Niezniszczalny żołnierz imperium

Niezniszczalny żołnierz imperium

Walczył na frontach trzech wojen, przeżył katastrofy lotnicze, szpiegował, uciekał z niewoli. A w wolnych od wojny czasach używał życia na polskich Kresach Wschodnich.

Jest takie zdjęcie z lat 30., zrobione podczas zimowego polowania gdzieś na Kresach. Przy stole, na surowych pieńkach, siedzi śmietanka II Rzeczypospolitej: w centrum prezydent Ignacy Mościcki, po bokach książęta Hieronim i Karol Radziwiłłowie, ze dwóch hrabiów Tyszkiewiczów, jakiś Potocki i kilku innych kresowych potentatów. W tym doborowym towarzystwie jest też wąsaty dżentelmen o naznaczonej wojennymi bliznami twarzy. Mimo braku lewego oka i lewej dłoni jest on jednym z królów polowania. Nie tylko świetnie strzela, ale też sypie jak z rękawa koszarowymi dowcipami i anegdotami z frontów rozlicznych wojen. Nazywa się Adrian Paul Ghislain Carton de Wiart i mimo belgijskiego pochodzenia jest oficerem brytyjskiej armii. Jest także rezydentem brytyjskiego wywiadu w Polsce i weteranem walk z Ukraińcami, Litwinami i bolszewikami. Słowem, gościem tego kresowego polowania jest wojak, jakiego na frontach ze świecą szukać.

KULA PROSTO W TWARZ

Pokiereszowany weteran zaczyna swoją karierę jako gładkolicy arystokrata z bardzo porządnego domu. Plotkowano, że jest nieślubnym synem belgijskiego króla Leopolda II. Wychowany w Kairze chłopak zostaje wysłany do Oksfordu z myślą o wspaniałej karierze w biznesie lub polityce. To rodzinna tradycja. Ojciec jest szefem egipskich kolei, jeden z kuzynów zostanie premierem Belgii, a inny – osobistym sekretarzem króla Leopolda. Adrian, urodzony przez irlandzką matkę i wychowany przez angielską macochę, nie zagrzewa jednak długo miejsca w Balliol College. Na wieść o wybuchu wojny burskiej zaciąga się do wojska i rusza do Afryki Południowej wojować z potomkami holenderskich kolonizatorów, którzy ani myślą podporządkowywać się brytyjskiemu panowaniu.

Ojciec dowiaduje się o jego przygodach dopiero wtedy, gdy syn dostaje od Burów kulę w brzuch. Jest już jednak za późno, by odwodzić go od wojaczki. Po szybkiej kuracji chłopak wraca na front i znów zostaje ranny. Przeniesiony do Indii sprawdza się w kasynach oficerskich i polowaniach na dzika z włócznią.

Hulaszczy żywot sztabowego lowelasa przerywa wybuch pierwszej wojny światowej. Młody kapitan zostaje wysłany do Somalii, na wojnę z armią derwiszów Mohammeda bin Abdullaha, zwanego przez Brytyjczyków Szalonym Mułłą. Derwisze bin Abdullaha to banda obdartych renegatów, ale naszemu bohaterowi, służącemu w Wielbłądzim Korpusie Somalilandu, zostawią pamiątkę na całe życie. Podczas szturmu na opanowany przez rebeliantów fort Carton de Wiart dostaje dwie kule prosto w twarz, traci oko i kawał ucha. Każdy inny oficer uznałby to za chwalebny koniec kariery w armii, ale de Wiart nie zadowala się medalem. W 1915 r. płynie już parowcem do Europy, by wziąć udział w największej rzezi ówczesnego świata. Dowodzi kolejno trzema batalionami i brygadą w najkrwawszych bitwach wojny pozycyjnej w Belgii i we Francji. Dla swoich żołnierzy musi być przekleństwem, bo bezlitośnie gna ich do szturmu w miejscach, których nie odważają się atakować inni dowódcy. To, że sam się nie oszczędza i idzie w pierwszej linii pod grad kul, jest dla nich marną pociechą.

Mało brakuje, a zakończyłby karierę w rzezi pod Sommą, w której ginie po obu stronach około miliona żołnierzy. De Wiart dostaje kulę w czaszkę. Na nieszczęście dla jego podwładnych pocisk nie narusza mózgu.Po trzech tygodniach rekonwalescencji kapitan de Wiart znów pędzi żołnierzy Jej Królewskiej Mości w błocie pola bitwy pod Passchendaele w rodzinnej Belgii. 750 tys. ludzi pada tam trupem tylko po to, by przesunąć linię frontu o nic nieznaczące dziesięć kilometrów. De Wiart też pada, postrzelony w biodro, a gdy wraca z lazaretu, idzie na front pod Cambrai, gdzie zostaje ranny w nogę. Po szybkiej kuracji rusza pod Ypres, gdzie traci dłoń – sam odrywa sobie kilka strzaskanych pociskiem palców. Gdy Wielka Wojna dobiega końca, jedzie na wschód Europy, gdzie między odrodzoną Polską a ogarniętą rewolucją Rosją szykuje się nowa jatka.

STARY KOMPAN CHURCHILL

Na zachowanych w polskich archiwach zdjęciach gen. Adrian Carton de Wiart wygląda jak archetyp twardego brytyjskiego oficera ze skeczy Monty Pythona. Czarna opaska na oku, pusty rękaw okaleczonej ręki, do tego elegancka laska ze srebrną gałką i bryczesy wpuszczone w wysokie oficerki. U Monty Pythona takie typy to zazwyczaj żądne krwi nadęte tępaki. Ale Carton de Wiart zezuje na nas ocalałym okiem z humorem i bezczelnością. Na innej fotografii, zrobionej w 1919 r. w oblężonym przez Ukraińców Lwowie, chudy jak patyk oficer stoi z gen. Tadeuszem Rozwadowskim, próbującym utrzymać porządek w otoczonym mieście. Nie brakuje zdjęć z narad Carton de Wiarta z gen. Władysławem Sikorskim, a także jego oficjalnych fotografii z marsz. Piłsudskim. Jako szef brytyjskiej misji wojskowej w Polsce Adrian Carton de Wiart szybko znajduje wspólny język z wojskowymi i przejmuje polski punkt widzenia na sytuację w tej części Europy. Z własnymi politykami idzie mu znacznie gorzej. Próby przekonania premiera Lloyda George’a do wsparcia Polski w nadciągającej wojnie z bolszewicką Rosją okazują się daremne. Na szczęście z pomocą przychodzi stary kompan z wojen burskich w Afryce Południowej. Nazywa się Winston Churchill i jest wówczas ministrem wojny w brytyjskim rządzie. Churchill zdaje sobie sprawę, że polska ofensywa na Ukrainie znacznie osłabi bolszewików, i godzi się na dozbrojenie polskiej armii.

De Wiart osobiście nadzoruje transporty kolejowe na polsko-ukraiński front, wystawiając się na kule kozaków atamana Symona Petlury. Limit trafień został najwyraźniej już wyczerpany, bo wychodzi ze starcia bez szwanku, choć traci kilku adiutantów. Gdy Polacy opanowują sytuację na Ukrainie, de Wiart rusza na Litwę, gdzie zostaje aresztowany za szpiegostwo. Dzięki interwencji dyplomatycznej szybko odzyskuje wolność, a informacje, które przywozi, bardzo przydają się gen. Lucjanowi Żeligowskiemu, który wkrótce odbierze Litwinom Wilno. W czasie wojny polsko-bolszewickiej de Wiart rusza na front z misją rozpoznawczą. Pociąg, którym się przemieszcza, zostaje zaatakowany przez konnicę Budionnego. Jednoręki i jednooki weteran odpiera krasnoarmiejców ze stopni wagonu, ostrzeliwując się z rewolweru.

NA BAGNACH U KSIĘCIA RADZIWIŁŁA

Potem jednak i na dzikim wschodzie wojowanie dobiega końca. Polska zawiera pokój z Rosją. Do kolekcji brytyjskich odznaczeń Adrian Carton de Wiart dodaje jeszcze polski krzyż Virtuti Militari i w stopniu pułkownika przechodzi w stan spoczynku. Postanawia zostać w Polsce i pędzić beztroski żywot kresowego arystokraty. Osiada na poleskich bagnach w majątku Prostyń, podarowanym mu przez księcia Karola Mikołaja Radziwiłła, który był jego adiutantem. Okolica słynie z obfitości wodnego ptactwa, a dla rezydenta brytyjskiego wywiadu ma jeszcze tę zaletę, że leży zaledwie kilka kilometrów od sowieckiej granicy, przez którą przenikają ludzie i wieści z Kraju Rad. „Przez te 15 lat polowałem codziennie i ta przyjemność nigdy mi się nie sprzykrzyła” – wspomina później czasy, gdy opuszczał Prostyń tylko zimą, kiedy lód skuwał moczary, a ślady były zbyt dobrze widoczne na śniegu. De Wiart wraca wtedy na kilka miesięcy na konsultacje do Londynu. Przywozi z nich przekonanie, że nowa wojna w Europie jest nieunikniona. Gdy Polska uzyskuje od Londynu gwarancje pomocy w wojnie z Hitlerem, de Wiart wyciąga z szafy mundur i znów staje na czele brytyjskiej misji wojskowej w Warszawie. Udaje mu się przekonać marsz. Rydza-Śmigłego do ewakuacji nowoczesnych jednostek polskiej floty na Morze Północne, gdzie potem bardzo przydadzą się aliantom. Wybuch wojny zastaje de Wiarta w Warszawie. 17 września do Prostynia wkraczają Rosjanie, plądrują majątek i ruszają w głąb Polski. Generał ewakuuje się wraz ze sztabem Rydza-Śmigłego do Rumunii, o której mieszkańcach nie ma dobrego zdania. „Są tylko trzy rodzaje Rumunów: alfonsi, pederaści i skrzypkowie. Cholernie niewielu z nich to skrzypkowie” – klaruje swojemu adiutantowi podczas przekraczania granicy. Zagrożony aresztowaniem ucieka z Rumunii na fałszywym paszporcie.

UCIECZKI Z OFLAGU

W 60. urodziny awansowany do stopnia generała Adrian Carton de Wiart nie ma czego świętować. 5 maja 1940 r. okręty z niedobitkami korpusu, którymi przez ostatni miesiąc dowodził w Norwegii, docierają do bazy Royal Navy w Scapa Flow na Orkadach. Celem kampanii jest utrzymanie ważnego strategicznie portu w Namsos.

Zaczyna się fatalnie. Samolot, którym generał leci do Norwegii, zostaje ostrzelany przez Niemców podczas lądowania. Potem jest jeszcze gorzej. Jego oddziały, pozbawione zaopatrzenia i ciężkiego sprzętu, ledwo zipią, dziesiątkowane ogniem niemieckich niszczycieli, nękane przez Luftwaffe i górskie jednostki Wehrmachtu. Operacja, pogrążana dodatkowo przez sprzeczne rozkazy z Anglii, kończy się kompletną klęską. Sztabowi dekownicy, młodsi wiekiem i stażem od de Wiarta, uznają, że pozbawiony ręki i oka weteran, chodzący o lasce i naszpikowany ołowiem, nie nadaje się już na liniowego dowódcę. Właściwie nadaje się już tylko na emeryturę, ale de Wiart nie daje się odesłać do cywila. W 1941 r. wsiada na pokład bombowca, który okrężną drogą, przez Maltę i Kair, ma dotrzeć do zagrożonej niemiecką inwazją Jugosławii. U wybrzeży kontrolowanej przez Mussoliniego Libii vickers wellington się rozbija i generał trafia do włoskiej niewoli. Czas spędza w komfortowych warunkach ekskluzywnego oflagu w malowniczym Castello di Vincigliatta w Toskanii, gdzie trafiają wysocy rangą jeńcy. Panowie oficerowie, w większości z arystokratycznych rodzin, za punkt honoru stawiają sobie ucieczkę z niewoli. De Wiart pięciokrotnie próbuje uciekać, włączając w to siedmiomiesięczne rycie tunelu mającego go wyprowadzić poza mury toskańskiego zamku. Z obozu wydostaje się jednak nie dzięki sprytowi, ale dzięki koneksjom.

W 1943 r. zostaje przewieziony z Toskanii do Rzymu, gdzie rząd włoski, świadom jego powiązań z Churchillem, proponuje mu wolność w zamian za pośrednictwo w negocjacjach, których celem jest przejście Włoch na stronę aliantów. Jeniec godzi się chętnie, stawiając jeden warunek: cywilny garnitur, obstalowany dla niego na czas podróży pod fałszywym nazwiskiem, nie może go upodabniać do włoskiego żigolaka. „Rezultat pracy krawca był równie dobry jak to, co można dostać na Savile Row” – wspomina po latach. Przez Lizbonę dociera do Anglii. Winston Churchill czeka na niego w wiejskiej rezydencji szefów rządu Jej Królewskiej Mości w Chequers. Efekt włoskiej eskapady jest bardzo obiecujący, ale imperium ma już dla jednookiego Belga kolejne zadanie.

W SŁUŻBIE CZANG KAJ-SZEKA

Spójrzmy na kolejne zdjęcie, zrobione w 1943 r. w Kairze, gdzie niegdyś Adrian de Wiart spędzał dzieciństwo. Jest jesień. W ogrodzie rezydencji ambasadora USA w Gizie siedzi rozparty na krześle Churchill w śnieżnobiałym garniturze, z cygarem w ustach i białą panamą na kolanie. Po prawej ma Franklina Roosevelta, po lewej panią Song Meiling, córkę bogatego chińskiego sprzedawcy Biblii i żonę generalissimusa Czang Kaj-szeka, który siedzi obok Roosevelta. Tuż za plecami pani Song stoi szczupły generał w czapce zawadiacko opuszczonej na bakier, z opaską na lewym oku. Rękę ma zgiętą w łokciu, dla podtrzymania laski, a pustym rękawem celuje w głowę pierwszej damy Chin. Obok Carton de Wiarta stoi w admiralskim mundurze lord Mount batten, a dalej amerykańscy sztabowcy. Całe to towarzystwo ustaliło właśnie, że wojna na Dalekim Wschodzie będzie toczona aż do bezwarunkowej kapitulacji Japonii. Adrian Carton de Wiart ma w imieniu imperium pilnować realizacji porozumień kairskich przez Czang Kaj-szeka. Przez następne dwa lata, aż do zakończenia drugiej wojny światowej, Carton de Wiart rezyduje w Chinach. Ma okazję poznać przywódcę chińskich komunistów, Mao Tse-tunga, którego uznaje za fanatyka. Przy kolacji nie waha się zbesztać Mao za to, że dekuje swoje wojska, zamiast rzucić je na pomoc armii Czang Kaj-szeka, wykrwawiającej się w walkach z Japończykami.

Wojna dobiega powoli końca. Generał stara się ją sobie uprzyjemnić na wszelkie sposoby. Cieszy wzrok bombardowaniem Sabangu w okupowanych przez Japonię holenderskich Indiach Wschodnich. Widok ma przedni, bo sir James Sommerville, głównodowodzący brytyjskiej floty na Dalekim Wschodzie, zaprasza go na mostek pancernika HMS „Queen Elizabeth”, gdzie obaj dżentelmeni podziwiają pracę pokładowej artylerii. Chwila jest historyczna, bo działa okrętu nie były używane od czasu bitwy o Dardanele w 1915 r. Dwa lata po wizycie na pokładzie wysłużonego pancernika kariera wojskowa weterana dobiega końca.

Jest 1947 r. W drodze powrotnej, w czasie postoju w Rangunie w Birmie, generał potyka się na schodach, łamiąc kilka kręgów. Operują go dopiero w Anglii. Przy okazji lekarze wyjmują z jego ciała pokaźne ilości odłamków z czasów zmagań pod Sommą i Ypres. Na emeryturze Carton de Wiart osiada w Irlandii i zabija czas wędkowaniem. Gdy ktoś kiedyś pyta go o wojenne wspomnienia, odpowiada krótko: „Wojna? Muszę przyznać, że całkiem dobrze się bawiłem”. Umiera w wieku 83 lat, zostawiając spadkobiercom skromną kwotę niecałych 8 tys. funtów. Znacznie ważniejszą spuścizną okazuje się żołnierska legenda i cała góra najwyższych odznaczeń – brytyjskich, francuskich, polskich i belgijskich. ■

Okładka tygodnika WPROST: 4/2015
Więcej możesz przeczytać w 4/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • marcos IP
    Miał facet jaja. NIesamowita postać czekamy na polskie wydanie jego wspomnień Happy odysey....