Historia piekielnej broni. 105 lat temu miotacz ognia został po raz pierwszy użyty w walce

Historia piekielnej broni. 105 lat temu miotacz ognia został po raz pierwszy użyty w walce

Niemieccy żołnierze z miotaczem ognia typu Kleif na froncie zachodnim, 1917 r.
Niemieccy żołnierze z miotaczem ognia typu Kleif na froncie zachodnim, 1917 r. / Źródło: Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0 / Bundesarchiv, Bild 104-0669
Jest miejsce na świecie, w którym nie chcielibyście się nigdy znaleźć. To miejsce znajduje się przed wylotem dyszy miotacza ognia. 26 lutego 1915 roku, pod Malancourt na froncie zachodnim pierwszej wojny światowej, po raz pierwszy użyto tej broni w boju.

Człowiek jest świadom niszczycielskiego potencjału ognia od czasu, gdy po raz pierwszy oparzył się o dziwne, żółtawe, drgające powietrze. W momencie, kiedy wynaleziono wojnę, stało się jasne, że prędzej czy później ludzkość odłoży kije i kamienie, a ich miejsce zajmie ogień i za jego pomocą będzie udowadniać, po czyjej stronie jest racja i prawo. Niszczycielski potencjał ognia mógł dać przewagę każdemu, kto zdołałby go ujarzmić i zmusić do walki po jego stronie. I od wieków próbowano to osiągnąć.

Trudne początki

Przyjmuje się, że praszczurem miotaczy ognia jest „grecki ogień”. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę pewne podobieństwo między efektem działania miotacza ognia a naszym wyobrażeniem o działaniu tej starożytnej broni. Nie jest to jednak do końca uprawomocnione, co mam nadzieję wykazać w dalszej części tekstu. Od początku wynalazcy i inżynierowie, zajmujący się kwestią broni zapalającej, szukali sposobów na rozwiązanie jednego, podstawowego pytania: jak stojąc w jednym miejscu, podpalić przeciwnika, który znajduje się kawałek dalej, bez biegania z pochodniami.

Od czasu, gdy w VIII wieku przed Chrystusem Asyryjczycy po raz pierwszy zaczęli miotać płonące garnki ze smołą na oblegane przez siebie miasta, pytanie uległo małemu przeredagowaniu - zaczęto się zastanawiać, jak robić to skuteczniej. Chińczycy, którzy szli odrębną drogą, używali czarnego prochu i prymitywnych pseudosilniczków rakietowych na paliwo stałe, przyczepianych do strzał, włóczni lub po prostu odpalanych samodzielnie. Rozwiązaniem o wiele prostszym i przed wieki dominującym były płonące strzały: prosty, tani sposób na podpalenie wszystkiego, co tylko podpalić się da.

Jęzory ognia na polu bitwy

Pierwszy raz z „miotaczem ognia” w zbliżonym do naszego pojęciu tego słowa spotykamy się w 424 roku przed Chrystusem, podczas oblężenia Delion przez Beotów. Zbudowali oni wtedy machinę, składającą się z kotła wypełnionego smołą zmieszaną z siarką, którą zapalili, po czym przy pomocy potężnego miecha wydmuchali zawartość kotła w stronę ateńskich fortyfikacji. Choć oczywiście efekt musiał być zdecydowanie mniej spektakularny, niż przy użyciu Kleifa z czasów I wojny światowej, dla walczących widok z pewnością był przerażający. Ateńczycy porzucili swoje stanowiska i uciekli w popłochu.

„Grecki ogień”, którego nazwa przywodzi nam na myśl bitwy morskie, jak na przykład dławienie rewolty floty temowej w 727 roku lub odpieranie floty arabskiej, która zagroziła Konstantynopolowi w 672 roku, używany był także podczas bitew lądowych, na przykład tłumienia powstania Tomasza Słowianina w latach 821-823.

Była to tajemnicza, złowieszcza mikstura, zdradzenie receptury której mogło skutkować utratą głowy. Według Mara Greka na „grecki ogień” składała się sproszkowana siarka, wodorowinian potasu, klej, smoła, kauczuk i saletra, wszystko rozpuszczone w oleju lnianym. Bardzo prawdopodobne było także zastosowanie tlenku wapnia. Wchodzi on w gwałtowną reakcję z wodą, w wyniku której powstaje wodorotlenek wapnia oraz duże ilości ciepła, powodujące zapłon łatwopalnych substancji, co sugeruje, że już we wczesnym średniowieczu wiedziano, jak „podpalić deszcz”.

Polak chce podpalić świat

Do momentu upowszechnienia się w Europie broni palnej nie miano nowego pomysłu, jak najbardziej niszczycielski z żywiołów zaprząc do rydwanu Marsa. Dopiero obersterlejtnant Kazimierz Siemienowicz, rodem ze Żmudzi, w swej epokowej pracy Artis Magnae Artilleriae pars prima, wydanej po łacinie w 1650 roku w Amsterdamie, przypomniał o idei miotania we wroga nie kul, a ognia. Polsko-litewski wizjoner proponował nawet konstrukcję rakiet wielostopniowych na paliwo stałe, zaś Władysław IV chętnym uchem słuchał planów utworzenia artylerii rakietowej. W ten sposób Europa przypomniała sobie o ognistych pociskach i zaczęto zastanawiać się nad ich rozwojem.

W 1651 roku Artis Magnae Artilleriae pars prima zostaje przetłumaczona na francuski, a w 1676 roku na niemiecki, stając się bodźcem do rozwoju broni artyleryjskiej. Rakiety jednak nie dały się wyprzeć z wyobraźni wojskowych inżynierów. Ta prosta metoda dostarczania śmierci i zniszczenia była, aż do pojawienia się kolejnego wizjonera i kolejnego bodźca, rozwijana raczej na planach. Wizjonerem był sir William, drugi baronet Congreve, bodźcem zaś doświadczenia armii brytyjskiej wyniesione z walk w Indiach. Hindusi wciąż pamiętali o dalekowschodnim wynalazku rakiet na proch czarny i nie zarzucili jego stosowania, dla europejskich wojsk zaś był to szok. Congreve, syn generała dywizji Williama Congreve, pierwszego baroneta Congreve, miał na starcie pewne ułatwienie: jego ojciec był kierownikiem Królewskiego Laboratorium Uzbrojenia. Congreve młodszy korzystał więc z laboratorium zarządzanych przez ojca, tworząc system broni rakietowej nazwany jego imieniem. Pierwszy spektakularny sukces odniósł on w listopadzie 1805 roku, kiedy podczas oblężenia Boulogne znaczna część miasta została spalona. Rok później Royal Navy, używając broni rakietowej, puściła z dymem Kopenhagę. Ogień wrócił na pole bitwy, wciąż jednak był bronią raczej artyleryjską niż ręczną. Na to trzeba było poczekać kolejny wiek.

Piekło zstępuje do okopów

Legenda mówi, że pewien berliński mechanik i wynalazca, zajmujący się badaniem metod rozpylania cieczy, obserwował na początku 1901 roku pożar cysterny z benzyną. Wtedy zorientował się, że płonące paliwo, wytryskujące ze zbiornika pod ciśnieniem, może być użyte jako broń. Czy faktycznie był to przypadek nie ma pewności. Faktem jest, że inżynier nazywał się Richard Fiedler, zaś 25 kwietnia 1901 roku zgłosił on patent na „Verfahren zur Erzeugung grosser Flammenmassen” - „Metodę tworzenia wielkich ilości ognia”. Poszedł z nią do Ministerstwa Wojny, które wysłuchało propozycji Fiedlera z zainteresowaniem, po czym przeznaczyło fundusze na jego badania. Tak zaczęła się współpraca, która zaowocowała stworzeniem nowoczesnych miotaczy ognia.

Czytaj także

 0