Socha przed komisją, Zawisza chce wezwać prezydenta

Socha przed komisją, Zawisza chce wezwać prezydenta

Fot. M. Stelmach/Wprost
Sejmowa komisja śledcza ds. banków przesłuchała b. przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych i Giełd Jacka Sochę oraz b. premiera Waldemara Pawlaka. Pytania dotyczyły prywatyzacji Banku śląskiego (BSK).

Komisja zamówiła także ekspertyzy prawne dot. ew. przesłuchania w tej sprawie prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

W czasach prywatyzacji BSK (1993-1994) Socha był dyrektorem Biura Inspekcji Komisji. Natomiast Pawlak był premierem koalicyjnego rządu PSL-SLD, w którym funkcję ministra finansów sprawował Marek Borowski, a wiceministrem odpowiedzialnym z prywatyzację BSK był Stefan Kawalec.

Z zeznań Pawlaka wynika, że odpowiedzialność za prywatyzację BSK ponosi Kawalec, Borowski włączył się w ten proces później. Jego zdaniem, przy prywatyzacji Banku Śląskiego należy raczej mówić o niedochowaniu należytej staranności, niż o złamaniu prawa.

Pawlak wyjaśnił, że gdy w pierwszych notowaniach giełdowych cena akcji banku wyniosła ponad 13-krotność ceny emisyjnej, zażądał dymisji Kawalca. Borowski nie podzielał opinii Pawlaka w tej sprawie.

Zgodnie z obowiązującym wówczas prawem, premier mógł sam odwoływać sekretarzy i podsekretarzy stanu. Decyzję o odwołaniu ministra podejmował Sejm.

Pawlak odwołał Kawalca w 1994 r. uznając, że prywatyzacja BSK została źle przeprowadzona. Wyjaśnił, że decyzja o odwołaniu Kawalca była konsultowana z Borowskim. Dodał, że rozmawiał z nim o zwolnieniu wiceministra i prosił, by złożył wniosek o odwołanie Kawalca. Gdy Borowski odmówił, Pawlak zwolnił Kawalca bez takiego wniosku. Następnie Borowski złożył dymisję, która została przyjęta przez Sejm.

Akcje BSK sprzedawano jesienią 1993 r. po 500 tys. ówczesnych złotych (50 zł). W dniu debiutu, w styczniu 1994 r., kurs akcji BSK wyniósł 6,75 mln zł (czyli 675 zł). Nie wszyscy akcjonariusze zainteresowani zbyciem akcji mogli jednak sprzedać posiadane walory, ponieważ opóźniało się potwierdzanie świadectw depozytowych. Był to wówczas element rejestrowania na rachunku inwestycyjnym akcji kupionych w ofercie publicznej.

Kwestia rozbieżności między ceną emisyjną BSK a kursem giełdowym z pierwszych notowań jest jedną ze spraw, jakimi zajmuje się komisja, badając prywatyzację tego banku.

Zdaniem Pawlaka, można się zastanawiać, czy wyceniając akcje BSK przed ich sprzedażą przez ministra finansów, można było dokładniej porównać cenę z giełdowymi kursami banków takich jak WBK czy BRE. Pawlak zwrócił jednak uwagę, że przy określaniu ceny BSK resort finansów działał zgodnie z procedurą prywatyzacji. "Trudno się dopatrzyć wprost złamania przepisów prawa" - dodał. Podkreślił, że po rozpoczęciu giełdowych notowań BSK nie można było już odwrócić procesu prywatyzacji.

Pawlak przypomniał, że ówcześni koalicjanci w jego rządzie mieli odmienne poglądy na temat procesu prywatyzacji. PSL chciało wprowadzić zmiany, natomiast SLD było "zauroczone prywatyzacją za wszelką cenę".

Socha poinformował, że przy rozpoczęciu giełdowych notowań BSK, potwierdzonych było tylko 4 proc. świadectw, co uznał za działanie "wysoce niewłaściwe". "Wysnuliśmy taki wniosek, że zrobiono to celowo" - wyjaśnił, dodając, że opóźnienia w potwierdzaniu świadectw mogły prowadzić do zawyżania kursu giełdowego akcji BSK ze względu na niską podaż akcji.

Zdaniem Sochy, za zaistniałą sytuację odpowiedzialność ponosiło kierownictwo banku i domu maklerskiego. Socha przypomniał, że Komisja cofnęła licencję maklerską dla BSK. Po odwołaniu banku KPW licencję przywróciła, ale ukarała bank finansowo.

Posłów interesowało też, czy resort finansów, jako sprzedający akcje BSK, mógł manipulować giełdowym kursem.

Socha przypomniał, że po rozpoczęciu notowań BSK na giełdzie, w styczniu 1994 r., minister finansów sprzedał pakiet akcji BSK, wynoszący ponad 2 proc. akcji banku. Zgodnie z obowiązującym prawem, akcjonariusz sprzedający taki pakiet powinien był poinformować o tym spółkę, by mogła przekazać tę informację inwestorom.

"To nie zostało zrobione. Nie wiem, czy to była manipulacja" - powiedział Socha. Przypomniał też, że sprawą zajmowała się wówczas KPW.

Wyjaśniał, że decyzję o dopuszczeniu do notowań giełdowych podejmowała sama giełda. Jego zdaniem, choć większość akcjonariuszy nie miała możliwości sprzedać akcji BSK na pierwszych sesjach, to GPW mogła podjąć decyzję ze względu na trwającą hossę. Socha przypomniał, że hossa trwała od marca 1993 r. i na początku 1994 r. pojawiły się pytania o jej trwałość. Podkreślił, że gdyby notowania rozpoczęły się zbyt późno, inwestorzy straciliby okazję do korzystnego sprzedania akcji po załamaniu na giełdzie.

Podczas przesłuchania posłowie pytali też o tzw. "listę Pęka", czyli o listę osób, które w 1993 r. kupiły akcje BSK.

O liście mówił podczas przesłuchania 16 maja eurodeputowany LPR Bogdan Pęk. Miał on widzieć u b. przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych (KPW - poprzedniczki KPWiG) Lesława Pagi listę akcjonariuszy Banku Śląskiego (BSK). Na tej liście miały znajdować się znane nazwiska - w tym osób, które były uprzywilejowane podczas sprzedaży akcji BSK.

"Nic o takiej liście nie wiem, takiej listy nie widziałem. Nie znam ani jednego nazwiska, żadnej osoby, która miałaby być w szczególny sposób wyróżniona i znajdować się na tej liście" - podkreślił Socha. Nie wykluczył, że taka lista mogła istnieć, ponieważ gdyby Komisja zwróciła się do biura maklerskiego prowadzącego sprzedaż akcji BSK o wykaz akcjonariuszy, musiałaby listę otrzymać.

Pawlak natomiast stwierdził, że słyszał o liście z doniesień medialnych.

Według przewodniczącego komisji Adama Hofmana (PiS), zeznania Pawlaka wniosły wiele do prac komisji. "Premier powiedział dość jasno - odpowiedzialność polityczną - według umowy koalicyjnej - za prywatyzację Banku Śląskiego ponosi minister finansów i SLD ze swoim przewodniczącym Aleksandrem Kwaśniewskim" - powiedział dziennikarzom.

"Będziemy sprawdzać, czy te akty oskarżenia, które zostały umorzone - zostały umorzone prawidłowo. Badamy też ten wątek. To że sprawy nie zakończyły się wyrokami, to nie znaczy, że nie popełniono tam przestępstwa" - ocenił Hofman.

Poseł Artur Zawisza (PR) proponował, aby komisja przesłuchała w tej sprawie także prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który był prezesem Najwyższej Izby Kontroli, gdy NIK kontrolowała prywatyzację Banku Śląskiego. Komisja uznała jednak, że zanim zdecyduje, czy wezwie na przesłuchanie prezydenta, konieczne są ekspertyzy prawne.

Zawisza powiedział, że do czasu otrzymania ekspertyz, wstrzymuje się ze złożeniem formalnego wniosku.

Dziennikarzom poseł mówił jednak, że nie ma wątpliwości prawnych. "Tak jak można wezwać było Aleksandra Kwaśniewskiego (przed sejmową komisję śledczą ds. PKN Orlen-PAP), tak można wezwać prezydenta Kaczyńskiego" - powiedział.

Zdaniem przewodniczącego komisji Adama Hofmana (PiS), nie ma potrzeby przesłuchania prezydenta, gdyż raport NIK zawiera wyczerpujące informacje na temat przebiegu prywatyzacji Banku Śląskiego.

Zgodnie z ustawą o komisji śledczej prezydent może zostać wezwany, ale jest też jedyną osobą w państwie, która nie ma obowiązku stawienia się na przesłuchaniu.

Eksperci komisji podkreślili, że aby wezwać prezydenta, komisja musi wyczerpać wszystkie inne środki dowodowe.

pap, ss, ab

Czytaj także

 0