rozwój polskich firm.

Kiedyś Tristan Bernard, znany francuski pisarz, dziennikarz i prawnik, po otrzymaniu rachunku za obiad w ekskluzywnej restauracji na Riwierze kazał kelnerowi wezwać kierownika, po czym oświadczył mu: "Niech mnie pan uściska, bo nigdy więcej mnie pan nie zobaczy". Może poprosimy polityków, by nas uściskali na do widzenia.

Jan Piński, Krzysztof Trębski

Czytaj także

 0

Czytaj także