Sztafeta Polek 4X400. Sercem i nogami

Sztafeta Polek 4X400. Sercem i nogami

Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik, Justyna Święty-Ersetic i Patrycja Wyciszkiewicz
Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik, Justyna Święty-Ersetic i Patrycja Wyciszkiewicz / Źródło: Newspix.pl / Radosław Joźwiak
Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik, Anna Kiełbasińska, Justyna Święty-Ersetic i Patrycja Wyciszkiewicz. Prawie równolatki. Rywalki i przyjaciółki. Osiągają sukcesy w bieganiu na dystansie 400 metrów. Startują solo, w sztafecie pań, w sztafecie mieszanej – czyli w zespołach męsko-damskich, dwie na dwóch. Dużo zależy od ustawienia – czasem pani przez okrążenie rywalizuje z panem. Lekkoatletyczna nowość, ładnie się przyjmuje… Mistrzynie Europy, wicemistrzynie świata.

Mawiają o nich „Aniołki Matusińskiego”. Aleksander Matusiński to trener kadry. „W domu” ćwiczą pod okiem klubowych szkoleniowców (bywa, że trenerem jest mama), a w kadrze rozdaje karty Matusiński. Spokojnie, ale zdecydowanie. Ustala składy sztafet, która na której zmianie, wymyśla taktykę. Potrafi czytać w kobiecej duszy i trafiać z dobrą radą… Akceptowany bez zastrzeżeń…

Są szybkie i waleczne. Jakby nie znały słowa „zmęczenie”. Na przykład Justyna Święty-Ersetic w ostatnich mistrzostwach świata stawała na starcie sześć razy!

Jakie są? Niech odpowiedzi na pytania przybliżą same bohaterki bieżni i tekstu. Na otwartym stadionie 400 metrów to tylko jedno okrążenie, w głowach, nogach i sercach ‒ kawał życia…

Dorota Bardzińska, Wprost.pl: Tęskniły panie za bieżnią?

Patrycja Wyciszkiewicz: Zdecydowanie tak. 400 metrów to przedłużony sprint, a właśnie bieżnia pozwala nam wykonać taki trening, który jest potrzebny do tego, żeby szybko biegać.

Justyna Święty-Ersetic: Ta przerwa dobrze wpłynęła na sferę psychiczną. Dzięki temu odczułam w sobie wielki głód, żeby powrócić na bieżnię.

Anna Kiełbasińska: Już nie tęsknię, bo od początku maja mogłyśmy trenować na stadionach.

A wcześniej, podczas pandemii, gdzie to robiłyście?

Iga Baumgart-Witan: Na początku w lesie. Trenowałam na rowerze, bo chociaż nie ma to nic wspólnego z bieganiem, to pomaga podtrzymać dyspozycje tlenowe. No i miałam domową siłownię, zorganizowaną na podwórku.

Anna Kiełbasińska: W lesie, potem korzystałam z ogródka i ścieżki przy domu na Mazurach. Miałam też dużo sprzętu sportowego, a to, czego nie miałam – wypożyczałam.

Małgorzata Hołub-Kowalik: Biegałam po terenie rekreacyjnym w moim mieście, potem, kiedy został zamknięty, trzeba było znaleźć ścieżki w okolicy. Trenowałam też w domu. To nie były tak mocne treningi jak te na obozie. Na tyle, na ile była możliwość, starałyśmy się ten okres przepracować.

Justyna Święty-Ersetic: Trenowałam codziennie, głównie na ścieżkach. Zorganizowałam też sobie siłownię na podwórku przy domu.

Patrycja Wyciszkiewicz: W czasie lockdownu ćwiczyłam w domu na rowerze spinningowym, mam też podstawowe wyposażenie siłowni: gryf i ciężary. Czasami wychodziłam pobiegać. Dla mnie czymś nowym był czas, który spędzałam w domu. Musiałam się uczyć normalnego życia i znajdować sobie różne zadania, bo moje życie, którym był sport, zostało mi w pewnym stopniu odebrane.

Pandemia przerwała przygotowania olimpijskie. Igrzyska w Tokio zostały przełożone na rok. Z waszego punktu widzenia to dobrze czy źle?

Patrycja Wyciszkiewicz: Z jednej strony, to dobrze, że igrzysk nie ma w tym roku, bo mamy więcej czasu, by się do nich przygotować. Plusem tej sytuacji jest również pewien komfort, bo nam, zawodnikom, dano czas, żeby się zregenerować i psychicznie, i fizycznie. Taki rok jak ten, bez ważnej imprezy, to przecież ewenement. Z drugiej strony, to niezbyt dobrze, bo my od paru lat byłyśmy na fali wznoszącej i z każdej imprezy wracałyśmy z medalem.

Anna Kiełbasińska: Zawsze staram się być elastyczna i wykorzystywać to, co dostaję, w sposób pozytywny. Pomyślałam więc tak: właśnie dostałam dodatkowy czas, żeby nadrobić pewne braki, nie tylko treningowe, ale też zdrowotne, nadgonić sprawy, które się ciągnęły za mną, ale były odkładane.

Iga Baumgart-Witan: Odłożenie o rok igrzysk, po to, by wyrównać szanse sportowcom, było jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji. Miałam małe kontuzje, więc zyskałam czas, żeby je zaleczyć. Przygotowania trwają – teraz otwierane są ośrodki sportu, stadiony, siłownie, więc wszyscy będą mogli na równych zasadach trenować. Idzie ku dobremu.

Małgorzata Hołub-Kowalik: Zdrowie jest najważniejsze, najpierw potrzeba nam właśnie zdrowia, a dopiero potem igrzysk. Byłyśmy gotowe na to, że odbędą się w tym roku. Szykowałyśmy się, całą zimę, trenowałyśmy ciężko. Czy to dobrze, czy źle – będzie można zweryfikować w przyszłym roku. Zbieramy wszystkie siły na Tokio 2021.

Trzeba zaczynać od nowa?

Justyna Święty-Ersetic: Nie. Dostałam kolejny rok przygotowań. Można eksperymentować na treningu, zobaczyć, czy nowe bodźce posłużą, czy nie. Nie mamy w tym roku imprezy docelowej, więc to dobry czas, żeby zaryzykować.

Sztafeta do specyficzna dyscyplina, która zawiera w sobie i rywalizację i współpracę. Jak panie łączą te dwie sprawy?

Iga Baumgart-Witan: Jak widać – całkiem nieźle. W sztafecie biegamy jako przyjaciółki, ale żeby do niej wejść, biegamy indywidualnie i rywalizujemy. Na bieżni nie ma przyjaźni. Jednak kiedy tylko przekraczamy linię mety, przybijamy sobie piątkę.

Małgorzata Hołub-Kowalik: Kiedy biegniemy w sztafecie, jesteśmy tylko i wyłącznie drużyną. Liczy się współpraca i zaufanie. Natomiast jeśli startujemy na bieżni indywidualnie, od momentu startu do mety jesteśmy rywalkami, a po przekroczeniu linii mety nadal najlepszymi koleżankami. Po prostu przełączmy tryb. To się udaje, nie ma spięć ani napięć. Kolegujemy się, rywalizujemy i motywujemy się nawzajem, bo jak koleżanka pobiegnie szybciej, to mnie to motywuje do cięższej pracy, żeby pobiec jeszcze szybciej.

Anna Kiełbasińska: Na bieżni jesteśmy rywalkami, każda stara się wygrać i być najlepsza. Potem znów jesteśmy koleżankami. Przegrałam z kimś, bo ktoś był lepszy. Taki jest sport, to jest praca.

Justyna Święty-Ersetic: Nie mamy z tym najmniejszego problemu, bo przez te wszystkie lata stworzyłyśmy fajny team. Rywalkami jesteśmy tylko przez minutę na bieżni, podczas samego startu. Raz wygrywa jedna, raz druga. Taka jest kolej rzeczy.

A jak wygląda typowy dzień sportowca?

Iga Baumgart-Witan: Wiele osób myśli, że mamy ciekawe, kolorowe życie, bo dużo podróżujemy. Po części tak jest, ale i tak wszystko się kręci wokół biegania. Wstajemy rano o odpowiedniej godzinie, żeby wcześnie zjeść śniadanie. Potem przerwa i poranny trening. Obiad i drzemka, żeby zregenerować siły do drugiego treningu. Następnie fizjoterapeuci stawiają nas na nogi, żebyśmy mogli na drugi dzień robić to samo i z tą samą siłą. W sumie typowy dzień sportowca jest nudny.

Małgorzata Hołub-Kowalik: Rozmawiamy w czwartek, więc dziś miałam trening siłowy. Trwa 2-2,5 godziny, czasami nawet trzy. Trening siłowy jest najdłuższy.

Przerzuca pani kilka ton?

Małgorzata Hołub-Kowalik: Kilka ton to może nie, ale dźwiga się sporo ciężarów. Jest wiele ćwiczeń na sztandze, dużo skoków, wyskoków, żeby siłę przełożyć na dynamikę, ale robimy też takie ćwiczenia jak przysiady, półprzysiady, zarzuty, rwanie, no i pompki, żeby wzmocnić ręce i brzuch i grzbiet.

A jak wygląda trening biegowy?

Małgorzata Hołub-Kowalik: Podczas treningów biegowych rozgrzewka trwa średnio koło godziny i koło godziny trwa sam trening biegowy. Są treningi szybkościowe, a więc start z bloków i bieg na krótkie odcinki. Biegamy również wytrzymałościowo – trzy setki albo pięćsetki albo sześćsetki.

Iga Baumgart-Witan: Trening może trwać tylko godzinę, ale trenerzy w tym czasie potrafią pozbawiać nas całej naszej mocy tak, że jesteśmy niemal nieprzytomne. Zmęczenie nie zależy od czasu poświęconego na trening.

Anna Kiełbasińska: W życiu sportowca nie jest tak, że trenujemy dwie godziny i potem mamy wolne. Podporządkowujemy temu wszystko: musimy dbać o odpowiednie nawodnienie, jedzenie, wysypianie się, regenerację, odpowiedni rytm dnia. Ktoś zapyta ‒ co to za obowiązek? Niby żaden obowiązek, ale to jest składowa sukcesu.

Co jest najtrudniejsze w waszej pracy?

Patrycja Wyciszkiewicz: Gdyby wszystko policzyć – obozy, wyjazdy, zgrupowania - to około 300 dni w roku spędzamy poza domem. I to jest najcięższe w sporcie: wyjazdy na trzy-cztery tygodnie, zostawienie życia domowego, męża, rodziny.

Justyna Święty-Ersetic: Rozłąka z rodziną. Ciągle przesiadujemy na zgrupowaniach, jesteśmy w rozjazdach. Nawet jeśli wracamy do domu, to tylko na chwilę. To jest największym minusem naszej pracy.

Małgorzata Hołub-Kowalik: Bardzo długo nie ma nas w domu. Jesteśmy z dala od rodziny, tęsknimy. Łatwiej przetrwać nawet najcięższy trening i umieranie po takim treningu, kiedy się ma bliskie osoby u boku.

Czym jest dla sportowca sponsor? W waszym przypadku – PKN ORLEN.

Iga Baumgart-Witan: Kiedy się dowiedziałyśmy, że PKN ORLEN chce nas objąć sponsoringiem i włączyć do Grupy Sportowej ORLEN, byłyśmy przeszczęśliwe. Do tej pory nie miałyśmy tak dużego sponsora. Dzięki temu, że jest nim ORLEN, możemy spokojnie trenować. Mamy pewność, że jest z nami i nie musimy się martwić o przyszłość.

Patrycja Wyciszkiewicz: Dzięki temu, że mamy sponsora i zapewnione finansowanie –– cała grupa sportowa można kłaść się i wstawać ze spokojną głową. Nie obawiać się, że jeśli komuś przytrafi się kontuzja, to straci stabilność finansową.

Poza tym jestem dumna, że mogę promować polską markę.

Justyna Święty-Ersetic: Dzięki sponsorowi mogę mieć spokojniejszą głowę i zająć się tym, co do mnie należy, czyli bieganiem i treningami, i nie muszę martwić się o jutro. To daje mi duże poczucie bezpieczeństwa.

Małgorzata Hołub-Kowalik: Posiadanie sponsora, który wspiera przygotowania, jest dla nas to bardzo ważne. Nasz sport nie jest najdroższy, ale i my potrzebujemy odpowiedniego sprzętu, jest dużo wyjazdów, niezbędni są fizjoterapeuci, odpowiednie odżywianie. Posiadanie takiego sponsora jak PKN ORLEN oznacza dla nas spokój i zabezpieczenie. Nie mam problemu, czy mam zapłacić rachunek, czy kupić sobie sprzęt– to mam z głowy i mogę skupić się na treningu. Dać z siebie wszystko.

Anna Kiełbasińska: Dla nas taki sponsor jak PKN ORLEN oznacza olbrzymie wsparcie, poczucie bezpieczeństwa, umożliwienie rozwijania kariery. Dzięki temu możemy podporządkowywać dzień cały treningowi. Nie musimy się martwić o to, że trzeba pójść do pracy, zarobić na jedzenie. To dla naprawdę niesamowite ułatwienie.

Jesteście nazywane „aniołkami Matusińskiego”. Jak scharakteryzujecie waszego trenera? Kim dla Was jest?

Patrycja Wyciszkiewicz: Jest wymagający, ale przede wszystkim ma ludzkie oblicze – potrafi z nami na treningu pożartować, powygłupiać się, ale też zmotywować nas do ciężkiej pracę i do startu na zawodach. Radzi sobie z nami.

Justyna Święty-Ersetic: To mój trener na co dzień. Współpracuję z nim bardzo długo. Do każdej zawodniczki podchodzi indywidualnie. Ciągle szuka jakichś nowości. Jest kreatywny i cały czas się szkoli, co potem przenosi się na nasze wyniki na bieżni.

Anna Kiełbasińska: Trener Matusiński jest świetnym menedżerem, podejmuje zawsze dobre decyzje, ani razu się nie pomylił. Zawsze układa optymalny skład na dany dzień. Ja na co dzień trenuję z Michałem Modelskim z Trefla Sopot.

Małgorzata Hołub-Kowalik: To osoba, na którą na pewno możemy liczyć. Wspiera, kiedy trzeba, potrafi nakrzyczeć, żeby ustawić do pionu, umie zmotywować. Jest nauczycielem, trochę psychologiem. Wszystkim po trochu.

Iga Baumgart-Witan: Trener dba o naszą sztafetę, żebyśmy mimo rywalizacji były na bieżni przyjaciółkami. Scala naszą grupę. Jest trochę takim naszym opiekunem. Jest wyrozumiały, z roku na rok coraz lepiej nas rozumie, coraz lepiej potrafi sobie z nami radzić.

Ja na co dzień trenuję z moją mamą – trener Matusiński wie, że to, co mama robi, ma sens i w to nie ingeruje. Ona z kolei mu pomaga na każdym zgrupowaniu.

Pokonacie panie Amerykanki?

Justyna Święty-Ersetic: Już raz pokazałyśmy, że jesteśmy w stanie, więc mam nadzieję, że chociażby w przyszłym roku podczas nieoficjalnych mistrzostw świata w Chorzowie znowu pokażemy siłę i będziemy szybsze niż one.

Małgorzata Hołub-Kowalik: Teraz o tym nie myślimy. Teraz skupiamy się na tym, by wykonać jak najlepiej swoją pracę. Bo ten, kto najciężej pracuje, zbiera laury. My na pewno na to bardzo ciężko pracujemy. Bieżnia zweryfikuje wszystko.

Patrycja Wyciszkiewicz: Raz nam się udało. Mam nadzieję, że uda nam się drugi raz. Na pewno to będzie bardzo ciężka praca. My pokazałyśmy, że potrafimy biegać nie tyle nogami, ile sercem.

Czytaj też:
Paweł Fajdek: Nie ma sensu się pompować, trzeba sobie wszystko poukładać
Czytaj też:
Bartłomiej Marszałek: Każde przejechane okrążenie bolidem jest na wagę złota

Źródło: WPROST.pl
 0

Czytaj także