Dziś rocznica zapomnianej bitwy, która dała Polakom moskiewski tron

Dziś rocznica zapomnianej bitwy, która dała Polakom moskiewski tron

Chorągiew husarska pod Kłuszynem na obrazie Szymona Boguszowicza
4 lipca 1610 roku polskie wojska z husarią na czele rozbiły rosyjsko-szwedzką armię w bitwie pod Kłuszynem. Na początku XVII w. Rosja znajdowała się w okresie tzw. Wielkiej Smuty – po śmierci Fiodora I w 1598 roku, ostatniego władcy z dynastii Rurykowiczów, nie było konkretnego następcy tronu. W tym samym roku, Duma Bojarska w trakcie Soboru Ziemskiego wybrała na nowego cara, doradcę Iwana IV Groźnego – Borysa Godunowa. Tę okazję postanowiła wykorzystać Rzeczpospolita.

Car Iwan IV Groźny miał 5 synów: Dymitra (zmarł w 1553 r.), Iwana (został zabity przez Iwana Groźnego, gdy car miał napad szału w 1581 r.), Fiodora (jako jedynemu udało się przeżyć ojca), Wasyla (zmarł po 2 miesiącach życia w 1563 r.) i Dymitra (zmarł w 1591 r.).

Król panuje, ale nie rządzi

Śmierć ostatniego z nich dotąd nie została wyjaśniona, istnieje wiele teorii na ten temat. Prawdopodobne jest, że został zamordowany na polecenie Borysa Godunowa, lub swojego brata Fiodora. Inna koncepcja zakłada, że śmierć Dymitra była spowodowana niefortunnym wypadkiem – carewicz miał ranić się nożem w trakcie ataku epilepsji. Liczne niejasności otworzyły drogę ludziom, którzy mogli podawać się za cudownie ocalałego Dymitra. W 1603 roku, na dworze Adama Wiśniowieckiego w Brahiniu pojawił się człowiek, podający się za ocalałego Dymitra Rurykowicza. W rzeczywistości był to moskiewski mnich Grigorij Otriepiew.

Otriepiew rościł sobie prawa do tronu carskiego, jednakże mało kto w Rzeczypospolitej wierzył, że jest on rzeczywiście Dymitrem Rurykowiczem. Poparcie zdobył on głównie dzięki wsparciu wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszcha. Za pomoc w wyprawie na Moskwę, Mniszech zażądał, by „Dymitr” wziął za żonę jego córkę – Marynę.

Wojska złożone z pocztów magnackich i drobnej szlachty wyruszyły na ziemię Czernihowską Po kilku wygranych walkach, wojska Dymitra zostały pokonane przez armię carską w bitwie pod Dobryniczami, szczęśliwie dla Dymitra kilka miesięcy później zmarł car Borys Godunow i Rosjanie zaczęli przechodzić na stronę Dymitra. W 1605 roku bojarzy obalili następcę Borysa Godunowa – jego syna Fiodora i oczekiwali na dotarcie Dymitra Samozwańca do Moskwy. Tam koronowano go i wypełnił obietnicę złożoną Jerzemu Mniszchowi – rok po koronacji, poślubił Marynę Mniszchównę.

Rosnące niezadowolenie bojarów i niechęć do nowego cara (Dymitr nie nosił szat rosyjskich, nie miał brody, co denerwowało ortodoksyjnych Rosjan – red.), zakończyło się buntem w 1606 roku. Zamordowano Dymitra, Polaków, którzy przybyli na jego wesele z Maryną Mniszchówną – ci, którzy przeżyli,zostali rozwiezieni jako jeńcy po Rosji. Po śmierci Dymitra obwołano nowego cara – Wasyla Szujskiego, bojara, który przewodził powstaniu przeciwko Samozwańcowi.

Czy lepiej, kiedy jest król, czy kiedy go nie ma?

Kolejna Dymitriada była prowadzona w latach 1607-1608. Pojawił się Dymitr Samozwaniec II. Zebrał on armię złożoną z lisowczyków (wojska pod wodzą Aleksandra Lisowskiego, która składała się głównie z lekkiej jazdy, zasłynęła swoimi działaniami dywersyjnymi w Inflantach – red.), rokoszan Zebrzydowskiego i przekroczył granicę rosyjską. Wygrał bitwę pod Bołchowem w 1608 i ruszył pod Moskwę.

W tym samym roku posłowie Polscy zawarli rozejm z Szujskim – miał trwać on 4 lata. Jednym z warunków umowy było wydanie jeńców pojmanych w 1606 roku. Car Wasyl przystał na rozejm i odesłał zakładników. Niestety, wojska Dymitra pokonały eskortujące jeńców oddziały i odbili zakładników, w tym Marynę Mniszchównę. Ta uznała Dymitra Samozwańca II za swojego męża, pomimo że Łżedymitra (jak nazywany był II Samozwaniec) widziała po raz pierwszy w życiu.

Dymitr stacjonował w położnym niedaleko od Moskwy Tuszynie. Gdy zebrał już armię i otrzymał posiłki z Rzeczypospolitej, ruszył na Moskwę – ponad roczne oblężenie nie powiodło się i wojska polskie zostały zawrócone do kraju. Pozycja Dymitra po 1609 roku stopniowo słabła.

W efekcie licznych starć i walk w czasie dymitriad nowy car Wasyl Szujski, obawiając się pojawienia się „kolejnego Dymitra” i polsko-litewskiej interwencji, podpisał na początku 1609 r. sojusz ze Szwedami – obydwa państwa zobowiązały się do wspólnej walki z Rzeczpospolitą Obojga Narodów. W tym samym roku rozpoczyna się trwająca od 1609 do 1618 roku wojna polsko-rosyjska, zakończona rozejmem w Dywilinie.


„Kupą tu waszmościowie, kupą!”

Informacje dotyczące działań wojennych, pochodzą z najlepszego źródła – dziennika i listów hetmana Żółkiewskiego, dowodzącego wojskami pod Kłuszynem. Zachowały się jego listy do króla Zygmunta III Wazy, w których opisuje przebieg bitwy, czy jego własne zapiski dotyczące wydarzeń z tamtych czasów. Dodatkowo zachowały się diariusze i pamiętniki: Samuela Mackowskiego i Michała Ścibora Marchockiego.

W 1609 r. obydwie strony konfliktu zaczęły zbierać wojska – Wasyl Szujski chciał przede wszystkim odbić obleganą przez Polaków i Dymitra II Samozwańca Moskwę. Pod Twerem pokonał wojsko Rzeczpospolitej dowodzone przez Aleksandra Zborowskiego, ale nie udało mu się ruszyć pod Moskwę – przeszkodził mu w tym bunt nieopłaconych żołnierzy.

Król Zygmunt III Waza na ataki Rosji odpowiedział oblężeniem Smoleńska, którym dowodził kanclerz litewski Lew Sapieha. Rok 1610 przyniósł kolejne zmiany w układzie politycznym – Szujskiemu w końcu udaje się wyruszyć pod Moskwę, gdzie ostatecznie rozbija wojska Dymitra Samozwańca II i wraz ze swoją armią rusza w stronę obleganego Smoleńska.

W tym samym czasie stronnicy Dymitra II, w tym patriarcha moskiewski Filaret, zawarli układ z Rzeczpospolitą. Na mocy tego układu, najstarszy syn Zygmunta III, Władysław miał otrzymać tron carski – jedynym warunkiem było zagwarantowanie wolności wyznawania religii prawosławnej i przejście królewicza na prawosławie.

„Słowo się rzekło, kobyłka u płota”

Tymczasem spod Smoleńska wyruszyła armia pod dowództwem Stanisława Żólkiewskiego, który udaje się najpierw pod Carowe Zajmiszcze, gdzie stacjonował stronnik Wasyla Szujskiego – Grigorij Wołujew. Po pierwszym wygranym starciu z wojskiem Wołujewa zaczęto oblężenie twierdzy.

Żółkiewski otoczył Carowe Zajmiszcze licznymi posterunkami, tak by oblężeni Rosjanie nie próbowali przedrzeć się i dołączyć do armii Dymitra Szujskiego, brata cara Wasyla. Żółkiewski opisuje to w liście do Zygmunta III Wazy w następujący sposób:

„Więc, że oczekiwanie ich było na ratunek odsieczy, której się spodziewali od kniazia Iwanowicza Szujskiego, ile jedno sposobów stawało, ścisnąłem ich tak, że też grodki wokoło ich stawiając, strażami pilnemi osadzając, nigdzie się im wychylić niedopuszczając, żywność, pasze koniom broniąc”.

Tak zabarykadowani Rosjanie nie mogli zbierać informacji o wojskach Dymitra Szujskiego – hetman Żółkiewski na tyle dokładnie poustawiał wojska Rzeczpospolitej, że wszystkie wypady wojsk rosyjskich poza twierdzę, kończyły się klęską.

„Siodłaj portki, dawaj konia”

3 lipca 1610 roku, Żółkiewski otrzymał wiadomość, według której kniaź Dymitr wraz z wojskiem stacjonował około 8 mil od obozu polskiego i kierował się w stronę Smoleńska. Hetman w tym samym liście do króla opisuje liczebność wroga:

„Zgromadziwszy do siebie wszystkie siły i moskiewskie i cudzoziemskie (...) mając wojska cudzoziemskiego więcej niźli pięć tysięcy dobrze zbrojnych (...) moskiewskich ludzi przeszło trzydzieści tysięcy.”...

Z Szujskim byli również wojewodowie: Galiczyn, Mezecki, Boratyński, Buturlin i część pomniejszych bojarów. Po otrzymaniu wiadomości dotyczącej sił rosyjskich Żółkiewski podjął decyzję o pozostawieniu części wojsk pod Carowym Zajmiszczem, by kontynuowano oblężenie twierdzy, a sam hetman wraz z resztą armii uda się w stronę Kłuszyna, gdzie spodziewał się zastać wojska Dymitra Szujskiego.


„Idzie żołnierz borem, lasem, przymierając z głodu czasem”

Hetman pod Kłuszyn zabrał ze sobą około 5,5 tys. husarzy, kilkuset kawalerzystów, dwa działa i około 200 żołnierzy piechoty – zależało mu przede wszystkim na mobilności i zaskoczeniu przeciwnika. Całą resztę: wozy, zaopatrzenie pozostawił pod Carowym Zajmiszczem. Nie zabrał ze sobą nawet prowiantu, w razie przedłużenia się działań wojennych.

W „Historyi wojny Moskiewskiej” Mikołaj Ścibor Marchocki, uczestnik tych wydarzeń relacjonuje:

„Część zostawić, a częścią wojska iść przeciwko wielkiej potędze nieprzyjacieskiej, i na to, czy się rwać, było się na co rozmyślić, ponieważ i wszystkiem wojskiem poszedłszy, na sześć albo siedm tysięcy Niemców i na dwadzieścia tysięcy Moskwy, nie było nas nazbyt”.

Widać tutaj różnicę w liczebności wroga – według Marchockiego wojsk rosyjskich było prawie o 10 tys. mniej niż według Żółkiewskiego. Nocą z 3 na 4 lipca, armia Rzeczypospolitej wyruszyła pod Kłuszyn. Wojska poruszały się w kolumnie, ze względu na zły stan drogi, co spowodowało, że należało odczekać, aż wszystkie chorągwie znajdą się w jednym miejscu. „Przyszło nam iść ze trzy mile lasem, a potem wyszedłszy w pola, trzeba było czekać pierwszym chorągwiom, aż się wszystko wojsko wyprawiło z Carowa” – pisał o tych wydarzeniach Marchocki.

„Pomnij, Rykow kamrat, żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!”

Następnie stała się rzecz niebywała – przednia straż wojska znacząco wyprzedziła resztę i „wpadła” na nieświadomych niczego Rosjan i Szwedów. Spodziewano się, że będą oni obozować w Kłuszynie i w nocy minęli obóz moskiewski, znajdujący się milę przed wsią. Szujski całkowicie zlekceważył siły Żółkiewskiego – nie wystawił nawet straży.

Dowództwo przedniej straży armii Rzeczpospolitej o pomyłce zorientowało się dzięki sygnalistom, którzy grali na pobudkę w obozie Szujskiego. „Trafiło się, że u naszych Niemców zatrąbiono pobudkę przez musztuk. Trąbę usłyszawszy, dopierośmy się poczęli nazad wracać.”.. – napisał Marchocki. Niewiele więc brakowało, by wojska Rzeczypospolitej po prostu ominęły stacjonujących pod Kłuszynem Rosjan.

Żółkiewski nie mając swoich oddziałów w jednym miejscu i bez możliwości frontalnego ataku wszystkimi siłami, zdecydował poczekać, aż wszystkie chorągwie zajmą wyznaczone wcześniej pozycje. Jak sam napisał:

„Śpiących zastaliśmy. Gdyby było wszystko wojsko nasze nadścignęło, zbudzilibyśmy ich byli nieubranych, ale nie mogło się rychło z onego lasu wybrać. Były i drugie przeszkody, żeśmy zaraz na nich nie uderzyli…”

Obóz Szujskiego nie miał umocnień, jednakże był rozdzielony na dwa podobozy – rosyjski i szwedzki, znajdujące się po dwóch różnych stronach wsi Preczystoje. Problemem dla polskiej jazdy stały się wtedy płoty, stojące we wsi – Żółkiewski wydał więc rozkaz, by płoty zniszczyć i podpalić wieś (dodatkowo podpalono inne okoliczne miejscowości), jeszcze przed atakiem husarii. Tam miało miejsce pierwsze starcie – pomiędzy lekką jazdą polską (głównie kozakami) a ustawiającymi się w szyku strzelcami. Silny ostrzał piechoty zmusił jednak lekką kawalerię do odwrotu. O ile wieś stanęła w płomieniach, tak w płotach udało się stworzyć niewielkie wyrwy – co znacząco utrudniało szarżę husarii.

W trakcie akcji dywersyjnej rozpoczęła się pierwsze poważne ruchy bojowe Rosjan i Szwedów. Moskwa ustawiła się w szyku na prawym skrzydle, a cudzoziemcy na lewym. Warto dodać, że działa, jakie posiadały wojska Moskwy, zostały tak usytuowane, że nie odegrały żadnej roli w bitwie, nie oddano z nich ani jednego wystrzału.


„Nadzieja w męstwie, ratunek w zwycięstwie. Czyńcie swoją powinność!”

Właściwa bitwa rozpoczęła się około godziny 4 nad ranem. Początek starcia opisuje Marchocki następująco:

„Wioska do tego trafiła się, na której i dla ciasności pola, rozerwał się on szyk nasz, pomimo naszej woli. Bo jedna część naszych spotkała się z czołem niemieckiem, którym przyszło przez płoty łamać się do nich, a rzadko w płotach trafiła się taka dziura, żeby dziesięć koni szeregiem, wypaść mogło”.

Pierwszego uderzenia dokonali husarze pod wodzą Aleksandra Zborowskiego. Pierwsza szarża przy użyciu kopii sprawiła, że rozpędzeni husarze dosłownie „zmietli” oddziały moskiewskie na prawym skrzydle a ich szarża zakończyła się już za linią płotów.

Należy pamiętać, że po takim ataku, drewniane kopie przeważnie się kruszyły – husarze zmieniali wtedy broń drzewcową na białą. Rozpoczynając walkę w zwarciu, tracili jednak całą siłę impetu, jaką mieli, korzystając z kopii. Walcząc szablami czy koncerzami, starli się z oddziałami zajmującymi miejsce tych, które rozbili wraz z pierwszym uderzeniem. Wtedy też Szujski wysłał na rozpędzonych husarzy, konnicę moskiewską (były to chorągwie jazdy pomiestnej, złożonej z bojarów i dworzan).

Po tej interwencji było już wiadomo, że wojsko moskiewskie tak łatwo się nie podda – husaria rzuciła się do odwrotu. I ponownie musiała przebijać się przez oddziały wroga, który na miejsce rozbitych oddziałów wysłał nowe.

Na odsiecz wycofującym się chorągwiom ruszyły oddziały będące w odwodzie – armia Rzeczpospolitej była ustawiona w „szachownicę”, czyli tak by w razie odwrotu konkretne chorągwie nie wpadały na siebie i by zachować częstotliwość ataków husarii. Dzięki tej interwencji husaria, która pierwsza zaszarżowała na wroga, mogła w miarę bezpiecznie się wycofać.

Drugi atak zakończył się tak samo, jak pierwszy – pierwsza linia obrony moskiewskiej upadła, jednakże znów powtórzył się sytuacja z walką na broń białą. Ponownie husarii zabrakło impetu, by ostatecznie przebić się przez szyki wroga. Dodatkowo – lepiej ustawione wojska rosyjskie, przygotowały strzelców, którzy, gdy tylko husaria przełamała pierwszą linię oporu i znalazła się w zasięgu strzału, oddawali salwę prosto w zaskoczonych jeźdźców. W tym wypadku odwrót stał się trudniejszy niż za pierwszym razem – pomimo przebicia się przez oddziały wroga, ze skrzydeł docierały kolejne wrogie chorągwie, które odcinały powrót husarii.

Taki schemat walki powtarzał się kilkakrotnie – polska jazda napierała na centrum moskiewskiego szyku, gdy Ci wysyłali swoje oddziały ze skrzydeł, by wesprzeć newralgiczne punkty. Sporym problemem dla husarzy był brak kopii – po pierwszym ataku przy użyciu tej broni, korzystali oni tylko z broni białej. Gdyby Żółkiewski zabrał ze sobą wozy, mieliby możliwość pobrania zapasowych drzewców.

Samuel Maskiewicz tak opisał sposób walki husarii i przebieg starć pod Kłuszynem w pierwszej fazie bitwy:

„Dopieroż w imię Pańskie potyka się rot kilka, a po nich drudzy i znowu insi według porządku. (...) Służyłem w rocie księcia Poryckiego, atoli wszystkim, ile nas było, dostało się ochotę zegnać aże do odstępu nad nieprzyjacielem, oprócz jednej roty, której w posiłku rozkazał hetman zostać, p. Kazanowskiego Marcina; to jedno przypomnę, do wierzenia niepodobne, że drugim rotom się trafiło razów ośm albo dziesięć przyjść do sprawy i potykać się z nieprzyjacielem”.


„Kończ… waść!… wstydu oszczędź!…”

W tym samym czasie wojska na lewym skrzydle szykowały się do ataku. Miały one o wiele trudniejsze zadanie, ponieważ ich przeciwnikami były dobrze zorganizowane oddziały cudzoziemskie. Dowodzący lewym skrzydłem, starosta chmielnicki Mikołaj Struś postanowił, że by atak husarzy był udany, należy zminimalizować ryzyko wystrzelania jeźdźców z bliskiej odległości. Czyli wysłać ich w luźnym szyku, w pełnym galopie na wroga znajdującego się za drewnianym płotem.

Gdy chorągwie husarskie były już przy płocie, oddziały cudzoziemskie oddały pierwszą salwę – w normalnych warunkach powinno to załamać szyk szarżującej kawalerii. Jednak z powodu luźnego ustawienia chorągwi, husaria mogła kontynuować atak. Część żołnierzy ucierpiała przy pierwszej salwie, a ci, którzy przebili się przez wyrwy w płocie, natrafili na silny opór muszkieterów i pikinierów. W efekcie, na lewym skrzydle rozpoczęła się krwawa jatka pomiędzy husarzami a wojskami cudzoziemskimi.

Szczęśliwie – części chorągwi, które przypuszczały atak na lewym skrzydle, udało się wycofać. Gdy tylko znalazły się za drewnianym ogrodzeniem – Mikołaj Struś wysłał drugą falę konnych, ale ich szarża zakończyła się niepowodzeniem. Po drugim nieudanym uderzeniu powtórzył ten sam manewr po raz trzeci – znów bez efektu.

Przez cały ten czas na prawym skrzydle powtarzano te same manewry – nie przynosiły one żadnych skutków. Taktyka ta przypominała trochę Tatarską walkę, w stylu „hit and run” (uderz i uciekaj – red.) – husaria wykonywała szarżę, a następnie szybko się wycofywała. Taka taktyka byłaby mordercza, gdyby mieli oni wcześniej wspomnianą możliwość wymiany kopii na nowe. Tymczasem szarżowali z szablami u boku, co nie pozwalało przełamać rzędu pik moskiewskich.

Ta taktyka co prawda wyczerpywała roty husarskie, ale również męczyła oddziały broniące się, w szczególności te, które odpierały systematyczne ataki jazdy. Całą tę sytuację obserwował Dymitr Szujski – miał ciągle oddziały, które nie brały udziału w bitwie i postanowił użyć ich w odpowiednim momencie. Gdy husarska rota wykonywała odwrót, a kolejna ruszała do ataku, Szujski wysłał rajtarów i jazdę pomiestną w stronę centrum polskich wojsk.

To starcie pomiędzy konnymi obydwu opisuje Samuel Maskiewicz:

„Widząc nieprzyjaciel naszą już słabość, rozkazał dwóm kornetom rajtarskim, którzy pogotowiu w sprawie stali przeciwko nas, aby się z nami potkali, a ci sami, za łaską Najwyższego, zwycięstwo nam uczynili, bo jako skoczyli do nas niegotowych, i zaraz wypuściwszy strzelbę, poczęli odwrót czynić zwykłym sposobem dla nabijania, a drudzy po nich następowali strzelając. My nie czekając, póki wszyscy wystrzelą, a widząc, że oni odwrót czynią, posunęliśmy się za nimi, jeno pałasze w ręku mając. A ci zapomniawszy nabijać, a drugi i nie wystrzelił, tył podali i wpadli na wszystkę Moskwę, która w bramie obozowej została w sprawie, i pomieszali ich wnet”.

„Niech by na nas runęło niebo to podtrzymamy je swymi drzewami”

Tę sytuację wykorzystało dowództwo wojsk Rzeczpospolitej. W czasie gdy chorągwie husarskie zaatakowały jazdę moskiewską, reszta rot również uderzyła na prawe skrzydło – zdezorientowani przeciwnicy zostali rozniesieni przez szarżujących na nich husarzy. Pokonani zostali nie tylko jeźdźcy, ale również piechota, która wcześniej broniła prawego skrzydła – uciekający Rosjanie byli zabijani bez żadnych oporów, a husarze gnali za uciekającymi wojskami aż 6 kilometrów.

Ci, którzy nie udali się w pogoń za wrogiem pozostali w obrębie obozu moskiewskiego – zaatakowali tam oddziały stacjonujące przy działach i odbili armaty.

Cała ta akcja otworzyła drogę Żółkiewskiemu do oflankowania przeciwnika na lewym skrzydle. Wcześniej obydwa obozy rozdzielała wieś – po pokonaniu znaczącej ilości wojsk moskiewskich, utworzyła się luka, z której husaria mogła uderzyć na kryjących się za ogrodzeniem cudzoziemców.


„Sto Niemców naszych kiedy strzeli, jednego zabiją, kiedy Kozaków sto strzeli, nieomylna, że 50 trafią”

Prowizoryczne obwarowania w postaci prostego płotu wciąż skutecznie utrudniały walkę husarzom. Szczęśliwie dla Żółkiewskiego na pole bitwy dotarła piechota z dwiema działkami. Ulokowano je na lewym skrzydle, by ostrzelały umocnienia i oddziały cudzoziemskie. Polscy puszkarze dali popis swoich umiejętności – strzały z działek były celne i znacząco zniszczyły płot.

Żółkiewski widząc, że działa spełniły swoje zadanie, zaprzestał ostrzału. Wysłano wtedy piechotę, która po krótkim ostrzale z odległości, ruszyła do ataku przy użyciu broni białej. Piechurów wspierali również jeźdźcy, którzy mieli zaatakować zaraz po żołnierzach piechoty. Konnicę stanowili prawdopodobnie kozacy, którzy do tego momentu byli w walce tylko raz – na samym początku, gdy mieli zniszczyć płoty.

Tę sytuację wspomina Żółkiewski:

„W tym też one falkoneciki z trochą piechoty przyszły i bardzo potrzebie dogodziły. Bo do onych Niemców pieszych, którzy przy płocie stali, wygodzili puszkarze z działek, i piechota, choć ich trocha, ale ochrostni (otrzaskani) i w wielu potrzebach bywali, skoczyli do nich i upadło zaraz między Niemcy kilku z działek, z rusznic-li postrzelonych. Wystrzelili i Niemcy do nich i zabili pana hetmanowych dwóch, trzech-li. Ale widząc, że ochotnie do nich idą, jęli Niemcy od płotu uciekać do lasu, który tam był niedaleko”

Piechota, kozacy i husarze starli się z oddziałami cudzoziemskimi – zapanował chaos, który przede wszystkim zdezorganizował szyki wojsk zaciężnych.

Zmasowanego ataku nie wytrzymali w końcu cudzoziemcy – otworzyło to drogę husarii do ostatecznego ataku. Szarża zakończyła się sukcesem – wojska najemne zaczęły uciekać. „Pontus, rozumiejąc, że przegrana z kilkuset człeka uciekał kilka mil” – napisał Marchocki.


Dziwne materii pomieszanie

Nie był to jednak koniec bitwy – niedobitki oddziałów cudzoziemskich schroniły się w lesie, a resztki wojska moskiewskiego wraz z Dymitrem Szujskim zajęły pozycje obronne przy swoim obozie. Pomimo ucieczki dużej liczby żołnierzy i rosyjskiego chłopstwa, dowódca sił moskiewskich miał nadal około 5 tys. ludzi zdolnych do walki.

Żółkiewski odczekał, aż wrócą chorągwie, które ruszyły za uciekającymi Rosjanami, obawiał się nagłego ataku z obozu moskiewskiego – mieli wszak przewagę liczebną. Szujski jednak nie wykonał tego ruchu. Postanowił więc w inny sposób zakończyć bitwę – wysłał do ukrywających się w lesie wojsk najemnych, harcowników, którzy proponowali im poddanie się.

„Na one harce przyjechało między Moskwę dwa Niemców i pokręciwszy się trochę między nimi, podskoczyli, kapeluszy podniósłszy i przedali się do naszych. Potem przyjechało ich między harcownika sześć, którzy toż samo uczynyli i tak coraz to więcej przedawać się poczęło, że już nasi niektórzy nic nie czynili, tylko podjeżdżali pod pułki niemieckie, a wabili ich kum, kum, że przedało się wszystkich nad sto, a na ostatku dali znać, że chcemy wszyscy traktować. Dajcie zmianę. I dali im Adama Żółkiewskiego, synowca hetmańskiego, i pana Piotra Borkowskiego, którzy obydwa umieli języki rozmaite, a takich też tam było trzeba, bo to wojsko ich było z różnych narodów. Dali też i oni zamianę” – tak całe zaproszenie do rokowań i przejścia na stronę Rzeczpospolitej opisuje Marchocki.

Powoli, pojedynczo, potem w grupach kolejni żołnierze przechodzili na stronę wojska Żółkiewskiego. Hetman wysłał swojego syna do prowadzenia rokowań – zapewnił parlamentariuszy wroga, że nie zostaną im odebrane pieniądze, które już uzyskali, że żadnemu z żołnierzy nie stanie się krzywda, a dodatkowo zaproponował, by przeszli oni na żołd króla Zygmunta III.

Żółkiewski oprócz tego pozostawił im możliwość nieprzechodzenia na stronę Rzeczpospolitej – wystarczyło, by złożyli przysięgę, że nie będą przeciwko niej walczyli. Dotąd nie wiemy, kto pełnił funkcję parlamentariusza, jednakże, gdy wśród żołnierzy najemnych trwała dyskusja dotycząca przyjęcia propozycji hetmana, wrócił Jakub de la Gardie i Edward Horn, którzy przerwali rokowania.

Pojawił się również posłańcy z obozu Szujskiego – próbowali przekonać cudzoziemców by Ci pozostali przy wspieraniu Rosjan. Najemni żołnierze jednak przyjęli warunki Żółkiewskiego. W międzyczasie Dymitr Szujski, obserwując co dzieje się poza obozem (prawdopodobnie widział, jak Żółkiewski ugaduje się z żołnierzami najemnymi), postanowił uciec z obozu.

Według Żółkiewskiego, Szujski całkiem nieźle przygotował się do ucieczki – wraz z żołnierzami porozrzucał po obozie wszystkie kosztowności, by zatrzymać ewentualny pościg. Wszystko, co wartościowe miało skusić goniących za nimi do rabowania obozu, a nie kontynuowania pościgu. Udało mu się to całkiem nieźle – niewiele oddziałów ruszyło dalej za Szujskim, po zobaczeniu tego, co krył obóz rosyjski.


„Policzym ich, jak ich pobijem”

Straty obydwu stron są trudne do ocenienia. Hetman Żółkiewski wskazuje na 2 tys. zabitych cudzoziemców i niezliczonej liczbie Rosjan, a straty po stronie Rzeczpospolitej w jego ocenie, to około 100 husarzy i 300 innych żołnierzy. Według Roberta Szcześniaka, autora książki „Kłuszyn 1610”, straty po stronie Rzeczypospolitej wynosiły na pewno więcej niż 300 ludzi i około 1000 koni – informacje te znalazł on w tekach Naruszewicza. Co do strat wojsk moskiewskich, na ten temat trwają spory od lat. Jednakże Leszek Podhorodecki szacuje, że najbardziej wiarygodne dane to 700 zabitych cudzoziemców i 2 tys. żołnierzy moskiewskich.

Po wygranej bitwie wojska Żółkiewskiego udały się z powrotem pod Carowe Zajmiszcze – obładowani łupami, jak napisał hetman: „było wozów, kolas ledwie więcej niżli nas”. Pod wieczór, 4 lipca, armia Rzeczpospolitej dotarła pod Carowe Zajmiszcze, by kontynuować oblężenie – nie było to jednak potrzebne. Wałujew początkowo nie wierzył w zwycięstwo Żółkiewskiego, ale gdy zobaczył zdobyte na wojsku moskiewskim chorągwie i pojmanych jeńców, przystąpił do rokowań. Wałujew otrzymał warunki kapitulacji – on i bojarzy broniący Carowego Zajmiszcza mieli uznać za cara królewicza Władysława, co też zrobili.

Cała bitwa trwała łącznie 5 godzin – jednakże w jej wyniku, droga do Moskwy została otwarta, bo rozbite wojska rosyjskie rozproszyły się po terytorium kraju. Dowódca spod Kłuszyna, Żółkiewski zawarł ugodę z bojarami (bez wiedzy Zygmunta III Wazy). Rosyjscy możnowładcy zgodzili się uznać królewicza Władysława za cara. Koniec końców, ze względu na niezdecydowanie ojca Władysława, tak się jednak nie stało. Cykl wojen polsko-rosyjskich zakończył się w 1618 roku – na mocy rozejmu w Dywilinie, Polska uzyskała ziemię smoleńską, czernihowską i siewierską. Wtedy też osiągnęła największy zasięg terytorialny.

Czytaj także:
"Hołd Szujskich". Gdy rosyjski car przysięgał posłuszeństwo polskiemu królowi

Przypis: W artykule często pojawia się zapis: armia lub wojsko szwedzkie – jest to ujednolicenie – wojska te były cudzoziemskich autoramentów (w ich skład wchodzili najemni Francuzi, Szkoci, Holendrzy czy Niemcy), jednakże były opłacane w dużej mierze przez Szwedów i wysłane, by pomóc Szujskiemu w walkach.

Powyższy tekst był pierwotnie opublikowany 4 lipca 2014 roku.

Czytaj także

 29
  • Zupełnie przypadkiem, akurat pod tym tekstem stada trolli, burdel w komentarzach i masa ocen. Zupełnie przypadkiem. Zielone ludziki tylko. Kacapy przecież miłują pokój „mir w mirie” i są naszymi „braćmi” (tfu). To tylko zielone ludziki ze sklepu z trolli komentują. Uderz w stół, a nożyce się odezwą.
    • Tego dnia pisuary są w żałobie, że ich przodkowie przegrali
      • Treść została usunięta
        • JACEK IP
          GDYBY WŁADYSŁAW ZOSTAŁ CAREM, MOŻE HISTORIA POTOCZYŁA BY SIE INACZEJ ???
          • franek IP
            Bitwa pod Kluszynem NIGDY nie byla zapomniana bitwa! To jedna z dwoch najbardziej wydajnych bitew polskiego wojska (druga to pod Kircholmem) w calej tysiacletniej historii Polski. To dwa najwspanialsze zwyciestwa, niestety oba niezbyt dobrze wykorzystane pod wzgledem strategicznym.... szkoda...