Zanim zapłonął Wołyń... Rzeź humańska, czyli bestialski mord Polaków i Żydów na Ukrainie

Zanim zapłonął Wołyń... Rzeź humańska, czyli bestialski mord Polaków i Żydów na Ukrainie

Pomnik bębna hajdamackiego w Chołodnym Jarze
Pomnik bębna hajdamackiego w Chołodnym Jarze / Źródło: Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0 / Uk-Kamelot
Kiedy w 1943 roku wołyńskie wioski spływały krwią, z pewnością wielu przypominało sobie historie opowiadane przez dziadków, a wśród nich tę szczególnie okrutną. W ukraińskim Humaniu, pod koniec czerwca 1768 roku doszło do bestialskiej rzezi polskiej i żydowskiej ludności. Ofiary liczono w tysiącach, a pamięć o tej zbrodni na długo wzbudziła nieufność pomiędzy Polakami a rodzimą ludnością ruską.
Co za świat! Co za świat! Ciemny dziki morderczy. Świat ucisku i przemocy. Świat bez władzy, bez rządu, bez ładu i bez sprawiedliwości i bez miłosierdzia. Krew w nim tańsza od wina, człowiek tańszy od konia. Świat, w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym. Kogo nie zabił Tatarzyn, tego zabił opryszek, kogo nie zabił opryszek, tego zabił sąsiad.

– taki opis Rusi Czerwonej zawarł w swojej książce „Prawem i lewem” Władysław Łoziński. Doskonale mógłby on jednak pasować także do południowo-wschodnich krańców Rzeczpospolitej zwanych Ukrainą. Jakże nie przystaje do tego opisu ich sielankowa wizja zawarta w piosence „Hej sokoły”! Jakże jej treść nie odpowiada okrutnej rzeczywistości jaka przez wieki kształtowała te tereny! Bezkresne obszary tej krainy kwitły w poczuciu zagrożenia ze strony Tatarów, dla których było to miejsce stałych wycieczek łupieżczych. Coraz częściej jednak z niepokojem spoglądano nie tylko w stronę Dzikich Pól. Wraz z buntami kozackimi jakie wybuchły w XVII wieku, rosła nienawiść pomiędzy miejscowymi Polakami, a rodzimą ludnością ruską. U podstaw sporu legły narastające problemy społeczne, na które odpowiedzią była ideologia zemsty wzniecana wątkami wyznaniowymi.

XIX-wieczny ukraiński pisarz Pantelejmon Kulisz pisał w „Pisance Rusinom i Polakom na Wielkanoc 1882 roku”:

Na zbyt ciasnej ziemi, między dwoma morzami, panuje zagorzały Rusin ze swoim okrutnym i nieubłaganym tysiącletnim wrogiem, Lachem, i natchniona przez stulecia omamów wściekłości czyni ich obu opętańczymi. Niczym dwa lwy, przed którymi drżał niegdyś groźny dla całego chrześcijaństwa Bosfor, z wielkiego żalu do tego, co było i minęło, z ogromnej rozpaczy przed tym, co snadź musi się zdarzyć, rozdzierają sobie teraz nawzajem piersi do głębi serca i patrzą krwiożerczym wzrokiem złości na tę uciechę, dzięki której weselą wspólnych wrogów swoich. Na tę nieszczęsną walkę tracą oni ostatnie siły, ostatnie swoje zasoby i niczym ci gladiatorzy przed rzymskim zgromadzeniem ludu gotują sobie śmierć nawzajem acz śmiercią tą nie pochwali się żaden z ich potomków.

Słowa te nie były jedynie ponurym proroctwem zapowiadającym wydarzenia jakie podzielą Polaków i Ukraińców w XX wieku. Były szczerą refleksją nad przeszłością naznaczoną krwią i bólem. Na Ukrainie żywa wszak była pamięć o wydarzeniach jakie wstrząsnęły tymi terenami w drugiej połowie XVIII wieku.

Hajdamacy i opryszki

W 1763 roku kończył się okres panowania Sasów na polskim tronie. W nową epokę Rzeczpospolita wkraczała osłabiona konfliktem politycznym, który skutecznie blokował wszelkie możliwości reform. Dwa stronnictwa skupione wokół Potockich i Czartoryskich nie potrafiły skutecznie przeprowadzić własnych projektów zmian, co pogrążało państwo polsko-litewskie w coraz większym chaosie. Jednak nie tylko spór pomiędzy zwaśnionymi fakcjami osłabiał stabilność Rzeczpospolitej. Z niemocy tej korzystały nie tylko państwa ościenne, ale także zbrojne bandy, które w zanarchizowanym państwie czuły się swobodnie. Dotyczyło to szczególnie południowo-wschodnich kresów gdzie grasowały watahy opryszków i hajdamaków.

W legendach ludowych ci zuchwali rozbójnicy uznawani byli za obrońców ludzi uciśnionych i biednych. Ukraińscy Janosikowie grabić mieli bogatych, aby dawać ubogim, kierując się przy tym zbójnickim honorem i prawem. W jednej z baśni czytamy: „Rozbijali tych panów, co chłopom krzywdę wyrządzali; bogatym zabierali, a biednym dawali; za nami się ujmowali i bronili od wszelkiego złego”.

Rzeczywistość daleko odbiegała jednak od stepowych mitów. Bandy opryszków i hajdamaków za nic miały los ruskich chłopów i prostaczków. Okradano ich równie chętnie jak napasionych panów. Mimo to po wioskach i miasteczkach Ukrainy opowiadano bajdy i śpiewano pieśni sławiące hajdamacką fantazję i zuchwalstwo opryszków. Być może działo się tak ponieważ równie mityczne było rzekome okrucieństwo rozbójników. Gromady hajdamaków i opryszków były bowiem na tyle małe, że każde starcie zbrojne mogło je narazić na poważne straty. Broń służyła więc jako straszak przydatny w wyłudzaniu pieniędzy, złota, żywności i innych dóbr.

Tylko niekiedy ich działania przekształcały się w krwawe jatki, które do niewyobrażalnych rozmiarów pompowała propaganda lokalnych władz. Miała ona nie tylko wzbudzać niechęć do rozbójników, ale uzasadniać brutalny zestaw kar stosowanych wobec złapanych przestępców. Najczęściej skazywano ich na śmierć, wyrok zaś wykonywano ze szczególnym okrucieństwem. Miał on charakter publiczny. Hajdamaków i opryszków ćwiartowano żywcem, łamano kołem, wieszano na haku, podpalano i odzierano ze skóry.

Opryszkowie działali głównie na Pokuciu i Bukowinie. Legendy o nich opowiadano także w Mołdawii i na Podolu. Były to najprawdopodobniej „sezonowe” oddziały młodzieńców, które zbierały się na doraźnie na konkretną grabież, a następnie uciekały w góry, aby znaleźć schronienie przed ekspedycjami karnymi jakie próbowały pacyfikować bandy rozbójnicze. W „Kurierze Polskim” pisano: „Wypadają, chwytają, gdzie co mogą złapać i znikają, bo podjazdy nie mogą ich wyśledzić – jakby zapadali się pod ziemię”.

Kiedy niebezpieczeństwo mijało, młodzieńcy wracali do rodzin i dawnych prac ciesząc się zdobytym łupem. Nieco inną formę przyjmowały watahy hajdamackie, które prawdopodobnie były dobrze zorganizowanymi oddziałami wojskowymi, nawiązującymi strukturą do dawnych tradycji kozackich. Hajdamacy działali głównie na pograniczu polsko-rosyjskim rabując tereny Lewobrzeżnej i Prawobrzeżnej Ukrainy. Władze obydwu państw starały się więc powstrzymać zuchwałych rozbójników, jednak bezskutecznie. Liczebność sił hajdamackich rosła z roku na rok.

Rzeczpospolita w chaosie

Popularność band rozbójniczych rosła wraz z narastaniem problemów społecznych. Zwłaszcza z terenów Rusi Czerwonej i Wołynia szły skargi na panów, którzy dążąc do ideału barokowo-oświeceniowego życia w przepychu chętnie się zadłużali by żyjąc na pokaz, nie wypaść z grona elity. Aby zaspokoić wierzycieli szukano łatwej i szybkiej gotówki, zyski zaś generowano poprzez zwiększanie ilości dni pańszczyzny. Choć nie zawsze wiązało się to z pogorszeniem jakości życia chłopów, to w naturalny sposób rodziło nienawiść poddanych do ich właścicieli. Dużo częściej zresztą nienawidzono nie tyle pana, co dzierżawcę, który w imieniu właściciela sprawował władzę w określonych dobrach. To przeciwko nim kierowano supliki (skargi), w treści niejednokrotnie wpisując groźby ucieczki, czy otwartego buntu. Panowie starali się uśmierzać konflikty, jednak były to działanie doraźne. Gdy tylko komisarze wysłani celem pouczenia okrutnego dzierżawcy znikali za linią horyzontu, sytuacja wracała do niechlubnej normy.

Czytaj także:
Jeńców bestialsko wymordowano, niepogrzebane ciała zjadały zwierzęta. Jedna z największych klęsk polskiego wojska, nazywana „sarmackim Katyniem”

Czytaj także

 0