Walkiria Komorowskiego

Walkiria Komorowskiego

Polacy i Niemcy razem walczyli z Hitlerem oraz nazistami. A hrabia von Stauffenberg to bohater, którego można porównać z żołnierzami AK. Jak to możliwe, że taki fałsz wkradł się w przemówienie ustępującego prezydenta?

Z bohaterstwa grupy Clausa Schenka Grafa von Stauffenberga, której członkowie za wkład na rzecz prawa i sprawiedliwości zapłacili życiem, wyrasta zobowiązanie, żeby uczynić wszystko, żebyśmy w Europie czuli się bezpiecznie”– mówił w Berlinie Bronisław Komorowski, przedstawiając nieudany zamach na Hitlera jako jedną z form oporu wobec „zinstytucjonalizowanego zła”, taką jak Polskie Państwo Podziemne. „Niemiecki sprzeciw wobec nazizmu wymagał heroizmu i odwagi, często nieporównywalnej z niczym innym, zasługuje więc na szacunek i podziw” – mówił w siedzibie fundacji Konrada Adenauera polski prezydent. Wypowiedź wywołała nad Wisłą awanturę. Jedni widzieli w niej przejaw pojednawczej postawy w prawdziwie europejskim duchu, inni coś na kształt zdrady, zrównującej bohaterstwo Armii Krajowej z koniunkturalnym hitlerowskim dygnitarzem, który w ostatniej chwili postanowił się zwrócić przeciw führerowi.

Najbardziej kuriozalne w całej awanturze jest to, że stracony za próbę zamordowania Adolfa Hitlera Stauffenberg uznałby taką laudację za obraźliwą, jako że pochodzi od przedstawiciela niższej rasy. „Miejscowa ludność to niewiarygodna hołota, bardzo dużo Żydów i mieszańców, którzy potrzebują bata, żeby poczuć się pewnie. Jako jeńcy na pewno przydadzą się naszemu rolnictwu, bo są pilni, pracowici i niewymagający” – pisał o Polakach w liście do żony we wrześniu 1939 r., gdy na czele niemieckich oddziałów niósł kaganek europejskich wartości do zrównanego z ziemią przez Luftwaffe Wielunia.

Bożyszcze „innYCh Niemiec”

Wygląda na to, że prezydent, z wykształcenia historyk, swój wykład na temat roli Stauffenberga w długiej tradycji wolnościowych ruchów oporu w Europie oparł nie na rzetelnej wiedzy historycznej, tylko na hollywoodzkim filmie „Walkiria”.

W rolę bohaterskiego niemieckiego oficera gotowego ratować świat przed szaleństwem Hitlera wciela się Tom Cruise. Jego Stauffenberg jest rycerzem niezłomnym i patriotą, który zrobił dla pokonania III Rzeszy przynajmniej tyle samo, co Churchill i polscy lotnicy, Patton i Eisenhower, Żukow i Koniew razem wzięci.

Choć hollywoodzka bajeczka reprezentuje kino rozrywkowe, to najwyraźniej działa inspirująco także w wymiarze politycznym. I to mimo tego, że z faktami w „Walkirii” zgadzała się tylko niezwykła uroda grafa von Stauffenberga. Panny szalały za nim od najmłodszych lat. Hrabia był też rzeczywiście ujmujący, dobrze wychowany, grał na wiolonczeli, pisał wiersze i fascynował się sztuką, zwłaszcza dziełami Michała Anioła. Słowem, był idealnym kandydatem na apostoła czegoś, co nazwano „innymi, lepszymi Niemcami”. To efemeryczny koncept socjologiczno-historyczny służący dowodzeniu, że Niemcy nie mieli nic wspólnego ze zbrodniami mitycznych nazistów. Odruch narodu, uwikłanego w największą hekatombę w dziejach ludzkości, wydaje się naturalny. Taki zabieg pozwala kolejnym pokoleniom zmniejszać ciężar zbiorowej odpowiedzialności. O ile jednak można jakoś wytłumaczyć wynoszenie na piedestały młodziutkiej Sophie Scholl, zgilotynowanej za rozrzucenie kilku antyhitlerowskich ulotek, to gloryfikowanie w przypadku Stauffenberga zaczął się od podziwu dla Hitlera.

Hrabia popierał anschluss Austrii i odebranie Czechosłowacji Sudetów. Nie miał też nic przeciwko rasistowskim ustawom norymberskim, choć uważał jednocześnie, że przemoc wobec Żydów jest grubą przesadą. Z zapałem podbijał Polskę, uważając, że ten bękart traktatu wersalskiego powinien zostać skolonizowany przez Niemców, a potem dostał Żelazny Krzyż za kampanię we grafa von Stauffenberga wydaje się co najmniej dyskusyjne. Gest Sophie Scholl był przynajmniej podszyty autentycznym idealizmem. Von Stauffenberg, podobnie jak inni uczestnicy spisku na życie Hitlera, nie był bohaterem, którego można stawiać w jednym szeregu z AK. Tak jak inni zamachowcy należał do grupy wojskowych, którzy najpierw pomogli Hitlerowi podbić i sterroryzować Europę, a gdy postanowili go obalić, to nie po to, żeby zaprowadzić pokój, tylko by uratować co się da z wielkich Niemiec.

Wierni do czasu

„Wkład na rzecz prawa i sprawiedliwości”, o którym mówił w Berlinie prezydent, Francji. Jako zdolny sztabowiec brał także udział w przygotowaniu ataku na Rosję. Podobną drogę przeszli inni uczestnicy spisku przeciw Hitlerowi. Jego przywódca Henning von Tresckow był współautorem planu Barbarossa, który zakładał m.in. masowe rozstrzeliwania i głodzenie jeńców sowieckich. Podobnie jak Stauffenberg był przeciwny mordowaniu Żydów, jednak z dyscyplinowaniem słowiańskich podludzi nie miał już żadnego kłopotu. Jeszcze na miesiąc przed zamachem na Hitlera wydał rozkaz wyłapania 50 tys. ukraińskich i polskich dzieci, które miały być skierowane do niewolniczych prac w Niemczech. Operacja przewidziana jako „planowe osłabianie siły biologicznej wrogów III Rzeszy” została po wojnie uznana za zbrodnię ludobójstwa. Także inni spiskowcy stanowili ważne tryby w niemieckiej machinie wojennej. Generał Carl-Heinrich von Stülpnagel, odpowiedzialny za pucz w okupowanej Francji, zajmował się eksterminacją Żydów na Ukrainie, a potem nadzorował masowe deportacje francuskich Żydów. Rozstrzeliwał też masowo cywilnych zakładników w odwecie za akcje francuskiego ruchu oporu.

Na czele berlińskiego frontu spisku przeciwko Hitlerowi stał z kolei Arthur Nebe, który jako jeden z pierwszych eksperymentował z ruchomymi komorami gazowymi jako efektywnym sposobem eliminacji elementu niepożądanego. Bunt tych spadkobierców pruskiej tradycji wojskowych był efektem przekonania, że oni poprowadziliby tę wojnę lepiej niż austriacki gefrajter, który powyrzucał ze sztabu doświadczonych junkrów i sam przejął dowodzenie, doprowadzając do klęski Niemiec w kluczowych bitwach pod Stalingradem i El Alamein. Ten element dostrzegli nawet scenarzyści filmu „Walkiria”, pokazując Stauffenberga jako zawodowego żołnierza, sfrustrowanego nieudolnością dowództwa i stratami, jakie ono powoduje.

Plan, w którym nie było polski

Wkraczając 20 lipca 1944 r. do sztabowego baraku w Wilczym Szańcu, Claus Schenk był wrakiem człowieka. Po nieudanej kampanii w Afryce hrabia był na wpół ślepy i głuchy, utykał na jedną nogę, nie miał prawej ręki, a w lewej zostały mu tylko dwa palce. Tuż przed zamachem wyjął z teczki połowę ładunku, by zminimalizować liczbę ofiar. To jeden z powodów, dla których eksplozja nie zabiła wszystkich 24 obecnych na naradzie sztabowców, a tylko czterech, stojących najbliżej teczki. Stauffenbergiem nie kierowało wyłącznie poczucie środowiskowej solidarności z dzielnymi pruskimi oficerami. To była także część spisku, bo zamachowcy potrzebowali całego potencjału niemieckiej armii. Plan zakładał obalenie Hitlera, neutralizację dowództwa SS, nawiązanie rozmów pokojowych z zachodnimi aliantami i wspólne kontynuowanie walki ze Stalinem. Dla Polski nie było tu miejsca. Stauffenberg i jego towarzysze zakładali przywrócenie granic Rzeszy z 1914 r., co oznaczałoby odebranie Rzeczpospolitej Wielkopolski, Pomorza i Śląska. Polacy mieliby wraz z Brytyjczykami i Amerykanami ruszyć na Sowietów, wydzierając ziemie dla siebie. A gdyby nie udało się pokonać Stalina, można by próbować trzymać go z dala od cywilizowanego świata, dając mu we władanie resztki Polski do linii Wisły.

Mitologia w szkole

Tak wyglądał plan, będący wedle słów prezydenta Komorowskiego „wkładem na rzecz prawa i sprawiedliwości, z którego wyrasta zobowiązanie, żeby uczynić wszystko, żebyśmy w Europie czuli się bezpiecznie”. Jego absurdalność zauważyli nawet uczestnicy spisku. Marszałek Rommel uważał, że alianci nie zgodzą się na separatystyczny pokój, i proponował niezwłoczne ogłoszenie kapitulacji w nadziei, że Amerykanie i Brytyjczycy zajmą jak największe obszary III Rzeszy, ratując Niemcy przed Sowietami. Podobnego zdania był Helmuth James von Moltke, jedyny chyba w tym towarzystwie autentyczny opozycjonista, zaangażowany jeszcze przed wojną w obronę prawną niemieckich Żydów.

Nieudany zamach zakończył się katastrofą. Gdy Gestapo skończyło mordowanie zamieszanych w spisek, w Niemczech nikt nie ośmielił się już mówić o kapitulacji. Zamiast skrócić wojnę, zamachowcy wydłużyli ją o kolejne dziesięć miesięcy. W efekcie spisek stał się częścią wielowarstwowego mitu, w którym najpierw przeciwstawiono krwiożerczym nazistom z SS uczciwy Wehrmacht, a potem zaczęto snuć opowieść o „innych, lepszych Niemcach”. Dziś ta legenda stała się przedmiotem nauczania w niemieckich szkołach i to jest jeden z powodów, dla których wykładu prezydenta Komorowskiego z okazji rocznicy heroicznego zrywu wysłuchali także studenci. Pewnie im się podobało, bo przecież polski prezydent, do tego historyk, nie może się aż tak mylić. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEŻone

Okładka tygodnika WPROST: 29/2015
Więcej możesz przeczytać w 29/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0