Polski biznes w zachodnim stylu. Historia najsłynniejszego domu towarowego w II RP

Polski biznes w zachodnim stylu. Historia najsłynniejszego domu towarowego w II RP

Podczas gdy koncepcja zamiany asortymentu na gotowe ubrania okazała się strzałem w dziesiątkę, pomysł sprzedaży wysyłkowej ocierał się o geniusz. Dla Jabłkowskich zaczęła się złota epoka. Obroty firmy rosły z roku na rok, bilans handlowy bił kolejne rekordy. Józef postanowił iść za ciosem.

W 1912 roku sklep przekształcił się w Towarzystwo Akcyjne „Bracia Jabłkowscy”. Do trójki właścicieli dołączył Stefan, który w tym celu zrezygnował z posady dyrektora cukrowni w Częstocicach, spoza rodziny zaś weszli do spółki Piotr Drzewiecki, Leon Błaszkowski, Franciszek Lilpop, Wacław Wańkowicz i Konstanty Tymieniecki. W tym ostatnim przypadku sformułowanie „spoza rodziny” jest nieco na wyrost, Tymieniecki był bowiem mężem Justyny Jabłkowskiej. Za pieniądze ze sprzedaży akcji Towarzystwo Akcyjne wykupiło sąsiednią parcelę przy Brackiej 25 i rozpoczęło budowę przyszłego domu towarowego

„Od zera do milionera”

O ile wybuch Wielkiej Wojny utrudnił nieco funkcjonowanie sklepu, o tyle odzyskanie niepodległości niemal doprowadziło do jego upadku. Gdy 7 listopada 1914 roku przedsiębiorstwo rozpoczęło oficjalnie swą działalność jako Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy, jego klienci, podobnie jak dostawcy, rozsiani byli po całym Imperium Rosyjskim. Zmiana granic oznaczała, że zostało odcięte od jednych i drugich. Dodatkowo szalała inflacja; towary szybko traciły na wartości, o ile nie sprzedano ich od razu. To zaś okazywało się trudne ze względu na niezbyt wysoką zamożność w tamtym czasie.

Dopiero w 1926 roku Feliksowi Jabłkowskiemu, synowi Józefa juniora, który został dyrektorem sklepu, udało się stanąć na nogi. Dom Towarowy rozszerzył ofertę, można w nim było już dostać nie tylko ubrania, ale także buty, zabawki, artykuły papiernicze, wypić kawę, zostawić dzieci w teatrzyku lalkarskim… Jabłkowski zrozumiał prawdę, która dzisiaj stoi za rozkwitem galerii handlowych: dom towarowy musi stać się miejscem, gdzie człowiek przychodzi miło spędzić czas. Jeśli mu to zapewnić, z gościa niemal automatycznie robi się stały klient. Dlatego też szeroka oferta obejmowała nie tylko sprzedaż, ale właśnie formy spędzania wolnego czasu, jak dostęp do kawiarni czy teatrzyku. Z tego też powodu Jabłkowski przywiązywał wielką wagę do doboru personelu. Nie było łatwo stać się u niego sprzedawcą. Należało mieć wyższe wykształcenie, dobre maniery, znać języki obce, opanować podstawy psychologii typu „rozmowa z klientem” etc.

Mimo wyśrubowanych wymagań, Feliks Jabłkowski nigdy nie narzekał na brak chętnych do pracy. Do „Jabłkowszczaków”, którzy cieszyli się znakomitą renomą, garnęli wszyscy. Właściciele dbali o pracowników od samego początku funkcjonowania sklepu. Zapewniali im wczasy, a nawet małe wypady weekendowe pod Warszawę. Organizowali kursy doszkalające, często połączone z wyjazdami, na przykład sprzedawca w dziale porcelany mógł się spodziewać wyjazdu do Ćmielowa, inny zaś, w dziale tekstylnym, do Łodzi. Wysyłali swoich pracowników również na kursy dobrych manier, a nawet czytania i pisania, zdarzało się bowiem, że część personelu niekontaktująca się z klientem, miała z tym problem. Funkcjonowały sekcje sportowe, jak wioślarska i tenisa stołowego. Dom współpracował także z Wyższą Szkołą Handlową i nierzadko przyjmował do pracy jej absolwentów. No i wreszcie: płacili w terminie, osoby w trudnej sytuacji finansowej mogły zaś liczyć na zapomogi i pożyczki z kasy Braci Jabłkowskich.

Koniec snu

1939 rok oznaczał początek końca interesu. Szybko pojawiły się problemy z zaopatrzeniem, w ofercie pozostały głównie towary kartkowe oraz nieliczne nieobjęte tym systemem. Mimo to z trudem, ale udawało się utrzymać sklep na powierzchni. Podczas powstania warszawskiego został splądrowany, zamieniony na szpital, a przez pewien czas także na fabrykę amunicji. Po upadku miasta Niemcy zniszczyli jego część, sama struktura się jednak ostała. Gdy więc 1945 rok przyniósł koniec wojny, pracownicy Jabłkowskich wzięli się do odbudowy. Wrócił też Feliks Jabłkowski, zakasał rękawy i przystąpił do mozolnego odtwarzania sieci dostawców. Pomału przywracano do życia przedwojenny przybytek.

I być może nawet by się udało, gdyby nie Hilary Minc, minister przemysłu i handlu Rzeczypospolitej Polskiej. 2 czerwca 1947 roku Polska Partia Robotnicza rozpoczęła „bitwę o handel” według jego pomysłu. Oficjalnym celem tego przedsięwzięcia było zapewnienie obywatelom dostępu do towarów dobrej jakości po przystępnych cenach. W praktyce chodziło o wyniszczenie inicjatywy prywatnej w handlu i zarazem znienawidzonej klasy posiadaczy. Do niej zaś zaliczono Jabłkowskiego.

W 1950 roku na Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy nałożono absurdalnie wysoki podatek, argumentując to rzekomym wzbogaceniem się jego właścicieli podczas wojny. Możemy tylko wyobrazić sobie, co pomyślał dyrektor sklepu na wieść, że ma zapłacić… 40 milionów złotych. Dla porównania, cały dochód osiągnięty w 1949 roku wynosił 13 mln złotych. Jabłkowski walczył, błagał i monitował, wyjaśniał, że kwota została źle naliczona, że z przysługującymi mu ulgami, miałby do zapłaty 14 milionów złotych i jest gotów należność uiścić. Komuniści nie byli jednak zainteresowani jego pieniędzmi, lecz upadkiem.

15 maja 1950 roku Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy został zamknięty. Członkowie rodziny byli represjonowani jeszcze przez wiele lat, ich pracownicy czasami również. W 1984 roku umarł ostatni dyrektor Domu – Feliks Jabłkowski.

Autorem tekstu Bracia Jabłkowscy – polski biznes w zachodnim stylu jest Przemysław Mrówka. Materiał został opublikowany na licencji CC BY-SA 3.0.

Czytaj także:
Zamieszki czy powstanie? 6 listopada 1923 roku doszło do krwawych starć w Krakowie

Czytaj także

 0