Żakowski przeprasza PAP

Żakowski przeprasza PAP

Znany publicysta Jacek Żakowski wyraził ubolewanie za sugestie, jakoby Polska Agencja Prasowa z przyczyn politycznych opóźniła nadanie depeszy o ujawnieniu "taśm Beger". To wynik ugody sądowej zawartej w lipcu w procesie wytoczonym Żakowskiemu przez PAP.

24 lipca przed Sądem Okręgowym w Warszawie strony zawarty ugodę, na której mocy Żakowski oświadczył w Radiu TOK FM, że "wyraża ubolewanie z powodu posądzenia PAP o kierowanie się motywami politycznymi w tej sprawie". Żakowski dodał, że ufa wyjaśnieniom ówczesnego prezesa PAP Piotra Skwiecińskiego, iż opóźnienie nastąpiło z przyczyn technicznych. Oświadczenie Żakowskiego miało też zostać nadane w serwisie PAP.

We wrześniu 2006 r. TVN wyemitowała w programie "Teraz My" nagrania z ukrytej kamery, w których ministrowie w kancelarii premiera Adam Lipiński i Wojciech Mojzesowicz rozmawiali z posłanką Samoobrony m.in. o jej propozycji przejścia do PiS w zamian za otrzymanie stanowiska w Ministerstwie Rolnictwa. Wywołało to poruszenie w świecie politycznym i opinii publicznej, a Beger zawiadomiła prokuraturę o próbie jej skorumpowania, ale śledztwo zostało umorzone.

Wkrótce potem w Radiu TOK FM publicyści, zaproszeni przez Żakowskiego, ostro krytykowali media publiczne za domniemane manipulacje, w tym za rzekome opóźnianie informacji niewygodnych dla władz. W tym kontekście Żakowski powiedział, że PAP o 3 godziny opóźniła nadanie depeszy o sprawie taśm Beger. Komentując to Tomasz Lis z Polsatu wezwał Skwiecińskiego do dymisji, uznając całą sprawę za celowe działanie Agencji, która jego zdaniem miała opóźnić nadanie depeszy, aby zminimalizować niekorzystny dla PiS efekt upublicznienia nagrań.

Skwieciński zapowiedział wtedy, że PAP pozwie Żakowskiego "za wprowadzenie w obieg nieprawdziwej informacji", bo pierwszą depeszę nadano po godzinie i kilku minutach od zakończenia programu. "Spóźniła się z powodu zawirowania informatycznego, a poza tym wiarygodność agencji prasowej jest ważniejsza od szybkości" - mówił prezes PAP.

Żakowski przyznawał, że się pomylił, bo od momentu rozpoczęcia programu TVN do emisji pierwszej depeszy PAP minęły 2 godziny, a nie 3. Skwieciński odpowiadał, że nie były to dwie godziny, tylko jedna godzina i piętnaście minut. Czas nadania depeszy należy bowiem mierzyć nie od momentu, w którym w telewizji odtworzono "taśmy Beger", tylko od momentu zakończenia całej audycji. Dopiero wtedy sporządzający depeszę dziennikarz dyżurny mógł bowiem przystąpić do pracy (był sam na dyżurze, więc aby zacząć pisać, musiałby przerwać oglądanie programu).

Prezes PAP podkreślał jednak, że główny powód wytoczenia pozwu jest inny, że chodzi przede wszystkim o padający w audycji zarzut działania świadomego i motywowanego politycznie. "To czy chodzi o 2, czy 3 godziny jest mniej istotne; mój mocodawca nie wytoczyłby zapewne procesu, gdyby padł sam zarzut o powolności pracy Agencji. Pozwany sugerował jednak, że miało to związek z rzekomą dyspozycyjnością polityczną PAP" - mówił na pierwszej rozprawie pełnomocnik PAP mec. Grzegorz Rybicki.

Na mocy ugody Żakowski miał wyrazić wobec PAP ubolewanie właśnie za tę sugestię.

Agencja zrezygnowała zarazem z pierwotnego żądania dokonania przez pozwanego wpłaty 100 tys. zł na cel charytatywny.

pap, em

Czytaj także

 0