Bezwzględny, cyniczny i brutalny "zwykły cham", czyli Józef Różański - pierwszy śledczy UB

Bezwzględny, cyniczny i brutalny "zwykły cham", czyli Józef Różański - pierwszy śledczy UB

Pułkownik Józef Różański
Pułkownik Józef Różański / Źródło: Domena Publiczna
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, czyli słynne UB, było głównym narzędziem komunistycznego terroru w Polsce w latach 40. i 50. Miejscem szczególnego okrucieństwa był Departament Śledczy, na którego czele stał pułkownik Józef Różański.

Przez ręce pułkownika przechodziły wszystkie najważniejsze śledztwa, którymi interesowała się centrala. Praktycznie od początku istnienia pionu śledczego funkcjonariusze tej struktury byli bardzo zapracowani, a posiadali potężną władzę. Trzeba bowiem pamiętać o specyfice tzw. praworządności socjalistycznej. Przede wszystkim wrogiem ustroju mógł stać się każdy – a więc nie tylko żołnierze konspiracji powojennej, politycy różnych opozycyjnych opcji politycznych czy też kapłani lub hierarchowie Kościoła katolickiego. Do więzienia, a co za tym idzie w ręce oficerów śledczych mógł trafić każdy, szczególnie od roku 1947, kiedy to w Polsce zapanował wszechobecny terror. Dla przykładu, wśród więźniów stalinowskich były osoby słuchające Głosu Ameryki albo ci, którzy nie zarejestrowali odbiornika radiowego. Byli również tacy, którzy przypadkowo znaleźli się w miejscu jakiegoś wypadku, np. w fabryce. W pewnym momencie wrogiem ustroju stali się również komuniści powiązani z I sekretarzem PPR Władysławem Gomułką. A więc przeciwników Polski Ludowej, którzy mogli trafić w ręce Różańskiego, nie brakowało.

Nadzór osobisty

Pułkownik nadzorował naprawdę wiele śledztw, często przesłuchiwał także osobiście. Miał ogromną wiedzę o niemal wszystkim, co działo się w podległym mu Departamencie. Wynikało to po pierwsze z procedur: na jego biurko trafiały codziennie dość szczegółowe sprawozdania z pracy każdego wydziału. W dokumentach tych można odnaleźć np. liczbę spraw prowadzonych przez daną komórkę lub treść zeznań, które udało się wyciągnąć od więźniów. Po wtóre Różański osobiście interesował się niektórymi sprawami, np. w przypadku gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Oficer śledczy por. Kazimierz Górski, który przesłuchiwał generała, zeznał po latach, że Różański był stałym bywalcem jego przesłuchań. Podobnie było choćby w przypadku Pawła Jasienicy oraz innych aresztantów.

Różański osobiście nadzorował m.in. sprawę Adama Doboszyńskiego, bpa Czesława Kaczmarka, Mieczysława Kawalca, Michała Kowalika, Mirosława Ostromęckiego, ks. Józefa Lelity, Jana Liszcza, rtm. Witolda Pileckiego, Stanisława Sachowicza, ks. Jana Stępnia, gen. Zygmunta Janke-Waltera, wszystkich Komend WiN-u, pogromu kieleckiego i wiele innych. Część aktów oskarżenia zatwierdził osobiście. Wówczas bowiem to nie prokurator, ale właśnie oficer śledczy MBP sporządzał ten dokument i przesyłał go do sądu. Różański wszedł także w skład specjalnej Komisji Śledczej wraz z płk. Anatolem Fejginem i ppłk. Jurijem Nikołaszkinem, doradcą sowieckim przy MBP, która miała wyjaśnić sprawę zabójstwa gen. Karola Świerczewskiego „Waltera”.

Ponadto pułkownik został przydzielony do Grupy Specjalnej, która miała znaleźć dowody na istnienie wroga wewnętrznego w PZPR. Był to na pewno dowód na niemałe zaufanie, jakim obdarzali go niektórzy wyżej postawieni w partyjnej hierarchii towarzysze. Podczas tego zadania poniósł jednak spektakularną klęskę. Przesłuchiwani oraz poddani bardzo brutalnemu śledztwu więźniowie, przetrzymywani na Mokotowie i w tajnym więzieniu MBP, tzw. Spacerze, w podwarszawskim Miedzeszynie, nie przyznali się do winy i nie obciążyli swoimi zeznaniami marsz. Mariana Spychalskiego. Nie udało się także zdobyć dowodów kompromitujących Gomułkę. Przez to niepowodzenie Różański został odsunięty od prowadzenia śledztwa, jednak nadal pełnił funkcję szefa pionu śledczego.

Dlaczego trwał tak długo?

Zastanawiające jest, dlaczego Różański utrzymał swoje stanowisko tak długo, mimo sporego niepowodzenia. Być może dlatego, że uważany był za człowieka Jakuba Bermana, choć ten mówił Teresie Torańskiej, że spotkał go osobiście tylko kilka razy. Na pewno w pierwszym okresie decydowała także jego wysoka wydajność i skuteczność pracy. Niemniej w teczce personalnej Różańskiego znajdują się kwity mające na celu jego skompromitowanie, a także dokumenty obrazujące jego niewłaściwe zachowanie czy wręcz służbowe zaniedbania. Pierwszy z nich pochodzi jeszcze z 1946 r. Jest to informacja z Rzymu, przekazana do MBP przez Polską Agencję Prasową, o rzekomej przedwojennej współpracy Różańskiego z polskim kontrwywiadem. Ponadto pułkownik miał się jeszcze wówczas trudnić stręczycielstwem. Dokument ten zaopiniował płk Orechwa, pisząc krótko, choć treściwie: „Jest to oszczerstwo”. Są tam jednak także inne dokumenty: m.in. raport Adama Humera, wspomniany już w rozdziale jemu poświęconym, a także inny raport, w którym czytamy, że pułkownik miał zostać ukarany za bezpodstawne aresztowanie Romana Złoczańskiego przez Powiatowy Urząd BP w Prudniku. Winą Różańskiego był fakt nieprzyjrzenia się bliżej całej sprawie, a karą miało być „zwrócenie uwagi”. Dodatkowo w innym dokumencie odnajdujemy informację, że pułkownik przez nieuwagę wysłał jednego ze swoich oficerów na odprawę w powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa w woj. opolskim w niewłaściwym terminie. Różański próbował zrzucić winę za pomyloną datę na sekretariat Ministra BP. Po wyjaśnieniu całej sytuacji okazało się, że pułkownik skłamał.

Pomyłki te nie miały jednak takiego ciężaru gatunkowego jak brak rezultatów podczas śledztwa w sprawie wroga wewnętrznego, z czego dyrektor Departamentu Śledczego zdawał sobie doskonale sprawę. Niemniej obrazują, w jaki sposób pracował Różański. Był przede wszystkim przekonany o swojej nieomylności. Tak przynajmniej twierdzili oficerowie sporządzający raport w sprawie pomylonej daty odprawy w Opolskiem. Ponadto uważał, że Departament Śledczy pracował bezbłędnie, gdyż to on nim zarządzał. Bardzo trudno współpracowało mu się z dyrektorami innych departamentów, co wytknęła mu specjalna komisja opiniodawczo-wnioskująca MBP. Uwielbiał konkurować i deprecjonować osiągnięcia szefów pozostałych pionów resortu bezpieczeństwa. Chyba największą walkę toczył w tej materii z Brystygierową.

Krytyka z wewnątrz

Oprócz tego był wulgarny, pewny siebie i bardzo lubił manipulować swoimi pracownikami. Dla przykładu, podczas pracy w Grupie Specjalnej udało mu się stworzyć „wewnętrzną agenturę, która o wszystkim mu donosiła”. Opowiadał o tym Józef Dusza. Część podwładnych go uwielbiała. Inni go nie znosili lub wręcz nienawidzili. W stosunku do niektórych funkcjonariuszy, z których pracy nie był zadowolony, zachowywał się po prostu chamsko, często zwracając się do nich w niecenzuralny sposób. Kontrolował także korespondencję swoich pracowników. W późniejszym okresie coraz więcej osób zaczęło postrzegać go jako kłamcę i krętacza.

Jeden z partyjnych ideologów Roman Werfel powiedział o Różańskim: „Znałem go dosyć dobrze, cholernie inteligentny, bardzo dwulicowy, doktor Jekyll i mister Hyde”. Julia Brystygier wypowiadała się negatywnie o jego metodach śledczych, twierdząc, że zawsze szedł na skróty i „był po prostu kawał chama”. Podobnie twierdził Humer. Józef Światło uznał natomiast, że pułkownik był „przebiegły, bardzo zdolny, ale też z gruntu nieuczciwy”. Ponadto określił go jako „zboczeńca i sadystę”. Identyczną tezę postawił płk Anatol Fejgin. Szef X Departamentu MBP w rozmowach z Henrykiem Piecuchem stwierdził: „Różański był wyjątkowym sadystą. Kładłem to na karb zapalenia opon mózgowych, które przeszedł w młodości”. Dalej określił go wprost jako psychopatę. Do powyższych opinii trzeba podchodzić z pewną rezerwą. Jednak analiza relacji jego podkomendnych oraz osadzonych, którzy przeszli przez stalinowskie więzienia i byli przesłuchiwani przez Różańskiego, niektóre z tych opinii potwierdza.

Zimna twarz i ciemne oczy

Aresztanci wspominali specyficzną zimną twarz pułkownika i jego czarne, przenikliwe oczy, które przypominały lico Mefistofelesa z Fausta Goethego. Takie wrażenie zrobił na późniejszym generale Stefanie Bałuku, a także na partyjnej towarzyszce Stanisławie Sowińskiej. Inni osadzeni, którzy się z nim zetknęli, nie mieli cienia wątpliwości, iż miał on skłonności sadystyczne, a także mógł zażywać coś, co go niezwykle ożywiało. Wspomniany gen. Bałuk opowiadał, że niekiedy podczas prowadzonych przesłuchań pułkownik sprawiał wrażenie człowieka bardzo zmęczonego. Wówczas wychodził i wracał po kilku minutach, tryskając energią. Być może zażywał tajemnicze pastylki, które trzymał w biurku.

Tortury u Różańskiego

Werfel opowiadał, że kiedyś zadał mu pytanie: „Czy u was biją?”. Pułkownik miał zaprzeczać. W rzeczywistości prymitywne czy wymyślne tortury były na porządku dziennym, a odpowiedzialność za nie spoczywa w dużej mierze właśnie na Różańskim. Przede wszystkim dlatego, że akceptował te metody i dawał swoim podkomendnym zielone światło do rozpoczęcia tzw. ostrego śledztwa. Wśród nich byli m.in. Adam Adamuszek, Eugeniusz Chimczak, Józef Dusza, Jerzy Kaskiewicz, Jerzy Kędziora, Jan Kieras i inni. Gdy np. brakowało dowodów na przygotowane przez Różańskiego teorie śledcze, które wielokrotnie nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, pułkownik mawiał: „Trzeba ich [więźniów – P.Sz.] smażyć we własnym sosie”.

Wśród tortur stosowanych przez podwładnych Różańskiego i za jego aprobatą były m.in.: bicie różnymi narzędziami po całym ciele, brak kąpieli i przyzwoitej żywności, miażdżenie palców, kopanie, kłucie szpilką, pozbawianie pomocy lekarskiej, przypalanie papierosami fragmentów twarzy i rąk, przysiady wykonywane do momentu omdlenia lub bieganie po schodach do wyczerpania organizmu, psychiczne znęcanie się, sadzanie na nodze od stołka, wielogodzinne stójki, wielodniowe karcery, wyrywanie paznokci i włosów, zmuszanie do niespania przez kilka dób, do picia wódki itd. Po wykorzystaniu tego rodzaju metod więźniowie byli w stanie przyznać się do każdego najbardziej absurdalnego oskarżenia. Kazimierz Leski wspominał, iż któregoś razu zaproponował Humerowi: „Przyznam się do wszystkiego, co oni chcą. Mogę zostać ukrywającym się Hitlerem czy czymkolwiek, byle mi dali się trochę tylko wyspać”. Z tego powodu, jeden z budynków więzienia na ul. Rakowieckiej w Warszawie nazywany jest pałacem cudów bądź pałacem Różańskiego.

Także Różański zaczął sam bardzo szybko używać brutalnych metod. Później tłumaczył się, że nauki pobierał od doradców sowieckich, którzy bili już w Lublinie, w pierwszych miesiącach istnienia bezpieki. Nie ma dowodów, żeby np. osobiście wyrywał paznokcie. Niemniej zdarzało się, że osobiście bił, uderzył lub znęcał się psychicznie nad wieloma osobami. Byli wśród nich m.in.: Maria Hattowska, Ewa Piwińska, Halina Siedlik, Szczęsny Dobrowolski, Aleksander Giercyk, Alfred Jaroszewicz, Włodzimierz Lechowicz, Andrzej Skrzesiński i inni. Kazał także torturować żonę płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”.

Sprawa kapitan „Marcysi”

Pułkownik potrafił także wykorzystywać swój intelekt. Najbardziej znaną jest sprawa kpt. Emilii Malessy ps. „Marcysia”. Została aresztowana pod koniec października 1945 r. Przesłuchujący ją Różański zrobił na niej nie najgorsze wrażenie, uwierzyła bowiem w jego oficerskie słowo honoru. Pułkownik obiecał, że ci jej konspiracyjni towarzysze z I Komendy WiN-u, którzy ujawnią się przed władzami komunistycznymi, nie trafią do aresztów. Kapitan doprowadziła zatem do ujawnienia m.in. Prezesa WiN-u Jana Rzepeckiego, który już 5 listopada 1945 r. został zatrzymany przez UB. Malessa próbowała kilkukrotnie interweniować u Różańskiego. Bezskutecznie. Nie znając wszystkich szczegółów sprawy, część środowiska Armii Krajowej napiętnowała „Marcysię”, która nie wytrzymała psychicznie i popełniła samobójstwo w czerwcu 1949 r.

Śledczy, który pilnował sędziów

Różański wielokrotnie zachowywał się również bezwzględnie i cynicznie. Potrafił „dla dobra śledztwa” używać szantażu i grać na ludzkich uczuciach. Na przykład córkę Kazimierza Gorzkowskiego ps. „Andrzej”, który w okresie II wojny światowej był m.in. szefem komórki więziennej kontrwywiadu Oddziału II Komendy Głównej AK, straszył: „Powiedz ojcu, że jak się do nas zgłosi, to wypuścimy matkę. A jeżeli nie – to wiadomo, co się z nią stać może”. Żona Gorzkowskiego została aresztowana w grudniu 1946 r. podczas próby zatrzymania „Andrzeja”. W lutym 1947 r. w ręce UB trafił również Gorzkowski. Siostrze Kazimierza Leskiego „Bradla”, która próbowała interweniować w sprawie swojego brata u najwyższych władz państwowych i partyjnych, powiedział krótko: „Możecie pisać, do kogo chcecie. Leski i tak będzie siedział tak długo, jak to mi się będzie podobać”. Lechowiczowi zaś rzekł: „Zdechniesz wtedy, kiedy my zechcemy, ale przedtem sto razy przeklniesz chwilę, kiedy cię matka urodziła”. Stanisława Skalskiego potrafił opluć podczas przesłuchania. Kapitan Kazimierz Moczarski wspominał natomiast, że Różański okłamał go, mówiąc, że jego żona Zofia Moczarska, którą bardzo kochał, zmarła na gruźlicę. Ponadto relacjonował: „Różański podkreślał, że los mój zależy całkowicie od władz śledczych i Sąd jest w ich rękach, i jeśli władze te postawią krzyżyk – to Sąd musi dać krzyżyk”.

Pułkownik bywał także na procesach sądowych, pilnując sędziów, aby ci wydali odpowiednie wyroki, jak w przypadku procesu pokazowego Adama Doboszyńskiego, bpa Kaczmarka czy I Komendy WiN-u. Ponadto Różański wypełniał wiele obowiązków administracyjnych. Czytał zeznania oraz inne dokumenty. Podpisywał także comiesięczne sprawozdania z prac Wydziału, a potem Departamentu Śledczego, które trafiały do szefostwa MBP. Był także uczestnikiem różnych narad i odpraw kierownictwa resortu, na których uzgadniane były wytyczne pracy. Podczas nich Różański zabierał głos. Nie był natomiast zapraszany, jak choćby Brystygierowa, na posiedzenia BP KC. Był zatem bardzo ważnym i do pewnego momentu bardzo zaufanym funkcjonariuszem bezpieki, choć lubił drzeć koty z niektórymi członkami PPR/PZPR. Tak przynajmniej uważał Światło. Nie miał jednak takiej pozycji w aparacie partyjnym jak „Luna”.

Tekst „Józef Różański: pierwszy śledczy bezpieki” autorstwa Pawła Sztamy ukazała się na portalu Histmag.org i jest fragmentem e-booka Pawła Sztamy pt. „Inteligenci w bezpiece: Brystygier, Humer, Różański”:

Czytaj także

 4

Czytaj także