Wojna na gesty, wojna na słowa

Wojna na gesty, wojna na słowa

Wladimir Putin
Wladimir Putin / Źródło: Shutterstock / Frederic Legrand - COMEO
Historyczna awantura z Rosją pokazuje, kto i do czego potrzebny jest Kremlowi. Putin nie tylko rozgrywa cele w światowej dyplomacji, lecz także próbuje wpływać na przebieg kampanii wyborczej w Polsce.

Wygląda na to, że polskie władze uczą się na własnych błędach, jak nie dać się wciągać w jałowe udowadnianie, że nie jesteśmy wielbłądami. W niedawnym sporze historycznym z Żydami, sprowokowanym zresztą na własne życzenie sejmowej większości, szło to strasznie słabo. Wiele energii i nerwów trzeba było poświęcić, by w końcu zawrzeć kruchy rozejm, przypieczętowany podpisaniem porozumienia między premierami Polski a Izraela.

Z Rosją, która ruszyła do boju z polską pamięcią historyczną pod koniec roku, wyszło nam na razie lepiej. W przeciwieństwie do kłótni o przypisywane Polsce sprawstwo Holokaustu, które ciągle rezonuje tu i ówdzie, najnowsza szarża Władimira Putina, obarczającego nasz kraj winą za wybuch II wojny światowej, spotkała się z powszechnym potępieniem.

O ile bowiem ten pierwszy temat jest przedmiotem poważnej debaty historycznej, o tyle tezy o Polsce wpuszczającej świat w odmęty globalnej rzezi nikt przy zdrowych zmysłach po prostu nie kupuje. Putinowi nie udało się nawet wciągnąć do historycznego pingponga środowisk żydowskich, mimo że robił w ich kierunku ukłon, licząc najwyraźniej na korzystną reakcję. Pastwienie się w niewybrednych słowach nad ambasadorem RP w Berlinie, Józefem Lipskim, i nazywanie go „antysemicką świnią i kanalią” nie zostało jednak na razie nigdzie podjęte. Przeciwnie, z samego serca American Jewish Committee popłynął komunikat jego szefa Davida Harrisa krytykujący wypowiedzi Putina i rosyjskiej dyplomacji.

Zaskakująco szybko udało się też wygasić bezmyślnych harcowników politycznych w Polsce, opowiadających się za użyciem rosyjskich zaczepek do kampanii prezydenckiej. Co prawda w dniach świątecznego rozprężenia partyjne i medialne ogary podjęły na chwilę znany i lubiany od lat trop. Opowieść o kompletnej izolacji nieudolnego dyplomatycznie pisowskiego reżimu zabrzmiała jednak równie fałszywie, jak twitterowe wezwanie opozycyjnej kandydatki na Prezydenta RP do pełnej mobilizacji rządu i śmiertelnego boju w obronie polskiej pamięci historycznej. Próba wpuszczenia PiS w maliny, w których wcześniej partia rządząca buszowała z ochotą i zręcznością słonia w składzie porcelany, nie udała się. Być może dlatego, że już mało kto słucha dziś .

Parada pożytecznych idiotów

Zamiast frontalnego ataku na Moskwę zastosowano normalną procedurę dyplomatyczną, upominając w MSZ rosyjskiego ambasadora w . Potem głos zabrał premier Morawiecki i zrobił to skutecznie. Jego oświadczenie obiegło wszystkie światowe media, zmuszając je do wytłumaczenia odbiorcom w krajach mniej niż Polska zorientowanych w zawiłościach historycznych, czym był pakt Ribbentrop-Mołotow i jaka była rola ZSRR we wspieraniu III Rzeszy w pierwszych latach wojny. Jeśli Putin chciał swoimi atakami wybielić ten paskudny rozdział w historii swojego kraju, to osiągnął skutek wręcz odwrotny do zamierzonego.

Okładka tygodnika WPROST: 2/2020
Artykuł jest zamknięty
Cały artykuł dostępny jest w 2/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0