Polskie korzenie Izraela

Polskie korzenie Izraela

Flaga Izraela i Polski, zdjęcie ilustracyjne
Flaga Izraela i Polski, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Fotolia / Aleksandar Mijatovic
70 lat temu ONZ proklamowała powstanie Izraela. Żydzi tę państwowość wywalczyli sobie sami, głównie rękami imigrantów z Polski, a także przy tajnej pomocy II RP.

Większości czytelników nazwiska takie jak Dawid Grün, Mieczysław Biegun czy Izaak Jeziernicki nic nie mówią. Jednak to właśnie ci ludzie, urodzeni w Płońsku na Mazowszu, w Brześciu nad Bugiem czy gdzieś na podlaskich bagnach odegrali decydującą rolę w powstaniu państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie. Świat zna ich lepiej pod hebrajskimi nazwiskami: David Ben Gurion, Menachem Begin i Icchak Szamir.

Założyciele Izraela, a potem jego pierwsi liderzy, mieli z Polską związki znacznie większe i znacznie mniej oczywiste, niż wynikałoby to z pamiątkowych tablic wmurowywanych w miejscach ich urodzenia. Wychowani w tradycji żydowskiej, ale mocno przesiąkniętej polskimi wpływami, wywieźli na Bliski Wschód całą mieszankę narodowych doświadczeń. Słynny pisarz Arthur Koestler pisał o tych imigrantach, walczących z Arabami i Brytyjczykami o państwo żydowskie w Palestynie, w ten sposób: „To byli młodzi polscy intelektualiści, wychowani w rycerskiej tradycji romantycznych zrywów”. W mniejszym stopniu dotyczyło to Ben Guriona, który był socjalistą i słabo dawał uwodzić się rycerskiemu romantyzmowi. Choć akurat skuteczność konspiracyjnego PPS w czasach zaborów fascynowała go podobnie jak większość innych syjonistów. Za to żydowska prawica, w większości właśnie o polskich korzeniach, wprost odwoływała się do piłsudczykowskich tradycji.

Na pohybel Brytyjczykom

To pokrewieństwo ideowe z polskimi dążeniami niepodległościowymi okazało się dla syjonistów bardzo przydatne, gdy rozjechali się po Europie w poszukiwaniu wsparcia dla idei żydowskiej rekolonizacji Palestyny. Rząd polski już od połowy lat 20. wspierał ruch syjonistyczny, licząc, że emigracja Żydów do Palestyny rozwiąże napięcia na tle narodowościowym. W połowie lat 30. syjonistyczna prawica uzyskała też bardzo cenne wsparcie wojskowe, niezbędne przy tworzeniu podziemnej armii, mogącej chronić osadników przed atakami wrogo nastawionych Arabów.

Rozmowy w sprawie szkolenia żydowskich ochotników przez polski wywiad prowadził w Warszawie jeden z liderów Irgunu, Abraham Stern. Irgun był podziemnym ugrupowaniem zbrojnych syjonistycznej prawicy, prowadzącym kampanię terrorystyczną przeciwko Brytyjczykom kontrolującym Palestynę, a także przeciw Arabom. Stern zrobił świetne wrażenie na oficerach polskiego wywiadu, organizujących szkolenie jego bojówkarzy. – Polacy nigdy nie rozumieli socjalizmu Ben Guriona, za to ludzie tacy jak Stern przemawiali językiem szabli i to się bardzo podobało – mówił po wojnie jeden z działaczy ruchu Betar, będącego zapleczem Irgunu w Polsce. Szefem Betaru, odpowiedzialnym za szkolenia wojskowe pod okiem polskich instruktorów, był wspomniany wcześniej Mieczysław Biegun, absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Weterani PPS, specjalizujący się w czasach carskich w działalności terrorystycznej, uczyli kandydatów na żydowskich osadników z Palestyny posługiwania się ładunkami wybuchowymi, organizowania zasadzek i min pułapek.

Przeszkolonych bojowników Irgunu przerzucano potem do Palestyny także dzięki wsparciu polskich służb. Jednym z elementów porozumienia rządu II RP z syjonistami była pomoc w organizowaniu masowej imigracji Żydów polskich na Bliski Wschód. Dla obsługi wyjazdów do Palestyny Polacy skierowali statki pasażerskie, kursujące między rumuńskim portem w Konstancy a Hajfą. Połączenia z Warszawy do Hajfy uruchomił także LOT. Na efekty tych działań nie trzeba było długo czekać.

Na Bliski Wschód zaczęły przybywać tysiące polskich Żydów, co wywołało protesty władz brytyjskich. Sprawujący mandat nad Palestyną Londyn nie chciał drażnić Arabów i obarczał polski wywiad winą za podtrzymywanie nielegalnej imigracji. Wraz z osadnikami do Hajfy przypływali także bojownicy Irgunu, robiąc potem dobry użytek z wiedzy zdobytej na szkoleniach w Polsce, a także z broni zakupionej przez polski rząd i przeszmuglowanej wiosną 1939 r. przez Rumunię i Bułgarię w ramach pożyczki udzielonej syjonistom.

W tym samym czasie Londyn całkowicie zamknął Palestynę mandatową dla żydowskiej imigracji z Europy, gdzie Hitler wchłonął już Austrię i Czechosłowację i przygotowywał się do wojny z Polską. W odwecie za uniemożliwienie tysiącom ludzi ucieczki z Europy Irgun zaczął podkładać bomby pod brytyjskie urzędy w Jerozolimie i Hajfie, a także niszczyć linie kolejowe. Dopiero wybuch II wojny światowej przerwał tę kampanię. Tylko ceniony w Warszawie za bojowego ducha Abraham Stern nie złożył broni, powołując do życia organizację Lechi, wymierzoną w brytyjskie panowanie na Bliskim Wschodzie. Wśród jego najbliższych współpracowników był Izaak Jeziernicki, syjonista z Podlasia, znany w Palestynie jako Icchak Szamir. Stern był gotów nawet zaproponować III Rzeszy pomoc w przejęciu kontroli nad Palestyną pod warunkiem utworzenia tam państwa żydowskiego. Dlatego w 1942 r. został zastrzelony przez brytyjską policję.

Wszyscy z Polski

Po śmierci Sterna jednym z szefów Lechi został Jeziernicki, wówczas już Icchak Szamir, a gdy Brytyjczycy aresztowali i jego, zastąpił go żołnierz armii Andersa, starszy kapral Mieczysław Biegun. W 1943 r. do Palestyny dostała się duża grupa polskich syjonistów i to całkiem legalną drogą – w szeregach Armii Polskiej przemieszczonej przez Brytyjczyków z Iranu.

Pod komendą Andersa znalazło się wielu Żydów, z których Biegun chciał sformować osobne oddziały pod polskim dowództwem. Generał Michał Tokarzewski bardzo popierał ten pomysł, również dlatego, że widział w tym sposób na ukrócenie bójek na tle antysemickim, wybuchających między żołnierzami.

Tyle że Brytyjczycy byli przeciwni. Niemcy zabiegali wówczas o względy arabskich przywódców w Palestynie, zyskując poparcie wielkiego muftiego Jerozolimy, Amina al Husseini. Londyn obawiał się, że pojawienie się w regionie umundurowanych jednostek żydowskich w szeregach Armii Polskiej może wywołać kolejne arabskie powstanie.

Mimo to polskie dowództwo przymknęło oko na uzgodnioną dezercję kilkuset żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Mieczysław Biegun załatwił sprawę honorowo, uzyskując zwolnienie z wojskowej przysięgi. Odtąd był jednym z liderów Lechi, znanym jako Menachem Begin. Przez cały czas stacjonowania armii Andersa w Palestynie obowiązywało ciche porozumienie między Polakami i żydowskim podziemiem. Lechi i inne organizacje nie atakowały oddziałów polskich, poruszających się przecież w brytyjskich pojazdach i mundurach.

Pod komendą Begina Lechi rozpoczęła kolejną kampanię terroru. W 1944 r. w Egipcie zginął namiestnik brytyjskich kolonii na Bliskim Wschodzie, Walter Guinness, pierwszy lord Moyne. Najgłośniejszym osiągnięciem szkolonych w Polsce bojowników stało się wysadzenie w 1946 r. w powietrze hotelu Król Dawid w Jerozolimie. Mieściło się tam dowództwo wojsk brytyjskich w Palestynie. Instruktorzy przedwojennego polskiego wywiadu okazali się dobrymi nauczycielami. Kampania terroru zaostrzała się w miarę rozwoju na forum ONZ dyskusji na temat powstania Izraela, co wywołało w końcu wojnę domową między Żydami i Arabami. Jej najczarniejszą kartą jest masakra arabskiej wioski Deir Jassin, w której bojownicy Lechi zamordowali ponad 250 cywilów. Nie odwróciło to biegu historii. 14 maja 1948 r. podpisano proklamację niepodległości Izraela. Jednym z jej sygnatariuszy był urodzony w Warszawie Izaak Grünbaum, poseł do Sejmu Ustawodawczego odrodzonej Polski w 1919, a potem, aż do wyjazdu do Palestyny w 1932 r., znany polski parlamentarzysta. W pierwszym izraelskim Knesecie na 120 deputowanych 61 stanowili polscy Żydzi. Trochę jak w tej anegdocie o pierwszym prezydencie Izraela, założycielu ruchu syjonistycznego Chaimie Weizmannie. Gdy podczas kongresu syjonistycznego w Bazylei oprowadzał on po sali obrad swojego bratanka Ezera Weizmanna, także przyszłego prezydenta Izraela, powiedział: „Są tu Żydzi, reprezentujący 32 kraje świata. A wszyscy z Polski”.

Okładka tygodnika WPROST: 18/2018
Więcej możesz przeczytać w 18/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Wprost już jak Wyborcza... możesz czytać, ale zapłać....... W sumie warto płacić za TAKI poziom, jaki prezentują? cóż - każdy ma swój własny rozum... i robi co uważa....
    W każdym razie - koniec darmowego Wprost..... ale czy jakość lepsza? - nie zauważyłem jak do tej pory....
    Jedyne co dobre - to kretynów będzie mniej pokroju Oprawca, kabotyn i w Bulu Bul.... i szmaciarska Ryfka, sklonowana na kilka nicków.....

    Czytaj także