Szpitalom grozi paraliż

Szpitalom grozi paraliż

Ilu lekarzy zabraknie? I jaką podwyżkę im dać? Liczą dyrektorzy szpitali w całej Polsce. Wszystkim wychodzi, że od 1 stycznia szpitalom grozi paraliż - pisze "Gazeta Wyborcza".

To jak błędne koło: od Nowego Roku unijne przepisy nie pozwolą lekarzom pracować dłużej niż 48 godzin tygodniowo. Chyba że podpiszą na to zgodę. Lekarze uzależniają zgodę od znaczących podwyżek - na co szpitali nie stać. A jeśli zgody nie podpiszą - szpitale nie zdołają obsadzić wszystkich oddziałów.

Liczy Wojciech Szrajber, dyrektor jednego z największych szpitali w Łodzi, im. Kopernika. "Mam 1200 łóżek, 450 lekarzy. Zsumowałem liczbę godzin przepracowanych we wrześniu przez wszystkich lekarzy. Podzieliłem to przez etaty. I już wiem, że będę miał problem. Brakuje 130 lekarzy".

Liczy dyrektor szpitala w Sieradzu Dariusz Kałdoński: "Na 650 łóżek jest 140 lekarzy. Żeby nie łamać prawa, w każdym oddziale musi być przynajmniej ośmiu lekarzy. Jeśli uwzględnimy urlopy i zwolnienia, taki zespół wystarczy na styk. Ale nie mam nawet tego. Wynik: brakuje mi co najmniej 25 specjalistów".

Dyrektorzy liczą, bo od stycznia wchodzą w życie nowe przepisy o czasie pracy lekarza. Po procesach o nadgodziny, jakie wygrał ze szpitalem w Nowym Sączu pediatra Czesław Miś, okazało się, że trzeba dostosować przepisy do norm unijnych. Według zmienionej ustawy o zakładach opieki zdrowotnej:

Lekarze mają pracować po 48 godz. tygodniowo, w szpitalu nie mogą być dłużej niż 13 godz. na dobę, nim rozpoczną kolejny dzień pracy, należy się im 11 godzin nieprzerwanego wypoczynku.

"Autorzy ustawy chcieli być świętsi od papieża i stworzyli najbardziej rygorystyczne normy w całej Unii" - mówi dyrektor Kałdoński. "A teraz ja muszę się martwić o to, żeby po 1 stycznia szpital mógł działać" - dodaje.

Dyrektorowi Kałdońskiemu z Sieradza wyszło, że aby nie łamać nowej ustawy, musi zmienić system pracy w szpitalu. I zaproponował lekarzom pracę na zmiany albo kontrakty. Bo lekarz na kontrakcie jest przedsiębiorcą - i przepisy o czasie pracy przestają go obowiązywać.

Lekarze się strasznie zdenerwowali. O kontraktach rozmawiać nie chcą. Pieniądze niby są większe - tłumaczą. Ale sami musielibyśmy płacić ZUS i podatki. Nie ma chorobowego i płatnych urlopów. Z kolei praca zmianowa oznacza niższe zarobki - nie będzie płatnych dodatkowo dyżurów i odpadnie możliwość dorobienia w gabinetach.

"Nie da się wcisnąć w grafik dodatkowych zajęć, jeśli będziemy pracować na zmiany kilkanaście godzin co dwa-trzy dni" - mówi dr Agnieszka Kosztowny, szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego w szpitalu.

Szef związku Krzysztof Bukiel wie, że dyrektorzy znaleźli się pod ścianą. I teraz można się upomnieć o podwyżki, których nie udało się wystrajkować wiosną. Ustawa pozwala lekarzowi dobrowolnie zgodzić się na dłuższą pracę (tzw. klauzula opt-out). "Zgodzimy się na to pod warunkiem podwyżki. Do dwóch średnich krajowych. Ale jeśli nie, to nie będzie lekarzy. Knock-out przez opt-out" - planuje.

ab, pap

Czytaj także

 0