Wałęsa współpracował, czy nie? Osiem lat temu były esbek przyznał się do porażki

Wałęsa współpracował, czy nie? Osiem lat temu były esbek przyznał się do porażki

Lech Wałęsa (fot. Wprost) / Źródło: Wprost
W związku ze sprawą upublicznienia przez IPN akt TW "Bolka", zawierających między innymi zobowiązanie współpracy z podpisem "Lech Wałęsa", warto przypomnieć sprawę byłego kapitana SB Edwarda Graczyka, który po publikacji książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka w 2008 roku przekonywał, że nie zwerbował Wałęsy. Twierdził też, że nie posiada informacji, by ktokolwiek inny miał to zrobić.

Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk w wydanej przez IPN książce pt. "SB a Lech Wałęsa" pisali: "Graczyk w 1970 r. zwerbował Lecha Wałęsę jako agenta". Informacjom stanowczo zaprzeczał oskarżony o współpracę były prezydent. Autorzy twierdzili też, że Edward Graczyk zmarł. Kiedy Instytut Lecha Wałęsy ujawnił, że Graczyk żyje, Cenckiewicz replikował, że informację o jego śmierci uzyskał z orzeczenia Sądu Lustracyjnego.

Sąd Apelacyjny w Warszawie - którego wydziałem był nieistniejący dziś Sąd Lustracyjny - podał z kolei, że informację o śmierci Graczyka sąd dostał z UOP wraz z dokumentami, jakie Urząd miał nt. ewentualnej współpracy Wałęsy z SB.

Śledztwo IPN

Materiału odnośnie powiązań Graczyka z Wałęsą dostarczają zeznania złożone przez niego podczas przesłuchania z listopada 2008 roku, upublicznione w grudniu 2008 roku. Występował wówczas w roli świadka w śledztwie IPN w sprawie fałszowania przez SB akt mających dowodzić, że Wałęsa był agentem o pseudonimie "Bolek".

Graczyk w procesie IPN 18 listopada zeznał, że w grudniu 1970 roku został skierowany wraz z grupą kilkudziesięciu funkcjonariuszy z Olsztyna do Gdańska, by wesprzeć tamtejsze służby. "Miałem na uwadze, że jeśli pan W. (dane zostały zanonimizowane przez IPN w protokole - przyp red.) potrafi panować nad tłumem, to pomoże opanować sytuację w stoczni, która była bardzo zła." - zeznawał. "W tym czasie w stoczni były rozróby, mieliśmy informację, że mają wejść Rosjanie. Chciałem, żeby pan Wałęsa uspokoił nastroje i żeby Rosjanie nie weszli" - mówił. Zeznał też, że odbył w tej sprawie rozmowę z W. podczas której prosił go, by pomógł zapobiec rozruchom. Dodał, że w późniejszym czasie kilkakrotnie spotykał się jeszcze z L.W.

"Ja w Gdańsku pracowałem pod egidą Wydziału III i przekazywałem im wszelkie informacje, które uzyskałem od L.W. Nie wiem, czy na podstawie tych dokumentów pan W. został zarejestrowany jako tajny współpracownik. W czasie spotkań pan W. otrzymywał ode mnie pieniądze. Były to pieniądze przeznaczone na zwrot kosztów poniesionych przez L.W. Na pewno przekazałem mu pieniądze na pokrycie kosztów wyjazdu do warszawy na spotkanie z Gierkiem" - mówił.

"Nigdy nie uzyskałem deklaracji współpracy"

Wywołany do tablicy po publikacji książki Cenckiewicza i Gontarczyka Graczyk wydał też oświadczenie, w którym stanowczo zaprzeczył, by zwerbował do współpracy Lecha Wałęsę i by dawał mu pieniądze. Napisał, że z jego wiedzy operacyjnej wynika, że żaden inny pracownik organów bezpieczeństwa PRL nie uzyskał od Wałęsy zgody lub deklaracji współpracy agenturalnej czy jakiejkolwiek innej.

"Nigdy nie uzyskałem od Lecha Wałęsy żadnej deklaracji współpracy z organami bezpieczeństwa PRL, ani nigdy w czasie tych rozmów czy przesłuchań nie było mowy o werbunku Lecha Wałęsy do współpracy z organami PRL" - wskazał. "Zaprzeczam kategorycznie twierdzeniu, abym był tą osobą, która zwerbowała Lecha Wałęsę" - utrzymywał Graczyk.

Graczyk napisał, że z jego wiedzy operacyjnej wynika, że żaden inny pracownik organów bezpieczeństwa PRL nie uzyskał od Wałęsy zgody lub deklaracji współpracy agenturalnej czy jakiejkolwiek innej. Jak ocenił, fakt taki byłby mu "natychmiast znany, jako informacja niezbędna w pracy wywiadowczej".

"Nie mógł nikogo pokrzywdzić"

Stwierdził, że Wałęsa nie sporządzał na jego ani innych organów PRL zlecenie żadnych relacji ani informacji na piśmie. "Z treści przesłuchań Lecha Wałęsy nie wynikała żadna możliwość pokrzywdzenia ani zagrożenia dla osób trzecich" - uważa Graczyk.

"Wobec braku jakiejkolwiek deklaracji współpracy z organami PRL wykluczone jest, abym przekazywał Lechowi Wałęsie środki finansowe jako wynagrodzenie, czy zwrot kosztów podróży, skoro przesłuchania odbywały się w mieście jego zamieszkania tj. w Gdańsku, a zwrot kosztów należał się tylko w razie dojazdu z innej miejscowości" -utrzymywał wówczas.

Graczyk wskazał, że w swoich upublicznionych zeznaniach potwierdził wiarygodność dokumentu kwitującego przekazanie pieniędzy, sygnowane podpisem "Bolek". Jak wyjaśnił, w praktyce służb PRL oznaczało to, że środki zostały przeznaczone na sprawę o kryptonimie "Bolek", a ich wydatkowanie zostało potwierdzone podpisem wykonanym przez niego lub innego pracownika służb PRL za pomocą tego kryptonimu.

"Lech Wałęsa osobiście, własnoręcznie, ani w żaden inny sposób nie potwierdzał przyjęcia ode mnie żadnych środków finansowych, gdyż nigdy nie nastąpiło wręczenie mu takich środków" - podkreślił.

Jak napisał, standardową praktyką działania organów bezpieczeństwa PRL było przypisanie do akcji rozpracowywania danej osoby, w tym przypadku Lecha Wałęsy, konkretnego kryptonimu bez wiedzy ani zgody tej osoby. "Kryptonimem +Bolek+ zostały nazwane w dokumentacji organów PRL wszystkie działania wobec danej osoby, w tym podsłuchy w zakładzie pracy, na łącznicy telefonicznej, podsłuch w siedzibie związku zawodowego kierowanego przez Lecha Wałęsę i podsłuch na telefon domowy" - wyjaśnił Graczyk.

"Istniejące pokwitowania przekazania środków finansowych nie są więc pokwitowaniami odebrania ich przez osobę poddaną rozpracowaniu, a stanowią potwierdzenie poniesienia kosztów aranżacyjnych prowadzenia sprawy o danym kryptonimie w rozliczeniach wewnętrznych organów PRL" - napisał.

"Oświadczam, że ze względu na wiek i inne okoliczności osobiste chcę zamknąć wszelkie spekulacje w opisywanych sprawach; przekazuję powyższe informacje w dobrej wierze, opisując znaną mi prawdę historyczną i nie mam zamiaru w żaden inny sposób wypowiadać się w tej sprawie" - podkreślił.

Szafa Kiszczaka

Przypomnijmy, 16 lutego do domu wdowy po gen. Czesławie Kiszczaku wkroczył prokurator w towarzystwie pracowników Instytutu Pamięci Narodowej. Zabezpieczono dokumenty dot. tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Bolek”, które to dokumenty Maria Kiszczak chciała sprzedać Instytutowi. Według relacji rzecznik prasowej IPN, wdowa po Czesławie Kiszczaku 16 lutego spotkała się m.in. z prezesem Instytutu i żądała 90 tys. złotych w zamian za przyniesione akta. Jako dowód na wagę posiadanych dokumentów przedstawiła "odręcznie kartkę papieru zatytułowaną „Informacja opracowania ze słów T.W. »Bolek« z odbytego spotkania w dniu 16.XI.1974 roku”. Dwie partie zabezpieczonych dokumentów zostały już udostępnione przez IPN.

IPN wydał w czwartek 25 lutego komunikat w sprawie ekspertyz dokumentów dotyczących tajnego współpracownika pseudonim „Bolek”. Poinformowano, że w związku z sugestiami Wałęsy, jakoby dokumenty były fałszowane, zostało wszczęte śledztwo.

Pełen protokół zeznań Graczyka został opublikowany przez IPN.

IPN, Wprost.pl, PAP

Czytaj także

 41
  • Serious   IP
    W każdym normalnym kraju za samo zniszczenie akt na swój temat, to prostackie bydlę gniłoby dożywotnio w więzieniu, nawet bez ruszania tematu działania na szkodę państwa i oszukania milionów ludzi. A tu - kolejna kampania, mająca na celu lansowanie szubrawca, jako bohatera narodowego. Wierzyć się nie chce. Matrix.
    • antek   IP
      Rusza propaganda wybielania Wałęsy
      • ALOSZA   IP
        WALESA TO JUDASZ
        • Go ść   IP
          Czyli wedle tego co powyżej było tak. Wałęsa chodził do Graczyka pogadać np o rybach a ten dawał mu za to kasę, za poświęcony mu czas. Pokwitowań nie brał, bo przecież w SB pokwitować niczego nie trzeba było. To że Wałek zrobił z siebie kretyna, nie oznacza żeby z nas robić idiotów.
          • jarek   IP
            bo dal mu kase i jakies koryto i sb mowi jak Walensa chce