Piotr Osiecki pozostaje za kratami. Mimo wpłacenia rekordowej kaucji

Piotr Osiecki pozostaje za kratami. Mimo wpłacenia rekordowej kaucji

Sędzia (zdj. ilustracyjne)
Sędzia (zdj. ilustracyjne) / Źródło: Newspix.pl / LUKASZ PLOCKI
18 kwietnia, czyli w ten czwartek warszawski sąd ma zdecydować, czy po raz kolejny przedłuży areszt dla Piotra Osieckiego. Prokuratura już trzeci raz wnioskuje o przedłużenie aresztu dla biznesmena, który mimo wpłacenia rekordowej kaucji, ciągle pozostaje za kratkami.

Autorem poniższego tekstu jest Sylwester Latowski. Artykuł pojawił się na stronie internetowej konfrontacja.com.pl.

Aresztowe konkursy na to, kto się złamie i zdecyduje się być świadkiem koronnym. Groźby za kratami. Mechaniczne klepanie aresztów. Bezmyślne, ślepe działania dla poklasku i na polityczne zlecenie, które przynoszą straty idące w miliardy złotych. Sterowane ręcznie media, wystraszona opozycja i bezradni przedsiębiorcy. Taka jest anatomia śledztwa w sprawie GetBacku.

Państwo i jego instytucje w sprawie GetBacku popełniły masę błędów. Afera rozwijała się na regulowanym rynku dosłownie pod nosem instytucji, które pokpiły sprawę. Teraz przy poklasku tłumu, który ochoczo przyjmuje robienie porządków z „białymi kołnierzykami”, instytucje ruszyły do ataku.

Tyle że sprawa jest rozliczana w, nazwijmy to, specyficzny sposób. Ci, którzy zawiedli w instytucjach nadzorczych, śledczych, mają całkowity spokój i są wolni od odpowiedzialności. Ba, to oni teraz najgłośniej krzyczą „łapaj złodzieja!”.

Części osób się nie dotyka, bo są swoi albo za silni. Tak jest z niektórymi bankowcami czy konkretnymi osobami, które stały właścicielsko za GetBackiem.

Przeczytałem wiele stron dokumentów na temat tej sprawy, odbyłem dziesiątki rozmów. I wyłania mi się z tego obraz zinstrumentalizowanego śledztwa, które zatrzymuje się na pewnym poziomie, by nie dotknąć naprawdę grubych ryb. Śledztwa, które służy niekiedy do pozbierania sobie haków na różnych ludzi. Śledztwa, które ma wyczyścić przedpole dla nowych graczy na przykład na rynku funduszy inwestycyjnych.

Haki

Dlaczego wspominam o hakach? Taki przykład: W aktach śledztwa jeden z głównych bohaterów afery i absolutnie jej czarny charakter odpowiadający za gigantyczne machinacje finansowe, Konrad K., były prezes GetBacku, zgłosił gotowość do zostania tzw. małym świadkiem koronnym. Mówił, że jest na rynku od 20 lat, był świadkiem piętnasturóżnych przestępstw gospodarczych i chętnie się tą wiedzą podzieli, jeśli będzie potraktowany ulgowo. Według informacji, jakie posiadam, zaczął składać szerokie zeznania. Zastanawiające jest jednak to, że prokurator w czasie pierwszego przesłuchania nawet nie dopytywał, sygnalnie nie zadał pytania, o jakie chodzi przestępstwa? Choć powinien. Rozumiem, że w ten sposób, najpierw po cichu, ktoś chciał poznać wiedzę Konrada K. i zdecydować, co ma konkretnie zeznać na temat tych spraw? Może nie wszystkie będą wygodne dla obecnych układów?

Swoją drogą, mam wrażenie, że w tej sprawie w aresztach wydobywczych, o których opowiem, trwa swoisty konkurs, komu uda się zostać świadkiem koronnym. Trochę jak w tej weselnej zabawie z ludźmi krążącymi wokół krzeseł. Kto nie zdąży przechwycić krzesła, ten wylatuje z gry.

Chcę w poniższym tekście odpowiedzieć o jednej konkretnej historii, która w śledztwie GetBacku przykuła moja uwagę. Bo w niej, jak w soczewce, zbiegają się patologie: areszty wydobywcze, groźby, zwykłe śledcze dziadostwo, zastanawiające poczynania służb specjalnych, prokuratury, sądów i polityków, wreszcie działania na pokaz, które przynoszą więcej straty niż pożytku. Chodzi o postępowanie wobec Piotra Osieckiego, do niedawna szefa Altusa, największego prywatnego TFI w Polsce. Nie znam go osobiście.Mogę nawet powiedzieć, że Osiecki nie jest bohaterem mojej bajki. Ale przeczytałem mnóstwo dokumentów, odbyłem, jak wspomniałem, dziesiątki rozmów i uważam, że ten, jak to się mówi z angielska, case powinni sobie przeanalizować politycy, prawnicy, biznesmeni i dziennikarze. Bo tak jak zadziałało w tej sprawie, państwo postępować nie może.

Agresywny Samarytanin

Pierwszy rozmówca: „Natychmiastowe skojarzenie z Osieckim? Prymus. Zawsze chce być pierwszy, mieć najlepszą ocenę. I motywem nie jest tu chęć posiadania góry pieniędzy, ale właśnie bycie pierwszym, najlepszym i tym, który dostaje świadectwo z czerwonym paskiem”.

Osiecki po doświadczeniach m.in. w Banku Handlowym czy PZU postanowił, ponad 10 lat temu, pójść na swoje. Założył prywatne Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Altus.

Wyrósł na gwiazdę rynku kapitałowego. Bronią go wyniki. Przynosił największą stopę zwrotu klientom, którzy powierzali mu swoje pieniądze do zainwestowania.

Drugi kolega Osieckiego: „Wiele osób na tym rynku funkcjonuje inaczej niż Piotrek. To znaczy, mają większy dystans do sprawy. Godzą się z tym, że raz da się zarobić dla swoich klientów 7%, ale innym razem będzie to 0,5%, trzeba też liczyć się z chwilową stratą. On tego mentalnie nie przyjmował, bo zawsze chciał być pierwszy. Żył w permanentnym napięciu, sfokusowany na wyniku”.

Pierwszy znajomy: „Niektórzy będą ci mówić, że był miły, koleżeński i wszystkie te oklepane formułki. Prawda jest taka, że był zdystansowany, asertywny. Podam ci prosty przykład. Powiedzmy, że Piotrek ma znajomego, który wchodzi ze spółką na giełdę. I ten kolega idzie z uśmiechem na ustach do Osieckiego i mówi: »Słuchaj, kup nasze akcje w debiucie, bo to będzie ważny sygnał dla innych, skoro wchodzi w to Altus«. I Osiecki chłodno odpowiada, że nic takiego nie zrobi, bo nie widzi w tym biznesu. Krótko mówiąc, kolegujmy się, ale nie przekładajmy tego na biznes. Ludzie wychodzili wściekli po takich wizytach. Inny przykład. Była umowa, że jeden z najbardziej znanych przedsiębiorców, którego Piotr dobrze znał, do pewnej granicznej daty ma wykupić akcje. Termin minął. Osiecki ponownie poprosił o wykup. Prośba nie została spełniona, więc – będąc w prawie – zabrał te papiery i żadne sentymenty, znajomości nie były tu istotne”.

W 2014 roku Altus wszedł na giełdę. Jego akcjonariuszem został Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Jednym z najbardziej prestiżowych klientów Altusa stał się też Norges Bank, który znany jest ze skrupulatnego doboru partnerów. To jeden z największych na świecie funduszy inwestycyjnych, własność banku centralnego Norwegii.

Znakiem firmowym Towarzystwa było inwestowanie w małe i średnie polskie spółki giełdowe. Altus stał się największym polskim prywatnym TFI. Biznes intensywnie pęczniał. W szczytowym momencie Towarzystwo zarządzało aktywami o łącznej wartości ponad 14 miliardów złotych, a sama wartość giełdowa Altusa wynosiła ponad 800 milionów złotych. Osiecki, który był największym akcjonariuszem, wszedł do setki najbogatszych Polaków, ale nie epatował majątkiem, co przyznają nawet ludzie, którzy za nim nie przepadają.

Jego znajomy: „Biuro Altusa jest w odrapanej kamienicy, ludzie siedzieli sobie tam na głowach. Nie było zewnętrznych oznak bogactwa. Na parkingu nie stały auta typu bugatti czy ferrari. Sam Osiecki to nie jest typ faceta, który ma odrzutowiec, jacht, a weekendy spędza w Monte Carlo. Dość skromny dom w Wilanowie, jaki mają nieźle prosperujący prawnicy albo lekarze, bez kłucia w oczy”.

Współpracowniczka: „Ostentacyjnie dbał o prywatność. Niechętnie otwierał się na zewnętrz. Wódka, owszem, ale w małym gronie zaufanych podwładnych z Altusa. Co jeszcze? Niesłychanie religijny, chodzący na pielgrzymki do Częstochowy. Dla sytuacji Piotrka istotna jest jeszcze jedna rzecz. Jego 18-letnia córka Zofia jest chora na głęboką odmianę autyzmu. Jest niesamodzielna i silnie emocjonalnie związana z Piotrkiem. Osiecki z pomocy dla niej i dzieci dotkniętych tym schorzeniem uczynił jeden z głównych swoich celów. W statusie Altusa jest zapisane, że 10 procent zysków Towarzystwa idzie na pomoc charytatywną. W ostatnich latach to było 30 milionów złotych”.

Ale, żeby nie było słodko i żeby Osiecki nie wychodził nam tu na Miłosiernego Samarytanina, nie jest to obraz całkiem prawdziwy.

Partner biznesowy: „Piotrek raz w tygodniu grywał w piłkę w Wilanowie z biznesmenami, menedżerami. W jednej drużynie liderował on, w drugiej Czarek Kucharski, były reprezentant Polski i do niedawna menedżer Roberta Lewandowskiego. Obaj są znani z ambicji, czasem przesadnej nieustępliwości. Co i raz dochodziło na tym boisku do spięć. Dlaczego o tym mówię? Bo tu jest pewna analogia. Polega na tym, że równie ostro, niekiedy bezwzględnie Osiecki potrafił pogrywać w biznesie”.

Dawny współpracownik Osieckiego dodaje: „To skoncentrowanie się na wynikach finansowych, sprawy osobiste i też pewnie charakter Piotra sprawiły, że nie miał czasu, ale i ochoty na budowanie relacji ze światem decydentów, co często stanowi zabezpieczenie w sytuacji, gdy pojawia się zagrożenie. Może gdyby to robił, sprawy wyglądałby inaczej”.

Transakcja

Zeszły rok. Transakcja, od której zaczęło się nieszczęście Osieckiego. By opisać wszystkie detale tej transakcji, musiałbym dwukrotnie powiększyć objętość „Konfrontacji” i zamienić materiał na zawiłe rozważania o handlu na rynku kapitałowym. A to nie jest tekst na ten temat. Postaram się więc opisać fakty jak najzwięźlej.

Fundusze zarządzane przez Altusa w zeszłym roku sprzedały za 207,6 mln złotych spółkę GetBackowi. Spółka nazywa się EGB. Prokuratura twierdzi, że firma była przepłacona o 160 milionów złotych, a prezes Konrad K. i Osiecki między innymi działali w porozumieniu na szkodę GetBacku.

Przede wszystkim, transakcja była szczegółowo opisana w 2017 roku w prospekcie emisyjnym GetBacku z cenami, warunkami i ryzykami. KNF ten prospekt zatwierdziła. W maju Osiecki opowiadał „Parkietowi”:

„Wartość księgowa spółki na koniec III kw. 2017 wyniosła 81 mln zł, więc cena transakcji była na poziomie 2,6 razy wartość księgowa. W dodatku transakcja została zawarta po przeprowadzeniu złożonego procesu due diligence finansowego i prawnego przez renomowanych doradców kupującego. Negocjacje trwały kilka miesięcy i były prowadzone zarówno z przedstawicielami GetBacku, jak i głównego akcjonariusza – Abris Capital – i miały wszystkie zgody korporacyjne”.

Skąd w ogóle owe 160 mln złotych straty dla GetBacku, co podnosi prokuratura? To różnica między ceną kupna (207,6 mln) a zaksięgowaniem EGB w GetBacku na kwotę 47 milionów w trzecim kwartale 2017. Skąd dysproporcja? Dla tych, którzy przyglądają się aferze GetBacku, nie jest tajemnicą, że prezes Konrad K. dość swobodnie żonglował danymi finansowymi. Osoba znająca dobrze sprawę GetBacku: „Moja hipoteza jest taka: za trzeci kwartał przy sprawozdaniach nie musisz mieć opinii audytora. Być może K. chciał w czwartym kwartale pokazać w papierach wyższą wartość EGB, by zaprezentować rynkowi lepsze wyniki GetBacku. Tego się nie dowiemy, bo z powodu wybuchu afery sprawozdanie nie zostało zaprezentowane”.

W aktach śledztwa są zeznania Bożeny S., b. członkini zarządu GetBacku, aresztowanej, a następnie, co ciekawe, wypuszczonej na wolność. S. zeznaje, że cena za EGB od początku wydawała się jej się za wysoka. To ciekawe zeznania w świetle informacji, że Bożena S. była w radzie nadzorczej EGB oraz we władzach GetBacku i akceptowała transakcję.

W całej sprawie jest jeszcze jeden argument czysto logiczny. Zadaniem Osieckiego nie było dbanie o interes GetBacku, ale dbanie o akcjonariuszy TFI,które jest przecież spółką giełdową. Dlaczego miał sprzedawać spółkę tanio, jeśli ktoś chciał kupić za więcej? Dbanie o interesy GetBacku leżało po stronie jego właścicieli i zarządu, a nie Altusa.

No dobrze, ale przyjmijmy na potrzeby tego tekstu, że transakcja, na którą w maju 2018 KNF doniosła do prokuratury, nie była jednak w porządku.

Osiecki w czerwcu zaniósł do prokuratury pudła z dokumentami na temat sprzedaży EGB. Chciał zeznawać. Śledczy nie zgodzili się go wysłuchać. Gotów był odwrócić transakcję i wziąć EGB za cenę, za którą ją sprzedał. Nie było to jednak możliwe, bo EGB została już wcielona do GetBacku. Rzucił pomysł niezależnego arbitrażu transakcji. Nie było zgody. Chciał dokapitalizować GetBack, by spółka nie padła. Brak reakcji.

W lipcu po meczu na wilanowskim orliku jeden z jego znajomych bez ceregieli spytał:

– Boisz się?

– Boję. Wdepnąłem, bo sprawa ma charakter polityczny.

Zatrzymanie

Piątek, 31 sierpnia, 6 rano. Walenie do drzwi. Osiecki otwiera w nocnej bieliźnie. Widzi kilku zamaskowanych funkcjonariuszy z długą bronią. Rzucają go na ziemię, skuwają ręce kajdankami. Interweniujący nie pozwalają zamknąć drzwi do pokojów dzieci, więc wszystko odbywa się na ich oczach.

Dokładnie w tym samym momencie bliźniacza ekipa puka do drzwi mieszkania członka zarządu Altusa, Jakuba Ryby. – To co, nie budzimy sąsiadów? – pyta Rybę dowodzący akcją funkcjonariusz.

– Nie budzimy – odpowiada Ryba. Tu wszystko odbywa się dyskretnie i spokojnie. Bo Ryba jest mniej znany i nie trzeba robić pokazu?

Nie mija więcej niż kilkadziesiąt minut, gdy relacja z zatrzymania pojawia się w publicznej telewizji. Zilustrowana jest filmikiem z zamaskowanymi funkcjonariuszami w hełmach, na filmowych przebitkach widać radiowozy i skutego człowieka.

Osieckiego wiozą do prokuratury przy Krakowskim Przedmieściu. Tam przedstawiają mu zarzuty na piśmie. Okazuje się, że coś poszło nie tak, bo za chwilę pojawiają się inne: z wielokrotnie większą kwotą strat niż w pierwszym. W pierwszym piśmie była za mała strata, która opinii publicznej wydałaby się śmieszna? W tym drugim kwota strat wynosi 160 milionów. Co ciekawe, tego samego poranka CBA wydaje oświadczenie (wisi do tej pory na stronie Biura), w którym podaje, że straty mogą wynosić co najmniej… 260 milionów.

W prokuraturze Osiecki dostaje pytania, czy w związku z postanowieniem decyduje się składać wyjaśnienia. Mówi, że chce zaczekać na adwokata, który jeszcze nie dojechał na Krakowskie Przedmieście. W dokumentach zostaje zapisane, że Osiecki odmawia wyjaśnień, co przecież jest nieprawdą.

CBA pakuje go do samochodu i zawozi do swojej siedziby przy Poleczki na południowych obrzeżach stolicy. Tam nie przeprowadza żadnych czynności, nie ma żadnego działania.

Znów wsadzają go do auta i zawożą z powrotem na Krakowskie Przedmieście. Na miejscu są już obrońcy Osieckiego, którzy protestują przed zapisywaniem w dokumentach, że ich klient odmówił wyjaśnień. W odpowiedzi słyszą, że jest za późno i Osiecki nie będzie miał okazji zeznawać. Może złożyć wyjaśnienia na rozprawie aresztowej w dniu następnym, bo prokuratura będzie wnosiła o taką właśnie sankcję. Tak Osiecki ląduje na noc za kratami.

Doświadczony adwokat: „Jeśli robisz akcję zatrzymania kogoś w piątek, to jest sygnał, że jesteś pewien, iż sąd przyklepie ten areszt. Jeśli masz mniej tej pewności, to zatrzymujesz któregoś z wcześniejszych dni tygodnia, bo wtedy możesz przetrzymać gościa przez 48 godzin w izbie zatrzymań. I wtedy, będąc prokuratorem, masz więcej czasu na przyszykowanie wniosku o areszt. Jeśli zatrzymujesz w piątek, to masz tego czasu o połowę mniej, bo rozprawa aresztowa odbywa się już następnego dnia”.

Rozprawa

1 września, sobota. Rozprawa aresztowa jest zaplanowana na godzinę 10. O 8.30 Osiecki, Ryba i w sumie 6 prawników mogą zacząć się zapoznawać z dokumentami, które z prokuratury trafiły do sądu. Mało czasu. W sumie 8 osób, 90 minut, kilkaset stron do przeczytania i linia obrony do ułożenia. W praktyce wygląda to tak, że w pośpiechu prawnicy i zatrzymani wyrywają sobie kartki z rąk.

Rozprawa trwa 6 godzin. Osiecki opowiada o tajnikach rynku kapitałowego, o skomplikowanych detalach transakcji, w której brało udział wiele podmiotów. W trakcie rozprawy nie dostaje od sędzi ani jednego pytania. Prośby o uściślenie czegoś, wyjaśnienie. Nic. Zero.

Przerwa. Prokuratorzy nie zdążają wyjść przewietrzyć się przed budynek. Mija najwyżej 20 minut i jest decyzja wydana na piśmie: trzy miesiące aresztu. Te 20 minut to mniej więcej tyle, ile potrzeba na wypełnienie druku.

Prawnicy Osieckiego proszą o zestawienie dyżurów w sądzie. Nie dostają odpowiedzi do dzisiaj.

Areszt

Aresztowany trafia na Białołękę. Długo tam nie gości, o czym obrońców Osieckiego nie powiadomiono. Funkcjonariusze pakują go do transportu.

– Dokąd jedziemy? – pyta Osiecki.

– Do Szczecina – odpowiada ucieszony konwojent.

Ląduje w areszcie na warszawskim Grochowie. W czteroosobowej celi. Ze skazanym grypsującym recydywistą. To złamanie jakichkolwiek zasad wobec niekaranego wcześniej aresztanta. Zaczęły się groźby, szykany ze strony grypsującego współwięźnia.

W końcu udało się przenieść tego człowieka do innej celi. Gdy kończę pisać ten tekst, Osiecki siedzi już dwa miesiące. Miał okazję do jednego spotkania z żoną. W sali widzeń przy stoliku siedział z nimi funkcjonariusz, całe spotkanie było dozorowane. Dopiero po dwóch miesiącach, tuż przed Świętem Zmarłych, po bardzo silnej presji obrońców, Osiecki zostaje po raz pierwszy przesłuchany. Przesłuchany to może powiedziane na wyrost. Bo prokurator miał może ze trzy pytania. Reszta to była swobodna opowieść. Typowe metody aresztu wydobywczego, gdzie musisz najpierw zmięknąć, poczuć się mały wobec siły systemu i potem może dostaniesz szansę się wypowiedzieć.

Apelacja

Osiecki i jego prawnicy zaapelowali od decyzji o zamknięciu go w areszcie. Sprawę rozsądzała Grażyna Puchalska. W zgodzie z przepisami sędzia powinien być wylosowany do rozstrzygania. Czy był? Nie wiadomo, bo w sądowym dzienniku elektronicznym na ma stosownej adnotacji, chociaż być powinna. Puchalska to sędzia z bogatą przeszłością. W lutym 2016 roku portal wPolityce.pl pisał tak: „To sędzia z ponad 30-letnim doświadczeniem. Niezbyt chlubnym. Wspominają o niej Adam Strzembosz i Maria Stanowska w książce »Sędziowie warszawscy w czasie próby 1981–1988«, wydanej przez IPN w 2005 r.

W rozdziale 5 »Postawy sędziów i prokuratorów w procesach politycznych z lat osiemdziesiątych« na s. 251 tej publikacji czytamy:

»Spośród pozostałych sędziów sądów powszechnych negatywnie wyróżniali się sędziowie sądów rejonowych: Eugeniusz Kołtuniak, Piotr Aleksandrow i Grażyna Puchalska. (…) Sędzia Puchalska orzekała w sądzie rejonowym (na ogół w składzie jednoosobowym, niekiedy z ławnikami) zarówno w sprawach o przestępstwa (wobec 10 osób), jak i w sprawach o wykroczenia (wobec 5 osób). We wszystkich tych sprawach doszło do skazania, z czego 9 osobom wymierzono bezwzględne kary pozbawienia wolności, w tym 8 – w przedziale od 1 roku do 3 lat, i 5 – bezwzględne kary aresztu (od 2 do 3 miesięcy), niekiedy nawet surowsze niż żądał oskarżyciel. Podkreślenia wymaga fakt, że orzeczenia wydane z jej udziałem w sprawach o wykroczenia, inaczej niż w zdecydowanej większości takich spraw (prawie 80%), nie przyniosły nawet minimalnej poprawy sytuacji osób ukaranych przez kolegia. Surowość wymierzonych kar razi tym bardziej, że sędzia Puchalska orzekała w latach 1985–1986, a więc w kilka lat po zniesieniu stanu wojennego«.

W 2009 r. o tej pani pisał »Nasz Dziennik«. A to dlatego, że na jej trop wpadł Przemysław Maksymiuk, dawny opozycjonista. W 1986 roku, w przyspieszonym procesie, Puchalska skazała go (oraz pięć innych osób) za drukowanie i rozpowszechnianie nielegalnych wydawnictw”. Tyle wPolityce.pl, które konstatuje, że osób takich jak Puchalska dawno nie powinno być w wymiarze sprawiedliwości.

Ale wiosną 2016 roku Puchalska była w składzie, który podjął bardzo korzystną decyzję dla Mariusza Kamińskiego, ministra odpowiedzialnego m.in. za działania CBA. Sąd uznał, że prezydent Andrzej Duda skutecznie ułaskawił ministra i innych byłych funkcjonariuszy Biura za przypisywane im nadużycia władzy sprzed dekady.

– Wyrok oznacza, że sąd uznał, iż prezydent może nie tylko uwolnić od kary, ale ma prawo wyjąć dowolne osoby spod władzy prawa. Że może na dowolnym etapie postępowania prokuratorskiego czy sędziowskiego powiedzieć: „Tego człowieka nie wolno ani oskarżyć, ani sądzić" – oburzała się Ewa Siedlecka na łamach „Gazety Wyborczej”.

Wracając do Osieckiego i rozprawy, której przewodniczyła sędzia Puchalska. W ostatniej chwili do sprawy zostało dołączonych 80 stron nowego materiału. Osiecki nie został przywieziony na rozprawę, prawnicy nie mieli z nim kontaktu. Krótko mówiąc osoba, której sprawa dotyczy, nie miała szansy odnieść się do materiałów. Do materiałów, które miały być podstawą do zastosowania aresztu. Obrońcy wnieśli o odroczenie, by ich klient mógł przeczytać nowe dokumenty. Odmówiono im. Argument, że silnie związana z Osieckim chora 18-letnia córka jest w coraz gorszym stanie, że dochodzi u niej do przypadków autoagresji, co potwierdzają opinie lekarzy? Fragment ekspertyzy psychologicznej z września: „Widok obcych osób wzbudza w niej niepokój, pojawiają się zachowania autoagresywne – gryzie rękę, uderza się rękami po głowie i nogach, gryzie i szarpie przedmioty oraz ubrania”.

Bez znaczenia. Areszt zostaje utrzymany. Powiedzieć o ustnym uzasadnieniu, że jest lakoniczne, to mało. Brzmi ono tak, że sąd nie zgadza się z argumentacją zaprezentowaną przez obrońców. I tyle. Kropka.

Konsekwencje

Zatrzymanie Osieckiego w ostatnim dniu sierpnia spowodowało dramatyczny spadek wartości akcji Altusa. Giełdowy wykres z 31 sierpnia wygląda jak wodospad Niagara.

5 września portal Business Insider, na podstawie przecieków, opublikował kuriozalny tekst, że KNF na posiedzeniu 2 października odbierze Altusowi licencję na zarządzanie funduszami. Dlaczego piszę „kuriozalny tekst”? Dlatego, że w momencie, gdy był pisany, sprawdzenia KNF-u w Altusie dopiero trwały i w najmniejszym stopniu nie było wiadomo, czym się skończą. Zresztą czas pokazał, ile przeciekowy tekst był wart. Minął październik, a KNF takiej decyzji nie podjęła. Sprawę publikacji owego materiału bada dziś prokuratura w kierunku manipulacji giełdowej.

Oba te wydarzenia (zatrzymanie Osieckiego i przeciekowy tekst w Business Insider) wywołały panikę na rynku giełdowym. Jak wspomniałem, kurs Altusa poleciał w przepaść, a klienci zaczęli masowo wycofywać pieniądze z funduszy zarządzanych przez Towarzystwo. To spowodowało, że Altus, by oddać ludziom pieniądze, musiał zacząć wyprzedawać akcje spółek po niekorzystnych cenach. We wrześniu klienci detaliczni zgłosili chęć wycofania środków z Altusa na bezprecedensową skalę 85% wszystkich aktywów. Towarzystwo miało w szczytowym momencie 10 tysięcy klientów – przedsiębiorców, lekarzy, prawników, czyli indywidualnych inwestorów, którzy dostali po kieszeni.

Dalsze konsekwencje? Głębokie zachwianie na giełdzie. Kursy spółek zaczęły lecieć w dół. Przykłady z września: Toya 58% w dół, Grupa ATM 23%, Oponeo.pl 24%, PBKM 11%. W pierwszej połowie września indeks małych i średnich spółek osunął się o kilkanaście procent. Co więcej, przestraszeni klienci innych TFI zaczęli również wycofywać środki, co pogłębiło spadkowy trend. Ofiarą padli akcjonariusze TFI, klienci, wreszcie akcjonariusze dziesiątek spółek, których kursy poleciały w przepaść. Skutki są miliardowe, kilkudziesięciokrotnie przewyższające ewentualną szkodę GetBacku, mającą wynikać z nabycia firmy EGB. Powiem więcej – są wyższe niż jakiekolwiek szkody szacowane w związku z całą aferą GetBacku i niespłaceniem przez nich obligatariuszy.

A przecież bez większego problemu można było zabezpieczyć kwotę domniemanej straty na EGB i nie doprowadzać do histerii, co uderzyło w cały rynek. Przecież w tym właśnie wątku prokuratura dokonała zabezpieczeń na kwotę co najmniej 70 milionów złotych na akcjach, udziałach, na kontach i nieruchomościach.

Po co w takim razie to wielkie przedstawienie?

Pytanie, dlaczego państwo postąpiło jak słoń w składzie porcelany? Spróbujmy na nie odpowiedzieć.

Epilog

Po pierwsze, populistyczne i ostre akcje władzy wobec zamożnych, lepiej sytuowanych zawsze dobrze się sprzedają. I to jest mechanizm znany, odkąd istnieją społeczeństwa. Po drugie, państwo i jego instytucje, choćby takie jak KNF, kompletnie pokpiły sprawę GetBacku. I teraz starają się nadrobić błędy działaniami często przeprowadzanymi na oślep. Wedle zasady: „My nic nie robimy? Nie działamy? Ale jak to? Widzieliście przecież w telewizji ludzi, których wyprowadzamy w kajdankach! Nikt nie działa skuteczniej niż my!”.

Stosując areszty wydobywcze, presję, zmiękczanie ludzi, którzy nigdy wcześniej nie znaleźli się w takich warunkach, naprawdę udaje się wyciągnąć z nich wiele. Są osoby, które zrobią i powiedzą bardzo dużo, by tylko wydostać się zza krat. Można praktycznie dowolnie sterować śledztwem. Od jednych je odsunąć, skierować w stronę wygodnego wątku. Powiedzmy sobie szczerze: Osiecki to ma jeszcze trochę szczęścia w nieszczęściu. Stać go na mocną ekipę prawników, którzy starają się walczyć o jego prawa. Co z aresztantami, którzy na taką pomoc liczyć nie mogą?

Ludzie z rynku finansowego spekulują o jeszcze jednym scenariuszu związanym z całą tą historią. Takim, że podważenie zaufania do prywatnych TFI jest działaniem zaplanowanym i prowadzonym z precyzyjnym zamysłem. Po co? Po to, by cały ten rynek oddać w ręce TFI powiązanych z państwowymi firmami. Krótko mówiąc – upaństwowić.

Wszystko to, o czym piszę, rozgrywa się w ciszy. Większość zainteresowanych nie rozumie lub udaje, że nie rozumie, o co chodzi. Opozycja milczy. Pewnie boi się, że zostanie przyklejona do afery GetBacku. Media, w większości zależne od państwowych ogłoszeń, również wolą się nie wychylać. Wielu przedsiębiorców też nie bardzo chce, by zainteresowanie instytucji państwa skierowało się w ich stronę.

Właściwie nie ma dnia, by przedstawiciele władzy, włącznie z panem premierem, nie mówili o Konstytucji Biznesu, nowym wymiarze sprawiedliwości, czystych zasadach, czytelnych regułach. A rzeczywistość? Rzeczywistość opisałem Państwu wyżej.


O co chodzi z GetBackiem

GetBack to spółka, która działała na rynku wierzytelności. Podmiot był notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych i teoretycznie poddany nadzorowi Komisji Finansów Publicznych. W rzeczywistości firma prowadziła rachunkowość wbrew przepisom i podawała rynkowi zafałszowane wiadomości o swej sytuacji finansowej. Odpowiadają za to jej władze, renomowani audytorzy, ale też nadzór finansowy, który tego nie wyłapał. GetBack wypuszczał coraz to nowe obligacje, by zdobyć dla siebie finansowanie. A papiery te były rekomendowane klientom przez niektóre instytucje finansowe (za sowitą prowizją) jako korzystna inwestycja. Później okazało się, że było to ogromnym nadużyciem, bo GetBack był dziurawym okrętem. Za pożyczone pieniądze firma kupowała kolejne długi, których nie odzyskiwała. Pewien paradoks polegał na tym, że firma skupująca długi nie miała pieniędzy na spłatę własnych.

Sprawa eksplodowała 16 kwietnia 2018. GetBack podał bowiem wówczas, że prowadzi z PKO BP i Polskim Funduszem Rozwoju negocjacje na temat finansowania swojej działalności. Obie instytucje natychmiast zdementowały te wiadomości, a giełda, na wniosek KNF, zawiesiła obrót papierami GetBacku. Na jaw zaczęły wychodzić informacje, że GetBack ma gigantyczne straty oraz że prowadził kreatywną księgowość na dużą skalę. I że nie jest w stanie uregulować należności wobec obligatariuszy. Okazało się również, że prezes GetBacku, Konrad K., szukał wsparcia o osób takich jak premier Mateusz Morawiecki. A próbował to robić m.in. za pośrednictwem jego ojca, Kornela. Sprawa budzi duże napięcie również z tego powodu, że krążą informacje o nagraniach, których miał dokonywać Konrad K. Na jego nieujawnionych dotąd taśmach mają być politycy, biznesmeni, menedżerowie państwowych spółek. Straty osób fizycznych, które zostały zachęcone do zainwestowania w papiery GetBacku, są szacowane na ponad 2 miliardy złotych. Wierzycieli indywidualnych jest około 10 tysięcy, wierzycieli instytucjonalnych – kilkuset.

W całej sprawie zatrzymano już kilkanaście osób, m.in. menedżerów GetBacku, szefów biur maklerskich, które oferowały klientom trefne obligacje.

Źródło: konfrontacja.com.pl

Czytaj także

 2
  •  
    za afery takie jak wyżej opisana powinno się zamykać jeszcze rodzinę coby korzyści ze skradzionych pieniędzy nikt nie miał
    • Nikt tego nie czyta