Nie tam, gdzie trzeba

Nie tam, gdzie trzeba

78. rocznica wybuchu II wojny światowej
78. rocznica wybuchu II wojny światowej / Źródło: Newspix.pl / MATEUSZ SLODKOWSKI / FOTONEWS
O potrzebie prawdy, o krzyku i powściągliwości.

– Co pana, Amerykanina, zaszokowało jeszcze w tej historii? – zapytał dziennikarz lokalnych Nowin24 amerykańskiego reżysera filmu o Irenie Sendlerowej („Dzieci Sendlerowej).

– Podczas zbierania materiału, dowiedziałem się o tak strasznych rzeczach, że czułem się przygnębiony. Było to coś tak niewyobrażalnego, że jako reżyser nie mogłem tego pokazać w filmie – odpowiedział.

Rozmowa odbyła się prawie dekadę temu. Amerykański reżyser zrobił tak, jak uważał. O strasznych rzeczach trzeba jednak mówić, trzeba je pokazywać. Po to, by już nigdy się nie powtórzyły. I po to, by pamiętać. Co więc przez te wszystkie lata zrobiła Polska, by pokazywać straszliwą historię, której w jakimś zakresie doświadczyła niemal każda polska rodzina? Nie umiała mądrze krzyczeć wtedy i tam, gdzie było trzeba.

Umiała się za to zajmować sobą, swoimi wewnętrznymi wojnami. Tak było w trakcie politycznych batalii wokół „Idy” czy „Pokłosia”. Zamiast po prostu zrobić film na miarę „Idy” o Polakach pomagających Żydom w czasie II wojny światowej, a przede wszystkim – zamiast wyjąć politykę historyczną – tę eksportowaną – poza ramy doraźnych sporów, polscy politycy zaprzęgli ją w permanentną kampanię wyborczą. Puszczając oko do skrajnych środowisk antysemickich, kwestionując Jedwabne, ale i z drugiej strony – nie reagując dość stanowczo na jakiekolwiek relatywizowanie polskich cierpień i polskich zasług w walce z nazizmem. Nie „promując” dostatecznie mocno na świecie, ale i w kraju, polskich bohaterów, takich jak rotmistrz Witold Pilecki, Jan Karski czy właśnie Irena Sendlerowa.

Jedni trochę przegrzali, drudzy trochę przespali. Tych zaś, którzy te obie strony przestrzegali, nikt nie słuchał. Dzisiaj bowiem wciąż modna jest krzykliwość. Wyrazistość rozumiana jako licytacja na to, kto powie mocniej i komu bardziej przywali. Fakty zastępowane są przez interpretacje, doraźną politykę. Każdy ma swoją prawdę – swoją ma PiS, swoją PO, jeszcze inną ktoś inny. Nie ma autorytetów, wszystko można więc zakwestionować, każda taka „interpretacja” staje równie dozwolona. Ktoś coś powie, coś tam słyszał, coś tam wie. A publiczność? Jest na co dzień zajęta innymi sprawami.

Ta moda zbiera złe żniwo – w polityce i publicystyce. Wypierając treści, hołdując pustym emocjom, odsuwając tych, którzy mają do powiedzenia dużo, ale robią to powściągliwie. Można by w tym miejscu zakończyć wyrażając nadzieję, że ta moda – jak każda- kiedyś minie. Byłby to jednak wyraz naiwności.

Czytaj także

 0

Czytaj także