Okrągły Stół. Historia prawdziwa mebla, który przeszedł do historii

Okrągły Stół. Historia prawdziwa mebla, który przeszedł do historii

Okrągły stół wystawiony został w Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego
Okrągły stół wystawiony został w Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego / Źródło: Grzegorz Jakubowski/KPRP
30 lat temu podpisano historyczne porozumienie opozycji i władz PRL. Ale w powstaniu okrągłego stołu wielkiej historii nie było. Tylko pośpiech i niedoróbki.

Po Wytwórni Mebli Artystycznych Henryków zostały dzisiaj tylko nazwa i dawna renoma, która sprawia, że to tu wciąż trafia wiele zamówień z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, kancelarii premiera czy ambasad. Szczerze mówiąc tym, że 25 lat temu (obecnie już 30 - red.) to właśnie ich fabryka wykonała okrągły stół, który zmienił historię Polski, a nawet świata, nikt tu raczej nie żyje.

Z dawnych lat zostało wprawdzie kilku pracowników, ale ich można policzyć na palcach jednej ręki. Jedni odeszli, bo nie potrafili się odnaleźć w niesocjalistycznym systemie pracy. Inni doczekali się emerytur. Pan Henryk, stolarz z tamtej brygady, który o okrągłym stole mógłby powiedzieć sporo, być może najwięcej, zmarł jesienią, w listopadzie był jego pogrzeb. Została pani Jadzia, związana z Henrykowem od 1982 r. To ona kładła bejcę i lakier na dębowym blacie. – Tamten stół? – zamyśla się z papierosem w ustach i na chwilę przestaje szlifować drewniane białe krzesło. – Taki sobie mebel. To nie to, co pięknie rzeźbiona laska marszałkowska czy tron papieski na wizytę Jana Pawła II – mówi. Do tronu ma wyjątkowy sentyment. Nawet zrobiła sobie na nim pamiątkowe zdjęcie.

Ilu ludzi, tylu kierowników

A stół? Zamówienie jak każde inne. Jak wiele rządowych, które dostawali wtedy i dostają dziś. W zasadzie większość wyposażenia Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wyszła spod rąk stolarzy z Henrykowa. Dosłownie, bo wszystko to ręczna robota. Zresztą historyczny stół nawet nie był projektowany specjalnie pod obrady. Zamówili go wcześniej, już w listopadzie, miał stanąć w jednej z sal pałacu w Jabłonnie. Nagle zapadła decyzja, żeby go wykorzystać w obradach z opozycją. Raptem czas na realizację zamówienia skrócił się gwałtownie. – Było 20 ludzi i tyle samo dni, żeby wykonać robotę. I trzeba było temu podołać – opowiada jeden z pracowników, pan Grzegorz.

– 8,4 m średnicy, 16 segmentów – dzisiejszy właściciel Henrykowa liczy stołowe nogi na zdjęciu. – Każdy po ok. 60 cm, czyli tyle, ile najmniej można dać na jednego człowieka, żeby miał gdzie siedzieć. Normalnie to byłby jakiś tydzień na segment, czyli cztery miesiące – ocenia. Stół powstał w ciągu trzech tygodni. – Robili go w pośpiechu. Jak przyszło do składania, okazało się, że mebel nie mieści się w hali produkcyjnej, więc trzeba go było montować na dworze – opowiada Grzegorz. – I tak się bawili: w dzień montowali, nocą z powrotem chowali na halę. Bo zimno – dodaje.

Pan Grzegorz przy okrągłym stole nie robił. Do Henrykowa przyszedł pięć lat po przemianach, ale pracował z tymi, co stół składali. I z tymi, którzy teraz po latach mówią, że brali w tym udział. – Wielu dzisiaj próbuje przywłaszczać sobie tamtą historię. Mówią: „To ja składałem stół, wiem, jak to było”. A tak naprawdę pracował przy tym w równej mierze cały zastęp ludzi. Trudno byłoby dzisiaj wskazać, kto odegrał największą rolę. W każdym razie na pewno nie ci, którzy najczęściej się tym chwalą – stwierdza tajemniczo stolarz.

Odśrodkowa opozycja

Szefem brygady produkcyjnej był Władysław Kowalczyk. To on mierzył salę w Jabłonnie i on w jedną noc rozrysował projekt. Kiedy już złożono wszystkie elementy blatu, nagle z ministerstwa przyszło polecenie, żeby przy stole mogło usiąść nie 60, jak zakładano pierwotnie, ale 90 osób. To było praktycznie niewykonalne. O ile dałoby się upchnąć jakoś kilka osób i po prostu ciaśniej wszystkich posadzić, o tyle 30 już nie. Stolarz jednak również na to znalazł rozwiązanie. Rzucił propozycję, żeby lekko odsunąć jeden z segmentów mebla i zrobić wejście do środka. W środku miała usiąść opozycja, z Lechem Wałęsą na czele. Ostatecznie jednak z pomysłu się wycofano i ekipa Kowalczyka mogła kontynuować pierwotny plan. Ale i tak walczyła z czasem, pracowała po godzinach. – Nie było mowy, żeby coś ozdabiać, rzeźbić. Prosty blat, proste nogi, ale solidne – opowiada pani Jadzia.

Szczęście, że przynajmniej krzeseł nie trzeba było robić. Ministerstwo wzięło te, które Henryków miał na magazynach. A jak już w listopadzie 1988 r. wszystko było gotowe, zapadła polityczna decyzja o zamknięciu Stoczni Gdańskiej i „Solidarność” wycofała się z ustalonego terminu rozmów z władzą. Stół trzeba było zmagazynować. Nowy termin uzgodniono dopiero na luty 1989 r.

Pani Jadzia była ze stołem do końca. Ona i dwie koleżanki odpowiadały za wykończeniówkę. – Jeszcze na miejscu, jak już montowali stół w Pałacu Namiestnikowskim, robiłam ostatnie poprawki i markowałam drobne wady – opowiada. Wszystko wykańczała ręcznie. Do dzisiaj zresztą tak miesza lakiery i bejce. Na oko, bez żadnych mechanicznych pomocy. – Tyle że wtedy, 25 lat temu, to nie były lakiery jak dzisiaj, tylko jakiś polski chemolak. Śmierdział niemiłosiernie. Po takim lakierowaniu stół powinien się mniej więcej trzy miesiące wietrzyć. Jak oni tam siedzieli w tyle osób przy takim świeżym, ledwo co wyschniętym lakierze, musieli się mocno nawdychać oparów – mówi. – To może i dobrze w takim razie, że nie polakierowaliśmy całego. Tylko blat i nogi. Od spodu nawet go nie tknęliśmy, bo nie starczyło czasu – śmieje się pani Jadzia.

Te działania rzutem na taśmę zresztą jakby weszły rządowi w krew. Niemal identyczna sytuacja powtórzyła się po latach, całkiem niedawno. Do Warszawy przyjeżdżał z wizytą rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew. Trzeba było podpisać jakieś papiery i okazało się, że nie ma na czym ani gdzie. Więc Henryków dostał pilny telefon z MSZ z prośbą o ratunek. Uratowali. Podpisy na papierach zostały złożone, a stół w telewizji prezentował się pięknie. A że lakier ledwo co przestał się lepić? – Przecież w telewizji zapachu nie widać – śmieją się w Henrykowie.

Miejscówka w muzeum

– Mebel jak mebel. Dąb, biedermeier. Czasem, jak się go widzi w telewizji, to się człowiek uśmiechnie, bo przypomina sobie, jak powstawał. Przez lata Henryków miał mnóstwo większych zamówień. Okrągły stół był wyjątkowy tylko o tyle, że nagle skrócili nam termin jego wykonania, więc spora grupa ludzi pracowała tylko przy nim. I że nieźle to na te trzy tygodnie sparaliżowało pracę zakładu – opowiada Grzegorz. Po obradach o stole w ogóle się nie myślało. Jak wiele mebli, które wyszły spod rąk stolarzy z Henrykowa, zalegał w którymś z rządowych magazynów. Dopiero dziesięć lat temu, przy okazji 15. rocznicy obrad, doczekał się godnego miejsca w Pałacu Prezydenckim. Ale nie pełni żadnej znaczącej funkcji na tamtejszym dworze. Jest jednym z muzealnych eksponatów. Stanął tuż przy biurze przepustek i niejako otwiera pałacową wystawę. Można na niego popatrzeć i zrobić zdjęcie. Podobno turyści go lubią.

Pałac zapewnia, że eksponat został solidnie odrestaurowany, z użyciem historycznych elementów. Dlaczego trzeba było na to czekać tyle lat? Jak mówią w Henrykowie, możliwe, że nikomu nie zależało, żeby ten okrągły stół eksponować, bo ani szczególnie ładny artystycznie, ani nawet idealny pod względem rzemieślniczym. – Niech przywiozą go tu do nas do odrestaurowania, to damy mu nowe życie i dokończymy to, na co wtedy nie było czasu – apeluje pani Jadzia.

Czytaj także:
Sukces czy zgniły kompromis? Jak władza i opozycja zasiadły przy okrągłym stole

Okładka tygodnika WPROST: 14/2014
Artykuł został opublikowany w 14/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0