Żołnierz Wermachtu bohaterem, bo nie strzelał do Polaków? Naprawdę był dezerterem, grób też nie jego

Żołnierz Wermachtu bohaterem, bo nie strzelał do Polaków? Naprawdę był dezerterem, grób też nie jego

Dodano:   /  Zmieniono: 
Otto Schimek (fot.Zdjęcie z tygodnika/Archiwum) 
Zanim GRENADIER OTTO SCHIMEK trafił na ołtarze, okazało się, że jego legenda jest dość wątpliwa.

Na wiejskim cmentarzyku w Machowej na Podkarpaciu drogę do grobu wskazują tabliczki. Łatwo go znaleźć, bo tylko tam, w piątym rzędzie mogił są zawsze świeże kwiaty, palą się świeczki i powiewają dwie biało-czerwone flagi: polska i austriacka. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, o kogo chodzi, może przeczytać to na marmurowym nagrobku: "Stracony został przez Wehrmacht, ponieważ wzbraniał się strzelać do polskiej ludności”. Ale to wie każde dziecko w Machowej, że ten młody chłopak w mundurze Wehrmachtu, który uśmiecha się do nas z nagrobka, to wielki bohater i katolik, który ratował Polaków przed śmiercią. Dlatego co roku w rocznicę jego urodzin i śmierci ciągną na ten cmentarzyk pielgrzymi, by modlić się przy jego grobie. Nie wiedzą tylko, skąd wziął się ten kult. A było to tak.

NARODZINY MITU

Wiosną 1970 r. na wiejskim cmentarzyku w Machowej koło Tarnobrzega zjawia się Elfriede Kujal, 57-letnia mieszkanka Wiednia. Poszukuje grobu swojego najmłodszego brata. Trzyma ręcznie naszkicowany plan cmentarzyka i chodząc między polskimi mogiłami, nawołuje po niemiecku: "Otto, Ottonku! To ja, twoja Frida. Gdzie jesteś?”.

Proboszcz Eugeniusz Szydłowski częstuje ją talerzem zupy, a ona opowiada o młodszym bracie, głęboko wierzącym katoliku, ale też wielkim bohaterze, o którym nikt dotąd w Machowej nie słyszał. Mówi, że jej brat Otto Schimek, który służył w 8. Kompanii 1083. Regimentu 544. Dywizji Grenadierów Ludowych sprzeciwiał się mordowaniu cywilów. Gdy w wieku 17 lat trafił do Wehrmachtu, obiecał siostrze, że nie będzie strzelał do ludzi. I tego się ponoć trzymał. Już w Jugosławii miał z tego powodu kłopoty. Ale prawdziwe problemy zaczęły się, gdy doniesiono o jego słabości dowódcy. Ten, chcąc sprawdzić, czy to prawda, wyznaczył go do wykonania kary śmierci na partyzantach. Wtedy Otto odmówił wykonania rozkazu i trafił pod sąd polowy. Elfriede twierdziła, że o tym, co zrobić z krnąbrnym grenadierem, zdecydowała kancelaria Adolfa Hitlera. "Natychmiast rozstrzelać i zakopać w rowie jak psa” – taka depesza miała przyjść w tej sprawie z samego Berlina. Skąd Elfriede Kujal o tym wiedziała? Powiedział jej to w latach 60. jakiś mężczyzna. Nie chciał ujawnić, jak się nazywa ani gdzie mieszka, ale zapewniał, że jest kolegą Ottona z wojska. Na tej opowieści została zbudowana cała późniejsza legenda o Schimku.

OTTONIE, BĄDŹ WZOREM

Dwa miesiące po tym spotkaniu ks. Szydłowski opowiedział o bohaterskim wiedeńczyku podczas kazania w pobliskim Tuchowie. Historia chłopca, który oddał życie, bo nie chciał zabijać Polaków, poruszyła ks. Bolesława Celińskiego, profesora z tarnowskiego seminarium, który w 1971 r. napisał pierwszy artykuł o niezwykłym żołnierzu z Wehrmachtu, spoczywającym na cmentarzyku w Machowej. "Sprawa Ottona Schimka przez 25 lat po wojnie była w Polsce nieznana” – pisał ksiądz profesor w "Tygodniku Powszechnym”. Co prawda zauważył, że nie ma żadnego bezpośredniego świadka, który by potwierdził wersję pani Kujal. Zachował się jednak ostatni list napisany przez Schimka tuż przed rozstrzelaniem, w którym jawił się on jako człowiek nieugięty i wielkiej wiary: "Jestem w radośnie podniosłym nastroju. Cóż mamy do stracenia? Nic, jak tylko nasze biedne życie, duszy nie mogą przecież oni zabić”. Artykuł ks. Celińskiego opublikowany w "Tygodniku Powszechnym” wywołał lawinę.

Do malutkiej Machowej zaczynają ciągnąć pielgrzymi z całego świata. Na bezimiennej dotąd mogile proboszcz Szydłowski stawia skromny nagrobek z fotografią pięknego chłopaka z Wehrmachtu. Zdjęcie przywiozła do Polski Elfriede. Pielgrzymi palą świeczki, przynoszą kwiaty, modlą się i proszą o łaskę, a nawet o uzdrowienie, bo widzą w tym młodym wiedeńczyku kandydata na świętego. Ks. Szydłowski też widzi ten potencjał, więc prosi wiernych o dowody na cuda dokonywane przez Ottona. To konieczne w procesie beatyfikacyjnym.

Do założonej przez proboszcza księgi pamiątkowej wpisują się tysiące wiernych: "Czyn Twój, Ottonie, jest przykładem wspaniałej suwerenności ludzkiego ducha” (alumni seminarium w Tarnowie). "Jego życie i śmierć są dla nas pełnym nadziei znakiem pojednania między naszymi narodami” (pielgrzymi z RFN). "Pielgrzymka nasza jest niezbitym dowodem, że kult jego zatacza coraz szersze kręgi” (siostry zakonne z archidiecezji poznańskiej). Wydaje się, że malutka Machowa zaczyna być centrum katolickiego świata. Informacji o Schimku domaga się kardynał Stefan Wyszyński – w 1973 r. z sekretariatu prymasa przychodzi do proboszcza list tej sprawie. O to samo proszą urzędnicy ambasady Austrii, którzy o bohaterstwie Schimka dowiedzieli się z tekstu ks. Celińskiego w "Tygodniku Powszechnym”. Chcą dodatkowych szczegółów, wskazania osób lub instytucji, które o tym zapomnianym Austriaku mogą powiedzieć więcej. Tylko że żadnych innych dowodów męczeństwa nie ma. Austriacka ambasada w Warszawie informuje więc ministerstwo spraw zagranicznych w Wiedniu, że nie ma innych świadków. Jedynym źródłem wiedzy jest opowieść siostry Schimka. MSZ odnosi się do niej z dużym dystansem. "Jest nastawiona do niego subiektywnie” – oceniają austriaccy urzędnicy.

Kluczowego świadka pod koniec lat 70. odnajduje jednak w Niemczech ks. Celiński. To Josef Saunfert, kapelan dywizji, o którym Schimek pisał w pożegnalnym liście, że modlił się z nim tuż przed egzekucją. "W sprawie Schimka nie jestem w stanie podać żadnych bliższych szczegółów” – odpisuje były kapelan. Ma w pamięci taką scenę, która rozegrała się gdzieś w okolicach Tarnowa: na skraju lasu stoi młody żołnierz, jest przywiązany i gotowy do egzekucji. "Czy to był Otto Schimek? Nie wiem” – pisze.

To już nie ma znaczenia. Legenda Schimka zaczyna żyć własnym życiem. O męczenniku z Machowej piszą największe gazety w Niemczech, Austrii i Polsce. Trąbi o nim Radio Watykan. Młody wiedeńczyk jest porównywany przez dziennikarzy do o. Maksymiliana Marii Kolbego, który poświęcił życie za współwięźnia z Auschwitz. Z tym że poświęcenie Schimka, jeśli w ogóle można to mierzyć, oceniane jest znacznie wyżej niż ks. Maksymiliana. Dziennikarze podkreślają młodość i to, że Otto oddał przecież życie, stając w obronie swoich wrogów. – To, że my, Austriacy, cieszymy się w Polsce takimi względami, jest po części zasługą takich ludzi takich jak Schimek – mówi Friedrich Christian Zanetti, austriacki ambasador w Warszawie w latach 70. Nad grobem Schimka modli się metropolita wiedeński kard. Franz König, najwyższy jak dotąd dostojnik Kościoła, który odwiedził Machową, a kilka lat później grenadiera za wzór do naśladowania stawia sam papież Jan Paweł II. "Sprzeciwił się i sam został zabity. Zyskał sławę sługi Bożego. Na jego grób przychodzą moi rodacy, by uczcić pamięć młodego Austriaka” – przypomniał podczas kazania w Rzymie.

DRUGIE ŻYCIE SCHIMKA

Dopiero w latach 80., po wprowadzeniu stanu wojennego, w Polsce postać Ottona Schimka nabrała prawdziwie symbolicznego znaczenia. Gdy milicja i wojsko stanęły z bronią przeciwko narodowi, przemyski biskup Ignacy Tokarczuk stawiał grenadiera z Wehrmachtu za wzór do naśladowania. "[Schimek] dla coraz większej liczby ludzi jest bohaterem, który zapłacił najwyższą cenę, bo chciał pozostać wierny swojemu sumieniu – mówił biskup w 1982 r. do 300 tys. jasnogórskich pielgrzymów. "Jak nie dać z siebie zrobić bezwolnego narzędzia, możemy nauczyć się od grenadiera Schimka” – pisała podziemna prasa, przeciwstawiając legendę Schimka uległym esbekom, zomowcom i milicjantom.

W połowie lat 80. Otto Schimek stał się patronem antykomunistycznego ruchu Wolność i Pokój, którego uczestnicy odmawiali służby wojskowej. – Przejęliśmy mit, który już istniał – mówi Jarema Dubiel. To on rzucił pomysł tego patronatu, ale wcześniej był w Machowej i czytał księgę pamiątkową.– Jak zobaczyłem wpisy młodych chłopaków, którzy proszą Schimka, by nie iść do wojska, to wiedziałem, że to strzał w dziesiątkę. Dzięki niemu rozłożymy ten system.

Dubiel wymyślił też coroczne marsze WiP-owców na grób Schimka. Już podczas pierwszej wyprawy w listopadzie 1985 r. wszyscy uczestnicy marszu, łącznie z Janem Rokitą, niosącym wówczas wieniec, zostali zatrzymani. O tym aresztowaniu dudniła od razu Wolna Europa, a za nią zachodnie media. Dzięki temu o Schimku znów było głośno i z miesiąca na miesiąc stawał się coraz popularniejszy, a jednocześnie groźny dla socjalizmu. Partyjna prasa – "Trybuna Ludu” i "Żołnierz Wolności” – starały się go przedstawić w jak najczarniejszych barwach, jako tchórzliwego dezertera.

– Ale pisząc o Schimku, nawet źle, wciąż popularyzowali pamięć o nim – tłumaczy Dubiel i twierdzi, że WiP-owcy w latach 80. zabiegali poprzez swoje kościelne kontakty w Watykanie, by papież jak najszybciej ogłosił go świętym. – Nic z tego, niestety, nie wyszło – mówi.

MORDERCY MITÓW

Historią Ottona Schimka był poruszony austriacki pisarz Martin Pollack, który w 1982 r. napisał w wiedeńskim "Kurierze” tekst "Umarł, bo nie chciał zabić innych”. – Uwierzyłem w tę piękną legendę – mówi Pollack. – Chcieliśmy mieć swojego bohatera i taki mit był nam potrzebny. Choć już wtedy miałem pewne wątpliwości. Rok później Martin Pollack ze swoim niemieckim przyjacielem Christophem Ransmayrem ruszą tropem legendy. Zdziwią się, że dotychczasowi czciciele Schimka, tacy jak arcybiskup Wiednia Franz König, w ogóle nie chcą już rozmawiać na ten temat. – Zostawcie tę sprawę, chłopaki – słyszą w pałacu kardynalskim.

Jako pierwsi dotarli do Ludwigsburga i w urzędzie badającym zbrodnie Trzeciej Rzeszy zajrzeli do akt Schimka. Nie było nic, co potwierdzałoby legendę. Z dokumentów wynikało, że Otto Schimek w wieku 17 lat przerwał naukę stolarstwa i trafił do niemieckiej armii. Służył w Jugosławii, gdzie często trafiał do pudła – nie za odmowę strzelania do miejscowej ludności, tylko za spanie w godzinach służby. Potem jego oddział wysłano do Polski. Jesienią 1944 r. został lekko ranny. Odłamek rosyjskiego granatu przepalił mu szelki i nadpalił skórę. Schimek wpadł w panikę, więc został odesłany do punktu opatrunkowego. I zniknął na kilka tygodni. Reporterzy odnaleźli w miejscowości Neumark-Sankt Veit nawet szefa kompanii, w której służył Schimek. Franz Xaver Schöniberger pamiętał spokojnego, jasnowłosego chłopca, ale o odmowie strzelania do cywilów nic nie wiedział. Pamiętał, że po kilku tygodniach uciekiniera odnalazła żandarmeria wojskowa na ulicy Tarnowa. Szedł w cywilnych ciuchach, gryząc bochenek chleba. Za samowolne oddalenie się od oddziału został skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. Ppor. Johan Klein znalazł potem w plecaku chłopca listy od matki. "Pisała, żeby Otto był ostrożny, a kiedy zrobi się groźnie, aby w porę wycofał się w bezpieczne miejsce. Dlatego przy każdym niebezpieczeństwie oddalał się od oddziału. To doprowadziło w końcu do jego zguby” – zeznał w latach 70. porucznik Klein.

Martinowi Pollackowi nawet dziś jest trudno odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, kim był Otto Schimek: – Był sympatycznym, prostym chłopakiem, którego wojna nie interesowała. Wielkim bohaterem nie był, co nie znaczy, że nie był dobrym człowiekiem. Pollack przypuszcza, że mit zrodził się z nieporozumień językowych podczas wizyty Elfriede Kujal w Machowej, gdzie przed jej wizytą nikt o Schimku nie słyszał. – Wróciła w przekonaniu, że historię jej brata potwierdził miejscowy proboszcz – mówi Pollack. Czy to było kłamstwo? – Ten mit był potrzebny i Austrii, i Kościołowi – dodaje.

OTTO JAK 007

Tekst Pollacka i Ransmayra ukazał się w marcu 1983 r. w niemieckim czasopiśmie "Trans- -Atlantic” i przyczynił się do pogrzebania na Zachodzie pięknej legendy. Zaraz potem duszpasterstwo wojskowe Austrii, które zamierzało uczcić pamięć Schimka wmurowaniem tablicy w dzielnicy Kahlenberg, odwołało niespodziewanie zaproszenia na tę uroczystość. – Austriacy dowiedzieli się, że ta sprawa brzydko pachnie – mówi Martin Pollack. – Oficjalnie jest uznany za dezertera. U nas jest cisza, ani słowa o Schimku. Nikt się do niego nie przyznaje. Stella Avallon z ambasady Austrii twierdzi, że sprawę badano w latach 70. i 80., ale uznano, że nie działał on z pobudek religijnych lub bohaterskich. A w Polsce? Im dalej od wojny, tym jego czyny są bardziej bohaterskie, odważne i zadziwiające. I nie wiadomo skąd pojawiają się nowe szczegóły. Pół roku temu tygodnik "Uważam Rze” napisał, że gdy pluton Schimka miał zlikwidować współpracowników AK, grenadier ostentacyjnie opuścił karabin. – Nie będę strzelał do niewinnych – miał powiedzieć dowódcy. – Nie wolno strzelać do niewinnych ludzi – miał pouczać sędziego sądu polowego.

Według posła Jana Warzechy, który trzy lata temu prosił Sejm, by upamiętnił postać wielkiego wiedeńczyka, miał on powiedzieć swojemu dowódcy: "Ja nie będę walczyć z tak zwanymi przeciwnikami Hitlera, bo wojna ta była wywołana przez Niemców i nie jest to po chrześcijańsku”. "Pragnę oddać cześć pamięci tego niezwykłego żołnierza II wojny światowej, który spoczywa na terenie mojego powiatu dębickiego” – mówił w Sejmie poseł Warzecha, za co parlamentarzyści nagrodzili go rzęsistymi oklaskami. Nie wiedzieli chyba, że z tą mogiłą też jest pewien problem. Gdy kilkanaście lat temu odbyła się ekshumacja szczątków bohatera z Machowej, okazało się, że zamiast Ottona Schimka w grobie leży ktoś o wiele starszy od niego. Wtedy z ołtarza w Machowej zniknął też jego portret. Na szczęście nie ma to większego znaczenia dla jego legendy. 

Artykuł ukazał się w jednym z ostatnich (51/51/2-13) numer ów tygodnik a "Wprost" w roku 2013


Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchani a