Partyzant, cichociemny, malarz. Sergiusz Papliński ps. „Kawka”: Za młody byłem, aby myśleć o kłopotach

Partyzant, cichociemny, malarz. Sergiusz Papliński ps. „Kawka”: Za młody byłem, aby myśleć o kłopotach

Sergiusz Papliński
Sergiusz Papliński / Źródło: Prywatne archiwum Sergiusza Paplińskiego
Został partyzantem w wieku 15 lat. W zgrupowaniu Antoniego Hedy „Szarego” służył w sekcji minerskiej. Dziewięć miesięcy siedział w więzieniu w Radomiu. Dziś ma 90 lat, mieszka w Londynie i maluje obrazy.

Spotykamy się w Polskim Ognisku w londyńskim sercu Polonii niedaleko stacji South Kensington. W sali, w której siedzimy, wiszą obrazy pana Sergiusza Paplińskiego – kolorowe abstrakcje, rozszalałe konie i nagie portrety kobiet. Wczoraj z okazji 90. urodzin odbyła się tutaj wystawa jego prac. Sam artysta wyprostowany jak struna siedzi przede mną i nie może się odgonić od fanów, którzy co kilka minut podchodzą, aby złożyć mu spóźnione życzenia. Papliński bez wątpienia stanowi ucieleśnienie dawnej Polonii, obecnie jest celebrytą w POSK-u (Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym – przyp. red.) i innych centrach polonijnych. Był partyzantem podczas drugiej wojny światowej, następnie żołnierzem wyklętym, wreszcie emigrantem, studentem Akademii Artystycznej w Londynie, cichociemnym szkolonym do walki z Sowietami, a w rezultacie uzdolnionym malarzem. Teraz dobiegł szacownego wieku, to jednak nie przeszkadza mu w obsłudze najnowszego iPhone’a, czy organizowaniu zakrapianych imprez u siebie w pracowni. Jego biografii starczyłoby dla trzech osób. On jest jednak tylko jeden, zupełnie wyjątkowy.

Maria Kądzielska: Jak pan trafił do zgrupowania Antoniego Hedy „Szarego”?

Sergiusz Papliński: Zostałem spalony w Armii Krajowej w Radomiu, ostrzegli mnie, że muszę uciekać. Dostałem kontakt, jak to mówiliśmy na „bezpieczną melinę”, do Szarego, aby wstąpić w szeregi konspiracji. Gdy Szary mnie zobaczył, powiedział: „Nie, dzieci nie przyjmujemy”. Jednak ja miałem już 15 lat oraz pewne doświadczenie bojowe. Wtedy jeden jedyny raz się mu postawiłem. Odpowiedziałem: „Jedyna różnica miedzy nami jest taka, że pan jest dorosłym, wyszkolonym dowódcą, a ja polskim dzieckiem, ale jeśli każdy z nas weźmie pistolet, to zobaczymy, który będzie lepszy”. Wtedy Szary zaniemówił. Potem podczas akcji przy Radoszycach, kiedy odbijaliśmy całe miasto, dostałem od niego ksywę „Nygus”. Krzyczał do mnie: „Wracaj, Nygusie, czy już chcesz zginąć?”.

Jakie miał pan zadania w partyzantce?

Początkowo byłem zwykłym żołnierzem a potem, gdy dołączyło do nas dwóch cichociemnych z Anglii, zostałem wcielony do sekcji minerskiej. Uczyli nas wysadzania mostów, torów, robienia zasadzek. Gdy w Końskich rozbijaliśmy więzienie, to ja wysadzałem wejście, gdzie bronili się Niemcy i wtedy zdobyłem swój pierwszy pistolet maszynowy marki Bergmann. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, przechwytywaliśmy pociągi z amunicją, które Niemcy wysyłali na front wschodni i to zaopatrzenie wysyłaliśmy do stolicy.

Jaka była najbardziej spektakularna z akcji, w jakiej brał pan udział?

Wiele było takich. Przykładowo w Radoszycach, gdzie Niemcy palili miasto i wybijali całe wioski w okolicy. Po jednej stronie stały oddziały SS i Gestapo, a my lecieliśmy na pomoc ludziom, aby odciąć od nich Niemców. W akcji brały udział specjalne oddziały do walki z partyzantką. Podpalali wioski, a gdy ludzie uciekali z domów, to do nich strzelali. Wtedy pod Radoszycami rozegrała się wielka bitwa z udziałem wielu oddziałów ruchu oporu. Tam ich wykończyliśmy, zginęło bardzo wielu niemieckich oficerów.

Jak to się stało, że otrzymał pan pseudonim „Kawka”?

Kiedy Szary ze swoim zastępcą Krzykiem dyskutowali o moim pseudonimie, w tym momencie podleciał ptak i usiadł na drzewie, pod którym siedzieliśmy. „Pseudonim sam przyleciał” – skomentował Krzyk i tak już zostało.

Co było najtrudniejsze w partyzantce?

Za młody byłem, aby myśleć o kłopotach. Nic dla mnie wtedy nie stanowiło problemu. Byłem wychowany w bardzo patriotycznym duchu. Pamiętam, jak moja mama powiedziała: „Najważniejszą rzeczą w życiu każdej kobiety jest obrona własnego dziecka, najgorszą je stracić. Jedyny przypadek, kiedy Polka jest w stanie wytłumaczyć śmierć swojego dziecka, to gdy dzieje się to w walce za ojczyznę”. Ta jej deklaracja utkwiła mi w głowie.

Jak to się stało, że trafił pan do więzienia w Radomiu?

Przyjechaliśmy we trzech (ja, Szary i Sęp) do Radomia po prawie roku nieobecności. Wszyscy w moim mieście rodzinnym myśleli, że nie żyję, bo będąc w partyzantce nie wolno utrzymywać żadnego kontaktu z cywilami. Wtedy w Radomiu byli już komuniści, a Szary przyjechał na rozmowy. Pierwszy raz od ponad roku poszedłem przejść się po mieście i akurat spotkałem kolegę, który zaczął krzyczeć: „Sergiusz! Co ty tu robisz, ty podobno w partyzantce?”. Ja się oczywiście wymigałem, mówiąc, że byłem na wsi. Tak chwilę porozmawialiśmy. Zdziwiło mnie tylko, że on miał przesłonięte jedno oko, tłumaczył, że zadrapał je na skutek wypadku. Musiał już jednak mieć coś do czynienia z komunistami, bo potem, kiedy z Sępem i Szarym spotkaliśmy się u mnie w mieszkaniu, to nagle do drzwi zapukała komendantka UB z obstawą. Chłopaków ukryłem w tylnych pokojach i sam jej otworzyłem. Pierwsze, o co się mnie spytała, to gdzie moja broń. Od razu wyciągnąłem Waltera i jej oddałem, mówiąc, że przyjechałem, aby się ujawnić. „Proszę nie wchodzić do drugiego pokoju, bo tam jest moja mama z siostrą i nie chcę, aby one były w to zaangażowane”. – powiedziałem, gdy próbowała otworzyć kolejne drzwi. Wytłumaczyłem, że pistolet maszynowy zostawiłem w lesie, aby nie wchodzić z długą bronią do miasta. Do dziś nie rozumiem, jak to możliwe, że ona mi uwierzyła.

Czy wtedy wzięli pana do aresztu?

Wcześniej wpakowali mnie do ciężarówki i pojechaliśmy do lasu, gdzie miałem im wskazać miejsce ukrycia broni. Co śmieszne, że tam w tym drugim pokoju Szary z Sępem mieli pistolety maszynowe łącznie z moim, więc gdyby ona tam weszła, to byśmy wszyscy zginęli. Gdy wyszliśmy na zewnątrz zobaczyłem, że cały dom był obstawiony komunistycznymi funkcjonariuszami. Wyjechaliśmy 10 kilometrów za miasto, oczywiście żadnej broni nie znaleźliśmy, ale dałem wystarczająco dużo czasu moim dowódcom na ucieczkę. W rezultacie dostałem w głowę raz, drugi, trzeci i pojechaliśmy prosto do radomskiego więzienia. Siedziałem tam dziewięć miesięcy, aż w końcu koledzy odbili mnie w dzień moich imienin i urodzin – 9 września 1945 roku.

Pan to miał niesamowite szczęście w życiu… Ile osób zostało uwolnionych?

Kiedy rozbili więzienie, znajdywało się tam 300 więźniów politycznych. Zanim jednak to się udało, mieliśmy trochę przygód. 13 maja w czterech siedzieliśmy w celi numer 2/5 na pierwszym piętrze – major Komorek, ja, Szczodry i rotmistrz, którego nazwiska nie pamiętam. Jeden ze strażników był naszym łącznikiem i dał nam znać, że mają nas wszystkich wywieźć na Syberię. Szef Bezpieki już wcześniej zaproponował mi wstąpienie do ubeckiej szkoły oficerskiej i współpracę. Kiedy odmówiłem, to mnie okropnie pobili i wrzucili do ciemnicy. Potem regularnie zmieniali mi cele. Kiedy dowiedzieliśmy się o Syberii, zrobiliśmy plan opanowania więzienia od wewnątrz. Tylko mieliśmy strasznego pecha, że strażnik, który nas tego dnia pilnował, to był najgorszy drań. Jak otworzył drzwi, to wciągnęliśmy go do celi i zabraliśmy mu klucze. Zbiliśmy go jeszcze, no i niestety po naszych ciosach umarł. To był błąd.

Dlaczego plan się nie udał

Niestety grupa wartowników akurat wybierała się na miasto. Zeszli na dół po schodach na nasze piętro i zobaczyli więźniów biegających między celami. Od razu otworzyli do nas serię z broni maszynowej, więc wszyscy chcąc nie chcąc musieli ukryć się w celach. No i jak strażnicy wpadli do naszej, to znaleźli tego martwego drania. Za to trafiliśmy potem do osobnych karcerów. Tam nas strasznie katowali, nie zabili co prawda, ale zaczęli przeprowadzać dochodzenie. Przez to jednak uratowaliśmy całe więzienie, bo to opóźniło transport na Syberię.

Nie zdążyli Was jednak wywieźć, bo partyzanci przyszli wam na ratunek?

Tak, Szary opracował plan rozbicia więzienia, a dowodził „Harnaś” (Stefan Bębiński) z oddziału z Kozieniccy. Pamiętam, jak 9 września Szczodry przesłał do mnie wiadomość: „Kaweczka, wszystkiego najlepszego na urodziny, prezencik przyjdzie”. Spodziewałem się dobrej wałówki, po czym po jakimś czasie usłyszałem wybuch, potem drugi, a następnie zaczęła się strzelanina. Wtedy już wiedziałem, że rozbijają więzienie. Ławami zaczęliśmy wyważać drzwi do celi. Jak tylko wydostaliśmy się na korytarz, to od razy ze Szczodrym dostaliśmy pistolety maszynowe. Z nimi wydostaliśmy się na zewnątrz. Szliśmy potem przez miasto na miejsce transportu, a ludzie stojący na ulicy bili nam brawa.

Czy wrócił pan do oddziału Szarego?

Nasz dowódca bardzo chciał, abyśmy zostali, ale ja wolałem przenosiny. Otrzymaliśmy kontakt do oddziału Jurka na Pomorzu. Tym sposobem zostałem żołnierzem wyklętym.

Ciąg dalszy historii „Kawki” za tydzień na Wprost.pl

Sergiusz Papliński ps. „Kawka” (ur. 9 września 1927 w Radomiu) – partyzant zgrupowania Antoniego Hedy „Szarego” i Zygmunta Kiepasa „Krzyka”. Był więźniem w Radomiu, skąd został uwolniony po rozbiciu więzienia przez oddział „Szarego” pod dowództwem Stefana Bębińskiego „Harnasia”. Walczył w szeregach Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Na terenie Pomorza prowadził walkę dywersyjną. W 1946 musiał Polskę. Zdecydował się na emigrację do Wielkiej Brytanii. W Anglii ukończył szkołę artystyczną i oddał się pracy malarskiej. W swojej kolekcji posiada kilkadziesiąt obrazów.

Czytaj także

 0