O proteście pracowników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych poinformowała rozgłośnia RMF FM. Jak dowiedziała się redakcja, związkowcy w dniu 1 kwietnia (w środę) odbyli spotkanie z zarządem ZUS-u (prezesem państwowej jednostki jest Zbigniew Derdziuk) ws. negocjacji wzrostu funduszu wynagrodzeń. Jak wskazało radio, powinien on wynieść 3 proc.
Rozmowy nie poszły jednak po ich myśli. – Propozycja, którą usłyszeliśmy zbiła nas z nóg – podsumowała je gorzko Marta Markun, przedstawicielka jednego ze związków zawodowych. Ujawniła, że zarząd zaproponował jedynie 180 zł brutto. To wystarczyło, by pracownicy uznali, że miarka się przebrała. Zrzeszeni w ZZ postanowili zwrócić na siebie uwagę przedstawicieli ministerstwa finansów (resortu Andrzeja Domańskiego) – chcą z nimi rozmawiać o swojej złej sytuacji.
RMF wskazało, że nie tylko niesatysfakcjonujące wynagrodzenia czy słabe podwyżki są problemem, ale także nadgodziny. Pracownicy mają często przesiadywać po godzinach pracy, bo tego wymaga sytuacja w ZUS-ie. – Odpowiedzialność, mnóstwo pracy, ciągła gonitwa, kolosalny stres i właściwie brak pieniędzy – wymieniła Markun.
Jak ustaliła rozgłośnia, ok. 30 pracowników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych zamierza zostać do samego rana (przez całą noc) w centrali w Warszawie, na terenie dzielnicy Żoliborz.
„Czekamy na konkrety, nie na puste deklaracje”
O strajku w ZUS napisał też portalu Tysol. Redakcja skontaktowała się z wiceprzewodniczącą Komisji Zakładowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Anna Sudoł zasugerowała, że protest może potrwać znacznie dłużej, niż tylko do czwartkowego poranka (dnia 2 kwietnia).
– Nie planujemy stąd wychodzić, dopóki nie zacznie się nas poważnie traktować. Czekamy na konkrety, nie na puste deklaracje – wskazała.
Czytaj też:
„Turystyka paliwowa” w Polsce. KE ostrzega Warszawę. „Sprzeczne z prawem UE”Czytaj też:
Przygotował głośny reportaż o Janie Pawle II. „Zarzucano mi drugi zamach na papieża”
