Doczekamy się kosmicznej turystyki

Doczekamy się kosmicznej turystyki

Ziemia, satelita - zdjęcie ilustracyjne
Ziemia, satelita - zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Pixabay / PIRO4D
Najwięksi tego świata znów chcą uczestniczyć w podboju kosmosu – mówi dr Alexander Nawrocki, jedyny Polak, który został dyrektorem NASA.

Jest pan jedynym dyrektorem NASA z Polski. Jak to się zaczęło?

Na Politechnice Łódzkiej na początku lat 70. Jako student programowałem jedne z pierwszych polskich komputerów Odra, a po kilku latach zostałem najmłodszym dyrektorem w historii polskiego przemysłu ciężkiego – w wieku 25 lat zostałem głównym automatykiem Huty Baildon w Katowicach, która była wtedy jednym z najnowocześniejszych zakładów w Europie. Później wyjechałem już do Paryża, gdzie zrobiłem magisterium. We Francji otrzymałem od kanadyjskiej firmy szukającej inżynierów prośbę o wysłanie życiorysu. Zrobiłem to, a kilka dni później dostałem bilet lotniczy do Quebecu. Oferta była drugorzędna, ale kiedy zobaczyłem bilet w pierwszej klasie, poczułem, że naprawdę mnie chcą. Zacząłem pracę nad komunikacją satelitarną i tak zaczęła się moja historia z kosmosem.

W latach 80. Kanada zadeklarowała, że będzie współtworzyć stację kosmiczną.

Zaangażowano mnie wtedy jako specjalistę od robotyki, ponieważ miałem doktorat właśnie w tej dziedzinie. Prestiż projektu podbijał fakt, że Ameryka robiła wtedy wszystko, żeby dogonić Rosjan. NASA od początku świetnie mnie traktowała, chwilami miałem nawet wrażenie, że zbyt dobrze. W międzyczasie stałem się jednym z autorów języka programowania Java, zostałem także profesorem na politechnice w Montrealu, dyrektorem kontroli lotów w Houston, trenerem astronautów.

Prawdziwe wyzwanie przyszło jednak po katastrofie Challengera w 1986 r.

Chodzi o lot Endeavour z 1992 r. To była moja pierwsza misja jako kontrolera wahadłowca. Astronauci przeprowadzili pierwszy trzyosobowy spacer kosmiczny, który był najdłuższy w dotychczasowej historii. W sali siedziałem bez przerwy przez 29 godzin. Kawę zaparzył mi nawet Eugene Kranz – dyrektor lotu Apollo 11, czyli pierwszego lądowania człowieka na Księżycu. Trzeba pamiętać, że na orbicie co trzy kwadranse mamy dzień. Co trzy kwadranse noc. To tempo, które pochłania.

Jaki był cel misji?

Chodziło o naprawę satelity niezbędnego dla relacjonowania igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Pierwszy raz w historii NASA naprawialiśmy coś w kosmosie! Pracowałem wtedy siedem dni w tygodniu po 12 godzin. I to było doceniane.

Czy to, że jest pan Polakiem, miało znaczenie?

Nie patrzono, skąd pochodzę, lecz na to, co sobą reprezentuję. W nas, Polakach, jest czasem jakieś dziwne poczucie niższości, zupełnie niesłuszne. Wszyscy marzą o tym, żeby skończyć MIT w Ameryce, a ja skończyłem nikomu nieznaną na świecie Politechnikę Łódzką i byłem szefem ludzi z MIT, Yale, Stanfordu czy Harvardu. Bo Amerykanie nie mają kwadratowych głów. Jeden jedyny raz miałem dziwną sytuację, poczas mojego wykładu pewien naukowiec z NASA wstał i powiedział, że przez akcent mnie nie zrozumiał. W tym samym momencie wstało kilku innych – również Amerykanów – mówiąc, że oni zrozumieli mnie doskonale. To mnie wzmocniło. W sumie myślę, że mój polski background mi pomógł, dzięki niemu łatwiej mi było zaakceptować inność. Jako Polak w NASA nigdy nie miałem poczucia niższości. Nie jesteśmy gorsi czy lepsi. Czasem jesteśmy po prostu różni.

Jest pan założycielem wielu firm, w tym Airspeed Equity, która pomaga młodym w rozwoju start-upów. Czy to dlatego, że we wczesnych latach sam trafił pan na pomoc kogoś doświadczonego?

Zgadza się. Był taki człowiek, którego poznałem w Kanadzie, miał 74 lata i na imię Larry. Przez wspólne pochodzenie czuł ogromną potrzebę wspierania mnie. Dał parę świetnych wskazówek biznesowych i wtedy odkryłem, że dla młodego człowieka najbardziej rozwijające jest korzystanie ze swojej świeżej kreatywności, przy jednoczesnym słuchaniu podpowiedzi bardziej doświadczonych. W tej chwili w swoim portfelu mam 23 start-upy.

Wróćmy do kosmosu. Pierwsze lądowanie na Księżycu w 1969 r. oglądały setki milionów widzów. Ten temat porywał tłumy, ale ostatnie pół wieku sprawiło, że przestał. Czy podbój Marsa to zmieni?

Może zmienić, zainteresowanie lotem na Marsa jest spore.

Człowiek poleci na Marsa?

Nie mam wątpliwości, że tak, ale mam na ten temat własną teorię. Stworzenie bazy na Marsie będzie możliwe tylko wtedy, gdy stworzymy bazę poza Ziemią, w bardziej dostępnej części kosmosu. Bierze się to z mojego własnego doświadczenia. Kiedy synowie byli mali, często jeździłem z nimi na kempingi. Pamiętam, jak odbyliśmy pierwszą taką podróż. Szybko się okazało, że jednych rzeczy mam za dużo, innych za mało. Musiałem prosić innych ojców i pożyczać od nich to, co niezbędne. Ale po pięciu czy sześciu takich podróżach to inni przychodzili do mnie.

Jak to się ma do Czerwonej Planety?

Możemy zastosować podobną filozofię. Nie możemy przecież polecieć i powiedzieć: „Zapomniałem śrubokrętu”, bo jasne jest, że po niego nie wrócimy. Podróż na Marsa w jedną stronę trwa siedem–dziewięć miesięcy. Na Księżyc jest dużo bliżej, trzy dni i jesteśmy na miejscu. Kluczem jest utworzenie bazy na Księżycu, dzięki której ustalimy optymalne wyposażenie.

Nauczymy się na Księżycu, a potem zrobimy podobną bazę na Marsie?

Tak, zrobimy kopię bazy księżycowej na Czerwonej Planecie. W dodatku z Księżyca łatwiej niż z Ziemi polecieć na Marsa, ponieważ nie trzeba się przebijać przez atmosferę. Do tego na Księżycu mamy zamrożonąwodę, a więc dostępny jest wodór i tlen. Stąd już blisko do paliwa rakietowego, które moglibyśmy zatankować po drodze. To ogromna oszczędność waluty o stale mocnym kursie. Myślę, że taka baza sprawiłaby, że opinia publiczna ponownie zainteresowałaby się kosmosem. Miliardy ludzi by to śledziły! I najwięksi tego świata chcą w tym uczestniczyć.

Na przykład?

Amazon. Jego szef Jeff Bezos jest bardzo dyskretny, jednak w 2000 r. założył przedsiębiorstwo przemysłu kosmicznego Blue Origin. Ciekawe, że ostatnio zbudował magazyn w Wirginii, w którym jest wiele akcentów kosmicznych. Z pozoru to zwykły magazyn, ale ludzie podejrzewają, że dzieje się tam coś, co ma nas przybliżyć do lotu w kosmos...

Doczekamy się kosmicznej turystyki?

Niewątpliwie tak. Jestem pewien, że stanie się ona jedną z gałęzi galaktycznego biznesu. Pierwszym kosmicznym podróżnikiem ma zostać Yusaku Maezawa, japoński potentat na rynku mody internetowej, kolekcjoner sztuki, którego majątek „Forbes” wycenia na niemal 3 mld dolarów. Biznesmen zapowiedział, że na pokład zaprosi artystów, którzy po powrocie będą mogli stworzyć dzieła w oparciu o doznania z kosmosu.

Przy podboju Marsa widać dziesiątki graczy, których napędzają cele biznesowe. Kto zwycięży: państwa czy miliarderzy?

Wygra P&P, czyli partnerstwo publiczno-prywatne. W porównaniu do rządów państw przedsiębiorcy mają mniej ograniczeń, chociażby prawnych, patrzą też na wiele spraw ponad urzędowymi barierami, inaczej niż biurokraci. „Inaczej” nie zawsze znaczy lepiej czy bezpieczniej, ale połączenie tych dwóch spojrzeń daje najlepsze rezultaty.

Ostatnio wiele się mówi o tym, że nie potrafimy w sposób zrównoważony zająć się Ziemią. Warto wydawać miliardy na podbój Marsa, skoro nie wiemy, jak sobie poradzić tutaj?

Słyszałem ostatnio zdanie, że jeśli nic się nie zmieni, za 12 lat dojdzie do zagłady ludzkości. Nie dojdzie, ponieważ przeczy temu logika. Trzy miliony lat temu tam, gdzie teraz leży piasek, stały lodowce. Więc oczywiście, zmiana klimatu jest faktem, ale czy te 7 mld ludzi ma na to wpływ? Minimalny. Zapewniam pana, że wiemy, jak poradzić sobie tutaj, na Ziemi. Umiemy np. rozbijać odpady na molekuły i sprawiać, by nie uciekały do środowiska. Problem polega na tym, że kwestią zarządzania odpadami kierują politycy. Mam wątpliwości, czy są oni odpowiednio przygotowywani, żeby wykorzystać innowacyjne rozwiązania, które są już dostępne.

Czyli wiemy jak, ale tego nie robimy. Bo może nie wiemy, po co to robić?

Inwestując miliardy w eksplorację kosmosu, musimy pamiętać, że skok, jaki wykonały medycyna i farmaceutyka, to w dużej mierze kwestia badań kosmicznych. Rezonans magnetyczny, poszerzanie wiedzy na temat DNA, nawigacja satelitarna GPS, internet, smartfony, nawet czujniki dymu czy mleko modyfikowane – wiele rzeczy, które dziś są codziennym standardem, miało swój początek na orbicie. Te korzyści w wielu przypadkach nie są wystarczająco eksponowane, być może to także wina naukowców.

Okładka tygodnika WPROST: 42/2019
Wywiad został opublikowany w 42/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0