Za maską lwa salonowego

Za maską lwa salonowego

Za maską lwa salonowego
Za maską lwa salonowego
„Krwawy Julek” skazał na karę śmierci 60 więźniów politycznych, ale sądzono go za łapówkarstwo.

Oskarżony Julian Polan Haraschin wszedł na salę sądową dostojnym, lekko rozkołysanym krokiem. Z politowaniem przyjrzał się dziennikarzom, ściśniętym z powodu ich nadmiaru w specjalnie przygotowanej dla nich ławie. Ten proces w czerwcu 1962 r. budził sensację z kilku powodów, a został przeniesiony z Krakowa do Warszawy, bo pod Wawelem żaden sąd nie przyjął sprawy. W ławie oskarżonych zasiadł nie byle kto: docent prawa na UJ, kierownik tamtejszego studium zaocznego, zasłużony konspirator AK w czasie okupacji, odznaczony Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, Orderem Krzyża Grunwaldu, Śląskim Krzyżem Powstańczym oraz licznymi innymi medalami. Wprawdzie zarzut dotyczył brania łapówek za magisterskie dyplomy UJ oraz załatwiania korzystnych wyroków, ale rozeszła się pogłoska, że tak naprawdę Haraschin został aresztowany z powodu jego AK-owskiej przeszłości. Ci dziennikarze, którzy w to nie wierzyli, mieli nadzieję, że dowiedzą się, którzy z krakowskich sędziów nie mają tytułu do wydawania wyroków, bo dyplom dostali za łapówkę. Spodziewano się też defilady świadków o znanych nazwiskach, bo pan docent cieszył się pod Wawelem opinią lwa salonowego. Pozostali czterej podsądni – też prawnicy – pozostawali wyraźnie w cieniu głównego oskarżonego.

Dyplom magistra prawa? Proszę bardzo

– Mówię, jak potrafię – odpowiada Haraschin upomniany przez sędziego, że w sali rozpraw nie składa się wyjaśnień szeptem. Rutynowo pytany o dane z życiorysu, rozgaduje się, jakby uczestniczył w towarzyskiejpogawędce. Oto ranny w nogę we wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli niemieckiej. Jako oficer był w jenieckim oflagu, skąd wyciągnął go ojciec. Po uwolnieniu, pracował w niemieckim Biurze Transportu Dyrekcji Monopoli w Krakowie, gdzie mógł, sprzedając na boku spirytus, pomagać partyzantom AL. W 1943 r. został aresztowany przez gestapo pod zarzutem nielegalnego wystawiania nakazów transportu dla samochodów ciężarowych. Do 1945 r. działał w AK, jako adiutant „Oriona” dowódcy Grupy Operacyjnej Śląsk Cieszyński. W czasach stalinizmu za przekonania polityczne, a także opowiadanie dowcipów o rzekomych darach ze Związku Radzieckiego był szykanowany; m.in. został usunięty z partii i wojska. Skupił się na pracy naukowej, w 1950 r. obronił doktorat na Wydziale Prawa UJ. Dopiero w 1958 r. mógł wrócić w szeregi LWP. W Instytucie Prawniczym przy Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego kierował katedrą prawa karnego. Od kilku lat pracuje naukowo na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do przestępstwa brania łapówek nie przyznaje się: został wrobiony przez pozostałych oskarżonych, którzy tak się zrewanżowali za jego życzliwość. – Pan Tadeusz F. na przykład – Haraschin kiwa głową z politowaniem – jako student zaoczny pisał u mnie pracę magisterską i teraz przyznam, że w ocenie tej elukubracji powinienem być bardziej surowy. Ale F. żalił się na ciężkie dzieciństwo na wsi, nie miał kiedy się uczyć, bo pasł krowy itd. Ulitowałem się, dopuściłem go do obrony magisterium. Potem zorientowałem się, że F. to cwana gapa, ma jakieś szczególne powiązania z prokuraturą.

Ale wrabiając mnie na życzenie organów ścigania, nie pomyślał, że za dawanie łapówek też się odpowiada. – Jak wyglądało to wrobienie? – pyta sędzia. – Kiedyś o świcie – odpowiada główny oskarżony – odwiedza mnie wspólniczka Tadeusza F. Wykłada na stół paczkę pieniędzy, abym załatwił pewną nielegalną sprawę. Jestem w szoku, odmawiam. Potem wizyta Tadeusza F. Niby z życzliwości donosi mi, że na mieście mówią, iż były rotmistrz Eugeniusz U. zażądał w moim imieniu od Ś. prezesa spółdzielni „Tkacz” 50 tys. zł za uwolnienie go od dochodzenia prokuratorskiego. Tego było już za wiele, zażądałem konfrontacji. Kazałem oddać pieniądze. Nie chciałem iść z tym do prokuratury, bo znów odezwało się moje miękkie serce. Zlitowałem się nad byłym więźniem obozów hitlerowskich. Oskarżony Tadeusz F. przedstawia te wydarzenia inaczej: – Zwróciłem się do pana docenta, aby na bazie swojej wysokiej wiedzy prawniczej dopomógł prezesowi spółdzielni „Tkacz” w uwolnieniu go od grożącego mu wyroku sądowego. Przekazałem panu docentowi w drobnych ratach ok. 116 tys. zł, ale on domagał się kategorycznie wyrównania do 150 tys. Z braku gotówki sprzedałem kilka obrazków, m.in. Brandta, Malczewskiego i Chełmońskiego. Pan Haraschin dostał pieniądze. – Oskarżony podaje inną wersję – zauważa sędzia. – No cóż, pan docent wie, co mówić, mnie nie wypada sądzić mojego byłego dziekana – odpowiada Tadeusz F. Kolejny oskarżony – Tadeusz C., magister prawa, były student Haraschina, załatwiał u swego promotora zwolnienie z więzienia inż. Ewy P. Panią P. aresztowano za przekręty w branży włókienniczej. W domu zostały małe dzieci.

Jej mąż odszukał jedynego znanego mu prawnika, a był nim Tadeusz C., dawny amant żony. Ten obiecał, że wyciągnie kobietę z więzienia, bo zna pewnego wpływowego docenta z UJ. Ale to musi kosztować. Kiedy panu P. skończyła się gotówka – 70 tys. zł, zaczął się wyprzedawać. Najpierw zawiózł do Desy cenne meble, potem futra żony, obrazy, fortepian. P. nie udźwignął stresu – zmarł na atak serca. Pani P. została zwolniona z więzienia z uwagi na osierocone dzieci. W mieszkaniu znalazła obfitą korespondencję męża z dawnym jej adoratorem i dowiedziała się o wyłudzaniu pieniędzy. Zażądała od Tadeusza C. zwrotu. Odpowiedział, że wszystkie korzyści przekazywał Julianowi Haraschinowi, jako honorarium adwokackie. Jakoś nie zorientował się, że docent nie prowadzi kancelarii.

Przysługa za przysługę

Łapówki płynęły do Haraschina szeroką strugą nie tylko z powodu jego wpływu na wyroki znajomych sędziów. Oskarżony załatwiał też uniwersyteckie dyplomy. Kim byli ludzie, którzy dostawali podrobione dokumenty? I do czego im służyły? Kupiec Henryk B. przyznał się w śledztwie, że zapłacił za dyplom magistra prawa 50 tys. zł, bo chciał go oprawić w ramki i powiesić na ścianie w swym biurze. Jego noga nigdy progu uczelni wyższej nie przekroczyła – miał tylko świadectwo maturalne. Docent od razu umieścił go na czwartym roku; do finału studiów doszedł w ciągu trzech miesięcy, zaliczając wszystkie 23 egzaminy na piątki i czwórki. Podobnie ekspresowy tryb „zdawania” egzaminów przydarzył się dyrektorowi gazowni; ten, jak się okazało w sądzie, nie znał nawet dokładnego adresu siedziby Wydziału Prawa na UJ. – W jaki sposób kierownik Wydziału Prawa mógł przez kilka lat bezkarnie wydawać fałszywe dyplomy? – docieka sąd, przepytując świadków. – Julian Haraschin lubił wszystko wykonywać sam – mówi profesor, który przejął po aresztowanym kierownictwo zaocznego studium prawa. Nie chciał sekretarki, sam robił porządki w archiwum. Pojąłem w czym rzecz, kiedy okazało się, że w wielu teczkach brakuje prac magisterskich. Przedstawiali je potem jako swoje protegowani pana docenta. Nie zawsze trzeba było płacić pieniędzmi. Od niektórych swych klientów docent domagał się przysługi za przysługę. Świadek S. znany w Krakowie kombatant, za konspekt pracy magisterskiej zrewanżował się docentowi opinią, której ponoć domagały się od swego pracownika naukowego władze UJ. Była tam mowa o zaangażowaniu Haraschina w czasie okupacji w konspiracyjną działalność AK, a po wojnie w walkę z bandami. Sąd: – Skąd świadek znał przeszłość Juliana Haraschina?

– O tym w Krakowie było głośno. A co do band, to gdy w 1946 r. woziłem pana Haraschina do Zakopanego na rozprawy sądowe, nie pozwalał zabierać nikogo po drodze, gdyż jak mówił, polują na niego ludzie Ognia. Wierzyłem mu, bo wkrótce potem dostał wysokie odznaczenia bojowe. Wprawdzie nie było celem sądu weryfikowanie medali oskarżonego, bo zarzuty dotyczyły wyłącznie łapówkarstwa, ale i tak gadatliwi świadkowie ujawniają coraz to nowe informacje z życia docenta. Zofia S., która w czasie okupacji pracowała z Haraschinem w niemieckim Biurze Transportu Dyrekcji Monopoli zeznaje, że sprzedawał wódkę na lewo za zgodą dyrektora firmy Austriaka Hautscha. Obaj się na tym wzbogacili. Żadnego wspierania ruchu oporu nie było. – Byłam zaskoczona – mówi – kiedy dowiedziałam się, że po wojnie pan Julian dostał za ten handel Virtuti Militari. Konspiracyjnej działalności oskarżonego podczas okupacji zaprzecza też legendarny „Orion” – wysoki oficer AK, którego Haraschin miał być adiutantem. – Ja tego człowieka – oświadcza – nigdy wcześniej nie widziałem. W listopadzie 1963 r. Sąd Powiatowy dla miasta Warszawy skazał Juliana Haraschina na dziewięć lat więzienia, grzywnę, oraz degradację do stopnia szeregowego. Pozostali oskarżeni otrzymali wyroki od czterech do dwóch lat pozbawienia wolności.

Sędzia nie od Boga

Haraschin wyszedł z więzienia po pięciu latach. Zmarł w 1984 r. Uniknął kompromitacji, jaka by na niego spadła po otwarciu teczek IPN i ukazaniu się dwóch książkowych publikacji: Tadeusza M. Płużańskiego „Bestie. Mordercy Polaków”, oraz Jerzego Poksińskiego „My, sędziowie, nie od Boga. Z dziejów sądownictwa wojskowego PRL”. Okazało się, że niemal wszystko, co niegdysiejszy pracownik naukowy UJ mówił przed sądem, było kłamstwem. A dziennikarze kupili jego wyjaśnienia, jak dobrą monetę. Ale po kolei. Julian Haraschin nie był przedwojennym oficerem. Owszem, tuż przed wybuchem wojny nosił mundur podobny do wojskowego, z dystynkcjami kapitana, ale to były naszywki własnoręcznie podrobione. Tak łudząco podobne do prawdziwych, że gdy został wzięty doniew oli podczas kampanii wrześniowej, skierowano go do oflagu dla oficerów. Przebywał tam do sierpnia 1940 r., uwolniony dzięki staraniom ojca, który interweniował dowodząc, że syn jest cywilem. Do LWP Haraschin zgłosił się na ochotnika w grudniu 1944 r. Sfałszował dokumenty, podając się za kapitana WP z 1939 r. i członka najpierw AK, a potem Armii Ludowej.

Twierdził, że gdy w czasie okupacji pracował w krakowskiej Dyrekcji Monopoli, sprzedawał na czarnym rynku kradzioną z magazynów wódkę, aby wspomóc partyzantów z AL. Po wyzwoleniu dostał za to Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari. Z dokumentów zamkniętych w teczce IPN wynika, że Haraschin sam nadał sobie ten order, podobnie jak większość medali, którymi był obwieszony (np. Krzyż Powstańca Śląskiego). Niektóre odznaczenia załatwił mu po znajomości Michał Rola-Żymierski późniejszy marszałek Polski, który w dzieciństwie był uczniem ojca Haraschina, kierownika szkoły podstawowej w Krakowie. W 1945 r. uchwałą Krajowej Rady Narodowej Julian Haraschin został zastępcą prezesa Wojskowego Sądu Okręgowego w Krakowie. Wtedy do nazwiska dopisał drugi człon „Polan” (To pseudonim wuja, który zginął w wojnie polsko-bolszewickiej). Był uważany za jednego z najbardziej serwilistycznych sędziów. Prowadził najważniejsze sprawy polityczne – wydał 60 wyroków śmierci.

Mówiono o nim „Krwawy Julek”. Wyrokował tak drastycznie niesprawiedliwie, że nawet stalinowski Sąd Najwyższy musiał uchylać niektóre z jego orzeczeń. Mateusz Wyrwich w książce „W celi śmierci” (2002 r.), opisując proces AK-owca Stanisława Szury przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie w lutym 1947 r., przytacza opis wyglądu przewodniczącego składu sędziowskiego ppłk Haraschina zapamiętanego przez oskarżonego: „Całą pierś obwiesił medalami, chyba miał nawet Virtuti Militari, choć za co, to nie wiem. Miał przypiętego ostentacyjnie na czapce orzełka z koroną”. Haraschin skazał Stanisława Szurę na tzw. kaes, czyli karę śmierci, którą później złagodzono do 15 lat. W marcu 1949 r. Haraschin orzekał na sesji wyjazdowej Sądu Wojskowego w Łodzi. Oskarżonym był kpt. Jan Małolepszy, ps. Murat, ostatni dowódca wywodzącego się z AK Konspiracyjnego Wojska Polskiego. W procesie zapadły trzy wyroki śmierci: na Jana Małolepszego oraz dwóch księży z diecezji częstochowskiej. Duchowni nie stracili życia, gdyż prezydent Bierut wszystkim skazanym w tym procesie zamienił karę na dożywocie. Jan Małolepszy został zakatowany w celi przez funkcjonariuszy UB, gdy okazało się że kaes nie będzie wykonany. „Krwawego Julka” zapamiętał też Franciszek Niepokólczycki, zastępca komendanta Kedywu KG AK. Również jego Haraschin skazał w 1946 r. na karę śmierci (nie wykonana dzięki amnestii z 1956 r.), gdy w czasie śledztwa odrzucił propozycję współpracy z komunistami. W książce Jerzego Poksińskiego „My, sędziowie, nie od Boga” (Warszawa 1996 r.) znajduje się protokół z partyjnej narady oficerów Najwyższego Sądu Wojskowego w listopadzie 1956 r., którzy kajali się za stalinowskie wyroki, próbując przerzucić odpowiedzialność na nieobecnych. Wymieniane są najbardziej drastyczne procesy rzekomych wrogów Polski Ludowej zakończone wyrokiem kary śmierci, podpisanym przez Juliana Haraschina.

A on sam został przedstawiony przez kolegów jako nadgorliwiec w wykonywaniu partyjnych poleceń. Trudno zrozumieć, dlaczego podczas głośnego procesu łapówkarskiego w 1962 r. ani razu w zeznaniach świadków, a także w wystąpieniach prokuratora, nie padła informacja, że oskarżony był w latach stalinowskiego terroru sędzią wojskowym do spraw więźniów politycznych. Dziennikarz, który obsługiwał ten proces twierdzi, że takiego przecieku na salę sądową nie było. W 2012 r. w czasopiśmie „Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989” ukazał się artykuł historyka IPN Filipa Musiała. Autor dowodził, ze Julian Haraschin od 1949 r. był agentem Informacji Wojskowej. Miał donosić na kolegów z krakowskiego Wojskowego Sądu Rejonowego. Jego gorliwość jako delatora wywoływała pogardę nawet zleceniodawcy. W poufnej opinii do swego szefa mjr Józef Mikołajczyk, zastępca dyrektora Okręgowego Zarządu Informacji w Krakowie napisał: „Ppłk Haraschin jest powszechnie nazywany moralną prostytutką”. Kiedy w 1951 r. agent został usunięty z wojska za zbytnie wzbogacenie się na niedozwolonym handlu złotem niejasnego pochodzenia, jego akta przekazano Wojewódzkiemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Haraschin jako TW Karol donosił na księży, m.in. na Karola Wojtyłę. W przenikaniu do środowiska duchownych nie miał trudności, gdyż ożenił się z bliską krewną kard. Franciszka Macharskiego. Jego donosy tylko na kurię krakowską zajęły 12 tomów. Po osadzeniu go w więzieniu za branie łapówek, inwigilował współwięźniów. W uznaniu jego gorliwości, a także z myślą, aby rozpracowywał w Krakowie środowiska kurii biskupiej i Wyższego Seminarium Duchownego został przedterminowo zwolniony. I zaraz pojechał do Watykanu, aby donosić na polskich księży. Wybór kard. Karola Wojtyły na papieża przysporzył agentowi kolejnych obowiązków. Podczas papieskich pielgrzymek do Polski starał się być jak najbliżej Jana Pawła II. Jednocześnie od 1977 r. Haraschin był wykorzystywany przez Departament I MSW do inwigilacji środowiska Radia Wolna Europa.

Okładka tygodnika WPROST: 11/2017
Artykuł został opublikowany w 11/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także