Jak mieszkańcy Radomia pamiętają strajk w 1976 roku?

Jak mieszkańcy Radomia pamiętają strajk w 1976 roku?

Ciężki sprzęt milicyjny. Inscenizacja protestów radomskich w 2006 roku
Ciężki sprzęt milicyjny. Inscenizacja protestów radomskich w 2006 roku / Źródło: Wikimedia Commons / Now
Niektórzy mieszkańcy miasta wciąż mają przed oczami wydarzenia Radomskiego Czerwca ‘76. Dzięki ich wspomnieniom, po czterech dekadach możemy przenieść się z powrotem do tamtych czasów.

Mieszkańcy Radomia opowiadają swoje historie, które zebrane razem tworzą opowieść o radomskim strajku z 25 czerwca 1976 roku. Trzeba mieć świadomość, iż tyle ile osób brało udział w proteście, tyle jest różnych wersji tego wydarzenia. Każdy przeżył je w inny sposób i inaczej je wspomina. Teraz wracają pamięcią w tamte czasy i przeżywają te emocje na nowo, a swą opowieść tworzą w czasie teraźniejszym, tak jakby właśnie tam byli. Nie ma w niej liczb ani dat, gdyż te podane są w wielu powstałych na ten temat publikacjach, a w pamięci uczestników protestu zostały głównie emocje i uczucia.

Dzięki temu mamy możliwość spojrzenia na te wydarzenia z całkiem innej perspektywy – nie jako historyka przyjmującego do wiadomości suche fakty, bo takich opracowań jest już wiele, lecz w sposób bardziej emocjonalny i zarazem bliższy każdemu z nas. Spójrzmy na nie wzrokiem zwykłego człowieka – robotnika czy członka jego rodziny – który nie do końca wie co się dzieje i jakie będą tego konsekwencje. Poczujmy ich emocje i odczucia, euforię czy strach. Może właśnie dzięki temu historia ta nie będzie kolejnym tekstem w książce, a stanie się historią która zapada w pamięć? Historią, którą warto i wręcz trzeba pamiętać i przekazywać aby właśnie ta pamięć nie zaginęła. I by kolejne pokolenia świadomie przekazywały ją dalej.

24 czerwca 1976 roku. W Sejmie PRL słychać słowa premiera Piotra Jaroszewicza:

„Po wszechstronnej analizie problemu […] przedkładam wnioski czterech powiązanych wzajemnie spraw. Chodzi po pierwsze o zmianę poziomu i struktury cen części podstawowych artykułów żywnościowych, po drugie o utrzymanie dotychczasowych cen poważnej grupy podstawowych artykułów żywnościowych, o dużym znaczeniu społecznym, po trzecie o pełną rekompensatę finansową skutków zmian cen dla ludności miast i wsi, po czwarte o dalszą wydatną poprawę ekonomicznych warunków rozwoju rolnictwa, co wyrazi się wzrostem cen skupu produktów rolnych przy równoczesnej zmianie cen niektórych środków produkcji dla rolnictwa oraz materiałów budowlanych.”

Czy już wtedy premier zdawał sobie sprawę z konsekwencji swoich słów? Na pozór brzmiały one niegroźnie, lecz były zapowiedzią bardzo wysokich podwyżek cen wielu artykułów żywnościowych takich jak mięso, cukier, ryż czy nabiał. Początkowo projekt ten przedstawiany był jako „propozycja”, a niektórzy mówili o możliwości konsultacji podwyżek cen ze związkami zawodowymi. Jednak była to czysta fikcja. Wiadomym było, że decyzja zapadła, a wydrukowane wcześniej cenniki były już rozsyłane do wszystkich województw. O żadnych konsultacjach nie mogło być mowy. Wspomniany również system rekompensat mający na celu wyrównanie negatywnych skutków podwyżek był nieprzemyślany i dosyć niesprawiedliwy. Zakładał on bowiem, iż osoby zarabiające więcej miały otrzymywać większe sumy rekompensaty, niż osoby zarabiające mniej. Podwyżki wywołały szok. Większość społeczeństwa nie była przygotowana do tak drastycznego obniżenia się poziomu życia. Przelało to czarę goryczy i było bezpośrednią przyczyną późniejszych wydarzeń.

Protest rozpoczął się w Zakładach Metalowych „ŁUCZNIK” im. generała Waltera w Radomiu.

Tego dnia większość z nas nawet nie rozpoczyna pracy. Około godziny 8.00 zaczynamy wychodzić z zakładu. Grupa ludzi, w której jestem, kieruje się w stronę „Radoskóru”. Jest wiele grup takich jak moja. Wszyscy rozchodzą się po mieście w różnych kierunkach. Przecież trzeba powiadomić inne zakłady. Jesteśmy spokojni, weseli. W końcu to całkiem inny dzień niż wszystkie. Mamy poczucie że robimy coś ważnego. Są też tacy którzy trochę się boją. Niektórzy wracają do domów albo do zakładu. Ale to są nieliczne osoby.

Pracowałam w „Radoskórze”. Przychodzę rano do zakładu. Nikt nie pracuje, większość stoi w największej hali, niektórzy na zewnątrz. Więc staję i ja. Nikt z zebranych wokół mnie nie bardzo wie co powinien zrobić więc tylko stoimy i czekamy na to, co się wydarzy. Nie wszyscy chyba są świadomi tego, w czym bierzemy właśnie udział. W końcu zbiera się dyrekcja zakładu a w związku z tym, że oni również nie wiedzą co z nami zrobić więc po prostu puszczają nas do domów. Ja wracam. Czeka na mnie małe dziecko. Ale niektórzy z moich znajomych idą pod KW. Zazwyczaj jeździłam do domu autobusem, ale tego dnia żaden już nie jeździ. Idę więc pieszo przez pusty wiadukt, a z góry już widzę dym unoszący się w okolicy Komitetu.

Strajkujących robi się coraz więcej. Dołączają ludzie z innych fabryk. Cały ten tłum kieruje się w stronę Komitetu Wojewódzkiego przy ulicy 1-go Maja. Wiemy, że tam jest władza. Blokujemy całą ulicę. Ktoś wpada na pomysł żeby nakłaniać ludzi do przyłączania się do protestu. Zatrzymujemy samochody. Robi się trochę nieprzyjemnie i niebezpiecznie, kiedy niektórzy nie chcą się do nas przyłączyć. Zostają od razu oskarżeni o współpracę z milicją.

Nasz protest jest spokojny. Nie chcemy podwyżek i to pokazujemy. Ktoś wybija szyby w witrynach sklepów niedaleko. Ale to nie jest żaden z protestujących. To jest prowokacja ze strony partyjnych. Potem na pewno zrzucą całą winę na strajkujących. Oczywiście wśród nas znajdują się też tacy którzy wykorzystują sytuację, niszczą i wynoszą z tych sklepów różne rzeczy. Ale to dopiero potem kiedy robotnicy stają się bardziej agresywni.

Od godziny mniej więcej 10.00 jesteśmy pod KW PZPR. Czekamy aż Prokopiuk wyjdzie z nami porozmawiać. Chcemy żeby odwołali podwyżki. Już po południu dostajemy informację, że mamy czekać na reakcję władz. Nie wiem dokładnie kiedy. Jest za dużo ludzi, powtarzają różne informacje. Jestem trochę za daleko, żeby być dobrze poinformowanym. Nagle zaczyna unosić się dym. Ktoś krzyczy, że podpalili Komitet. Robotnicy w końcu wywarzają drzwi i dostają się do środka. Robi się trochę groźnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem że w środku nie ma już nikogo z partii.

Ci, którzy dostali się do środka Komitetu wciągają na maszt biało-czerwoną flagę. Słychać kogoś śpiewającego hymn. Czuję się dumna. Czuję, że robię właśnie to co powinnam. Widzę twarze osób wokół mnie i wiem, że nie tylko ja tak czuję. Wszyscy mamy dziś wspólny cel.

W budynku Komitetu ci z partii mieli sklep w którym mogli kupować tylko oni. Jedzenie które dla zwykłego człowieka było wtedy niedostępne. Oni je mogli kupić bez problemu. Mój syn nigdy nie widział tyle czekolady w jednym miejscu. Wchodzimy tam jako pierwsi i wynosimy ze sobą tyle ile się da. Potem wracamy z tym wszystkim do domu.

Komitet Wojewódzki zaczyna się palić. Jest coraz więcej dymu. Akurat znajduję się w tym miejscu. Widzę nowy autobus, linia numer 4. Podbiega kilka osób. Zatrzymują go, wyrzucają kierowcę ze środka. Otwierają wlew paliwa, próbują go podpalić. Trwa to dłuższy czas. Autobus jak na złość nie chce się zapalić. W końcu w pewnym momencie im się udaje.

Przewraca się przyczepa z płytami betonowymi. Widzę to z daleka. Spychali ją w stronę zomowców, może chcieli się nią odgrodzić. Robi się straszne zamieszanie. Słychać krzyk. Ktoś chyba został przygnieciony tymi płytami. Nie wiadomo czy żyje. Blokujemy ulicę żeby straż pożarna nie mogła się dostać do KW i ugasić w nim pożaru. Kilka samochodów w pobliżu też już płonie. Protest już nie jest taki spokojny. Zaczyna ogarniać mnie lęk, ale też euforia. To co robimy ma znaczenie.

Ściągnęli ZOMO z innych miast bo u nas w Radomiu nie ma aż takiej liczby funkcjonariuszy. Jest ich coraz więcej. Robi się naprawdę niebezpiecznie. Zaczynają bić. Szybko wracam do domu. To według mnie rozsądne wyjście z tej sytuacji.

25 czerwca zastrajkowały w Radomiu 23 zakłady pracy, m.in. Zakłady Metalowe im. generała Waltera, Radomskie Zakłady Przemysłu Skórzanego „Radoskór”, Radomskie Zakłady Przemysłu Tytoniowego, ZREMB, Budochem. Około 30 procent osób zatrudnionych w tych fabrykach przerwało pracę. Większość robotników wyszła manifestować na ulicę. Celem pochodów były siedziby innych zakładów pracy oraz budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR przy ulicy 1-go Maja. W kulminacyjnym momencie na ulicach miasta znajdowało się około 20 tysięcy osób. Do Radomia zostały skierowane oddziały ZOMO z Warszawy, Kielc i Łodzi oraz funkcjonariusze z Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie. Podczas wypadku z przyczepą wiozącą betonowe płyty zginęli dwaj demonstranci: Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki. Podpalono i zniszczono wiele sklepów, samochodów oraz autobusów. Rannych zostało co najmniej 100 osób. Późnym wieczorem oddziały MO opanowały sytuację w mieście.

Jeszcze tego samego dnia o godzinie 20.00 władze w Warszawie w obawie przed rozszerzeniem się strajków zdecydowały o wstrzymaniu podwyżek. Decyzja, którą ogłosił premier Piotr Jaroszewicz w wieczornym wystąpieniu brzmiała:

„W ciągu dnia dzisiejszego w większości zakładów pracy w całym kraju odbywały się konsultacje. Wśród przeważającej części ich uczestników motywy i intencje rządowego projektu znalazły zrozumienie. Równocześnie jednak zgłoszono wiele wniosków i uwag co do proponowanej zmiany struktury cen. […] Rada Ministrów zarządziła utrzymanie dotychczasowych cen detalicznych artykułów żywnościowych.”

Jednak nie był to jeszcze koniec. Radomian czekały teraz represje ze strony władz.

Bałem się. Bałem się, że się dowiedzą że tam byłem, że mnie znajdą. W tłumie chodzili ludzie robiący nam zdjęcia. Wtedy nie przyszło mi do głowy że to mogą być funkcjonariusze SB. A później szukali osób ze zdjęć. Miałem wtedy na sobie kolorową koszulę. Kiedy wróciłem do domu to spaliłem ją, żeby mnie przez nią nie znaleźli. Moja żona obcięła włosy. Przeżywaliśmy straszne dni. W każdej chwili ktoś mógł wpaść i zabrać nas na przesłuchanie.

Zatrzymanych zawozili do komendy MO. Ja nie byłem. Ale znam kilku którzy to przeżyli. Męczące przesłuchania a potem „ścieżka zdrowia”. Wokół stoją milicjanci z podniesionymi pałkami, trzeba iść, a oni biją. Mój kolega miał pecha, bo upadł. A oni bili dalej. Odwiedziłem go później kiedy cała sprawa powoli ucichła. Jeszcze nigdy nie widziałem człowieka w takim stanie.

Były też śmiertelne ofiary pobicia, m.in. Jan Brożyna i ks. Roman Kotlarz. Ten drugi modlił się publicznie w intencji wszystkich robotników i prawdopodobnie właśnie to było przyczyną jego śmierci. Oprócz tego podejrzanych stawiano przed sąd, a około tysiąc robotników straciło pracę. W lipcu 1976 roku rozpoczęły się akcje oferujące pomoc represjonowanym za udział w proteście osobom, a dzięki nim we wrześniu powstał Komitet Obrony Robotników – organizacja sprzeciwiająca się polityce władzy PRL.

26 czerwca Edward Gierek podczas telekonferencji z I sekretarzami KW wydał dyspozycję zwołania wielotysięcznych wieców:

„Trzeba będzie zebrać tam Radomiaków i powiedzieć im, jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy [...]. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, tym lepiej dla sprawy. To musi być atmosfera pokazywania na nich, jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle po świecie chodzą.”

Dzięki tej wielkiej kampanii propagandowej, zaistniałej w prasie, radiu oraz telewizji, mógł on zademonstrować jak silna jest partia oraz potępić demonstrantów z Radomia (i nie tylko stamtąd – należy pamiętać, że w tym samym czasie duże demonstracje odbyły się również w Płocku i Ursusie). Wiece poparcia polityki PRL zwoływane były na placach i stadionach wielu miast. Dla Radomia szczególnie ważny był ten na stadionie klubu sportowego „Radomiak”, który miał miejsce 30 czerwca. Podczas wiecu usłyszano: „potępiamy awanturników i wichrzycieli, popieramy słuszną politykę partii”. Miasto miało zostać okryte hańbą.

Niestety, władzom PRL udało się osiągnąć swój cel i jeszcze przez wiele lat po wydarzeniach czerwcowych mówiono, że Radom to miasto „warchołów”. Mieszkańcy, napiętnowani tym mianem, doskonale pamiętają Radomski Czerwiec ‘76. Wśród nich pan Andrzej, który pracował w Zakładach Metalowych oraz pani Wanda, pani Janina i pan Wiesław zatrudnieni w „Radoskórze”. Pan Janusz nie pracował w żadnym z radomskich zakładów, ale przyłączył się do protestu. To właśnie oni opowiedzieli „swoją” historię strajku w 1976 roku.

Wszędzie mówi się i czyta, że były to drastyczne podwyżki. Ja wcale tak nie uważam. Owszem podwyżki były, ale cena żadnego z artykułów nie wzrosła ponad 60 % ceny wcześniejszej. Wydaje mi się że te wszystkie liczby podawane w opracowaniach historycznych są przesadzone. Ludzie mieli pracę, mieli pieniądze. Akurat wtedy nie żyło się aż tak źle. Pamiętam jak ktoś krzyknął w tłumie demonstrantów: „Chcemy pracy i chleba” i wszyscy bez zastanowienia zaczęli to powtarzać. Ale właśnie w tamtym czasie ta praca i ten chleb były. To po strajku wiele osób straciło pracę. Myślę, że chodziło o sam strajk. O to żeby pokazać, że nie godziliśmy się na taką rzeczywistość w jakiej żyliśmy. Społeczeństwo było coraz bardziej wzburzone. Potrzebny był tylko jakiś ruch ze strony władz np. właśnie te podwyżki. Reszta potoczyła się już lawinowo – kończy swoją opowieść pani Wanda. Czy ma rację? Ja nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie...


Autorem tekstu „Wspomnienia Radomskiego Czerwca ‘76” jest Tomasz Leszkowicz. Materiał został opublikowany na licencji CC BY-SA 3.0

Czytaj także

 3
  • Malo tłukli tych s-synów radomskich !
    •  
      A co mają pamiętać, gdy nawaleni demolowali miasto?
      •  
        Bo warchołami byli, ale i są. W czym problem?

        Czytaj także