Nadzieja musi być, bo już tylko nadzieją żyjemy – mówi Anna*, która swój sklep prowadzi niedaleko granicy. – Inaczej co? Wszyscy pójdziemy do Niemców pracować? Jak się poddamy, to będzie wymarłe miasto.
Jeszcze dwie dekady temu od mostu nad Odrą w głąb Słubic ciągnęły się setki straganów, obok przejścia granicznego stał sznur taksówek. Kierowcy nawet nie gasili silników. Towar znikał momentalnie, Niemcy brali niemal wszystko, do domów wracali wyładowanymi po dach samochodami. Polacy zbijali fortunę. Nie tylko w Słubicach, ale i sąsiednim Kostrzynie, na słynnym “Manhattanie” w Łęknicy, w Osinowie, Zgorzelcu, Gubinie.
Dzisiaj przy wjeździe na most stoi kilku strażników, policyjny radiowóz, obok kontener, czyli tymczasowy posterunek. I jedna taksówka.
– Kolejek nie ma, awantur nie ma. Ludzi też nie ma. Stoję tutaj… – kierowca spogląda na zegarek – … trzecią godzinę. I kursu jeszcze nie miałem. Jak się pojedzie na bazar dwa razy dziennie, to już jest dużo. Mi to nie przeszkadza, na emeryturze jestem, jeżdżę, żeby cokolwiek dorobić. Ale dla młodych to sensu nie ma.
Mieszkańcy pogranicza, którzy z granicy żyją, mówią, że dostali trzy ciosy. Pierwszym była pandemia, zamknięcie granic, chaos i kolejne obostrzenia. W końcu się podnieśli, zaczęli odrabiać straty, gdy nagle przyszedł drugi cios. Wojna w Ukrainie, która sprawiła, że klientów znów zaczęło ubywać. I niedługo potem doszedł trzeci, silniejszy cios. Najpierw kontrole graniczne wprowadzili Niemcy, później Polacy.
– Stoję tutaj od trzydziestu lat i tak źle jeszcze nie było – stwierdza Piotr, jeden ze sprzedawców na słubickim bazarze. – Przychodzi klient biedny, cały czas te same twarze widać. Został mi rok do emerytury, przestoję i koniec.
To jednak i tak tylko wierzchołek problemów pogranicza.
Niemców coraz mniej
Nie od dziś wiadomo, że Frankfurt nad Odrą i inne przygraniczne miasta pustoszeją. W 2006 roku media obiegły sensacyjne nagłówki, że Niemcy będą burzyć całe osiedla. Ówczesne władze Frankfurtu szacowały, że do 2020 roku z miasta wyjedzie około 11 tysięcy osób. Liczba pustostanów rosła też w Cottbus, Guben czy Görlitz. W tym ostatnim już w 2016 roku około 7 tysięcy mieszkań stało pustych, a średnia wieku mieszkańców przekroczyła 46 lat. Władze zaczęły więc robić wszystko, aby trend odwrócić. Przez lata oferowały "pakiet powitalny", dopłacały nowym mieszkańcom do czynszu, rachunków za prąd, biletów komunikacji miejskiej, nawet karnetu na siłownię. Ostatnio władze Eisenhüttenstadt ogłosiły, że oferują dwa tygodnie darmowego zakwaterowania jako „okres próbny” dla tych, którzy myślą o przeprowadzce na stałe.
Miasta po polskiej stronie żadnych pakietów nie oferowały.
– Większość moich znajomych poszła już do Niemiec pracować – przyznaje Joanna, mieszkanka Słubic. – Nie wiem tylko, czy nasze życie ma polegać na tym, żeby codziennie wstawać o 5 czy nawet 4 rano, jeździć po 200 kilometrów dziennie, wracać do domu w nocy, nie spać i tylko zarabiać. To błędne koło – stwierdza.
– Znam też ludzi, którzy posyłają dzieci do niemieckich szkół, ale dla mnie to już germanizacja. Polskie dziecko powinno uczyć się w polskiej szkole. Mamy swój kraj, tu się powinny uczyć nasze dzieci, tu powinniśmy pracować. I praca dla nas będzie, jak będziemy zostawać w Polsce, a nie wyjeżdżać – oburza się. – Jestem przeciwna temu, żeby każdy Polak pracował dla Niemców. Co z tego, że zarobi dwa tysiące euro, jak będzie wydawał na paliwo, straci czas, zdrowie i nerwy?
– Ale z drugiej strony u nas pracy za bardzo nie ma, do tego pełno przyjechało Ukraińców i Hindusów– reflektuje się.
Od bazaru do perełki
Liczące około 16 tysięcy mieszkańców Słubice i tak korzystają z sąsiedztwa znacznie większego miasta, bo liczącego ponad 55 tysięcy Frankfurtu. Około sto kilometrów na południe leży Łęknica, miasteczko zamieszkane przez ledwie ponad 2 tysiące osób, które obok ma niewiele większy Mużaków. Gdy tam przekracza się granicę, tuż za mostem widać rzędy blaszanych dachów. To „Manhattan”, czyli bazar, który wciąż jest najważniejszym zakładem pracy w gminie. Papierosy, artykuły spożywcze, ubrania, fryzjerzy. Na pierwszy rzut oka niezmienny od lat przygraniczny zestaw, jednak Łęknica miasta sprzed lat już nie przypomina.
Czytaj też:
Koniec słynnej niemieckiej pracowitości? „Większość firm zakładają dziś imigranci”
Jeszcze w 2017 roku z danych Urzędu Statystycznego wynikało, że ta malutka gmina była najbogatsza w województwie. Dochód w przeliczeniu na mieszkańca wynosił więcej niż w Zielonej Górze czy Gorzowie. Burmistrz tłumaczył wówczas, że to tylko „pozorne bogactwo”, które dawał bazar. Jednak nawet to „pozorne bogactwo” dawało zastrzyk gotówki, który pozwalał nie tylko przetrwać, ale też inwestować. Budżet gminy wynosił wówczas około 13 milionów złotych, dochód z targowiska przekraczał 3 i pół miliona. Jednocześnie z podatku CIT do gminnej kasy spływało... ledwie 30 tysięcy złotych.
W roku 2026 Łęknica to już jedno z dziesięciu najbiedniejszych miast w kraju. Po czasach, gdy na bazarze było 3500 stanowisk, pozostały tylko wspomnienia. Dzisiaj stanowisk jest ledwie 800.
– Co dalej? – pytam burmistrza Łęknicy.
– Musimy przeformatować gminę z tej, która słynęła głównie z handlu, na gminę, która będzie żyła z turystyki. Innego wyjścia nie mamy – oświadcza Piotr Kuliniak.
Burmistrz snuje wizję, jak Łęknicę przeobrazić w turystyczną perełkę, której główną atrakcją ma być Park Mużakowski. Wylicza, że obiekt tylko w 2025 roku odwiedziło aż 600 tysięcy osób. Większość z nich skupia się jednak na tym, co po stronie niemieckiej, czyli centralnej części parku z imponującym zamkiem. A burmistrz chciałby przeciągnąć turystów na drugą stronę.– To przecież obiekt wpisany na listę UNESCO, o takim potencjale jak Wawel w Krakowie – stwierdza Kuliniak. – My też mamy u siebie nie tylko Niemców, ale i coraz więcej Czechów. Przyjadą zwiedzać, a przy okazji coś kupią, pójdą na bazar – kontynuuje.
– Bo w co innego możemy inwestować? Gruntów u nas nie ma, a jak są, to pod ścisłą ochroną, wokół mamy pełno zabytków. Nie ma miejsca, żeby strefę przemysłową budować – mówi burmistrz.
30 lat handlu i do Niemiec
Pustkami świeci ogromny parking przed bazarem w Kostrzynie nad Odrą. Część straganów zamknięto już na stałe, odgrodzony fragment targowiska ma wkrótce zniknąć, pozostałymi alejkami przechadzają się pojedynczy klienci.
– Ilu takich było co 30 lat handlowali, zamknęli i do Niemiec pojechali, ale tam też tak kolorowo nie mają – mówi jeden ze sprzedawców. – Coraz gorzej jest. Fajki już są za drogie, a w tym roku kolejna podwyżka. Jak Niemcy mieli 30 euro zysku na sztandze, to opłacało im się nawet z Berlina jechać. Wsiedli w samochód we czterech, to już mieli 120 euro. Teraz jak ma im zostać 20 euro i stracą cały dzień, to po co się męczyć? Jak już przyjadą, to nie biorą Marlboro, tylko to, co najtańsze. A i tak narzekają, że za drogo. W zeszłym roku jeszcze się opłacało, w tym to już będzie ledwo, ledwo. Ale póki można, to się stoi.
Stoją też ci, którzy rezygnować nie zamierzają.
– Bazar istniał i będzie istnieć – nie ma wątpliwości Paweł*. – Działamy w starym stylu, jest u nas miło i przyjemnie. Czasy są cięższe, mamy mniej klientów, ale trochę się ściśniemy, przejdziemy lekką reorganizację, będziemy mieli nowych dach. Dopóki będą różnice w cenach, to ludzie będą przyjeżdżać. Poza tym nasze jedzenie inaczej smakuje, oni wiedzą, że nie kupią u siebie takiej kiełbasy, kapusty, kalafiora – uśmiecha się.
– Niemcy przychodzą i robią zdjęcia na tamtą stronę, że niby plajta – wtóruje mu kolejna ze sprzedawczyń. – Nie pozwalamy na to, bo plajty nie ma! Okresy są różne, przed świętami mamy większy ruch, styczeń to był zawsze martwy sezon. Już nie raz się mówiło, że upadniemy, ale się odbijaliśmy.
– Opłaca się jeszcze? – pytam na straganach, przy których ruchu nie widać.
Czytaj też:
Wracają do Polski, ale nie do tej samej szkoły. „Niewidzialne wyzwania dzieci z emigracji”
– Na zero wychodzimy. Jesteśmy na granicy, starcza na opłaty, na życie trochę, ale nic poza tym, nie ma szans, żeby cokolwiek odłożyć – słyszę od kolejnej ze sprzedawczyń. – Codziennie męka, nie ma dnia na odpoczynek, człowiek przychodzi w soboty i niedziele. Pan obok ma ponad 70 lat, niską emeryturę i musi jeszcze dorabiać. Naprawdę źle się dzieje. Kolejki są na moście, cały czas remonty, kontrole. Jeszcze niedawno autokary przyjeżdżały, a dzisiaj nic.
– Żadnego odbicia nie będzie, będzie tylko gorzej. Towar wrzucę do piwnicy i nie wiem, co dalej. Bardzo ciężko jest. Kolejni ludzie wypowiedzenia składają, odchodzą, bo się po prostu nie opłaca – stwierdza kobieta.
Z targowiska i przygranicznych biznesów od lat żyją również mieszkańcy Cedyni, a szczególnie Osinowa Dolnego. Tamtejsze targowisko to wciąż największy w okolicy rynek pracy. Burmistrz Piotr Głowniak mówi, że obroty większości biznesów spadły jednak w ubiegłym roku o 20, a nawet 40 procent. – Wielu przedsiębiorców zamknęło swoje punkty lub stoi na krawędzi upadku. Niestety, nie obserwujemy pozytywnego trendu odwracającego tę sytuację – stwierdza. – To się przekłada się nie tylko na mniejsze wpływy podatkowe do budżetu, ale też powoduje zmniejszenie zatrudnienia. Teren gminy niemal w całości znajduje się na terenie Cedyńskiego Parku Krajobrazowego, więc nie rozwinął się u nas żaden przemysł – przyznaje.
– Istnieje duże ryzyko, że w krótkim czasie stopa bezrobocia może skoczyć nawet do kilkudziesięciu procent, czy też nastąpi masowa migracja, co już jest zauważalne, w poszukiwaniu pracy – obawia się burmistrz. – W rozmowach słyszę, że znaczna część mieszkańców chętnie podjęłaby pracę na terenie Polski, o ile takowa by była.
Kontrole polityczne
Pogranicze trzeci cios czuje do dzisiaj. Zaczęło się w lipcu ubiegłego roku, gdy premier Donald Tusk ogłosił, że Polska wprowadza kontrole na granicach z Niemcami i Litwą. Funkcjonariusze stanęli na przejściach tydzień później.
Sytuacja na granicy była wtedy napięta. Wcześniej pojawiły się zwołane przez Roberta Bąkiewicza patrole „obrońców granic”, rozpętała się polityczna awantura. „Obrońcy” zjeżdżali z całej Polski, lokalne władze grzmiały, że przynoszą mieszkańcom tylko wstyd. Prawicowym politykom i Bąkiewiczowi nie przeszkadzał również fakt, że już wtedy liczba zawracanych przez Niemców cudzoziemców była niższa niż rok wcześniej. I że byli to głównie Ukraińcy, a nie migranci z Bliskiego Wschodu czy Afryki. Kilka tygodni później „posterunki” obrońców granicy opustoszały, jednak kontrole, tyle że te oficjalne, wciąż trwały.
Czytaj też:
Mówią o nich: „Niewidzialni Polacy”. „System produkuje bezdomnych 20-latków”
Przeciwko kontrolom buntowali się lokalni mieszkańcy, przedsiębiorcy i samorządowcy. Wśród nich burmistrz Zgorzelca, który uważa, że to strata sił i środków.
– Przypominają się stare czasy – mówi Rafał Gronicz. – Na autostradzie ciężarówki stoją godzinami, zdarzało się, że cały Zgorzelec był zakorkowany. Moja pracownica raz jechała po dziecko półtorej godziny, gdy zwykle jedzie siedem minut. Niemieccy pracodawcy też nie są szczęśliwi, bo nie wiedzą, czy ludzie dotrą, czy nie, a przecież są zamówienia, terminy. Tracą też polskie firmy, na przykład pralnie, które obsługują pensjonaty, hotele i szpitale w Niemczech. Nie dostają nowych umów, bo Niemcy boją się, że newralgicznych okresach Polacy nie dowiozą wszystkiego. I tak nasze firmy tracą klientów – ubolewa.
Koniec raju za Odrą?
Kolejny problem to fakt, że Niemcy pieniędzy mają coraz mniej.
Przez wiele miesięcy niemieckie PKB tkwiło w miejscu, z najnowszych badań wynika, że wśród Niemców maleje skłonność do konsumpcji, rosną obawy o przyszłość, długi i oszczędności na „czarną godzinę”. Ostatnio tak wysoką skłonność do oszczędzania odnotowano w 2008 roku. Eksperci zauważają też, że nastroje w społeczeństwie są morowe. Niemcy spodziewają się spadku dochodów, boją wzrostu inflacji. W zapaści jest także rynek pracy.
W ubiegłym roku niemiecki przemysł borykał się z największą falą zwolnień od czasów kryzysu finansowego sprzed kilkunastu lat. Od połowy 2024 do połowy 2025 roku tylko w przemyśle pracę straciło ponad 100 tysięcy osób, z czego aż połowa to pracownicy branży motoryzacyjnej. Stopa bezrobocia rosła i w sierpniu przekroczyła rekordowe 3 miliony, najwięcej od ponad dekady. Gdyby tego było mało, to pod koniec roku w mediach pojawiły się szacunkowe dane mówiące o bankructwie niemal 24 tysięcy niemieckich firm. To najwyższy poziom od 2014 roku.
– Po raz pierwszy od powstania Republiki Federalnej Niemiec nie możemy dłużej dotrzymywać obietnicy dobrobytu i awansu, tego, że następne pokolenie będzie miało lepiej niż obecne– nie ukrywała niemiecka minister gospodarki, sugerując, aby w kraju podnieść wiek emerytalny oraz zwiększyć wymiar pracy.
Wszystko to sprawia, że Polacy częściej już z Niemiec wracają, niż za Odrę wyjeżdżają. Federalny Urząd Statystyczny podał, że taka sytuacja miała miejsce w 2024 roku po raz pierwszy od około 25 lat. A dokładnie do Niemiec przyjechało 76 320 osób, zaś wyjechało 88 388. Różnica to ponad 12 tysięcy. Na łamach niemieckiego tygodnika “Der Spiegel” przywołano również wyniki sondażu Instytutu Badań Rynku Pracy i Kształcenia Zawodowego (IAB), z którego wynika, że Polacy częściej niż inne narodowości myślą o wyjeździe. Najczęściej chęć wyjazdu Polacy tłumaczyli sytuacją ekonomiczną.
Sytuacja podobnie wyglądała w pierwszych dziewięciu miesiącach 2025 roku, gdy do Niemiec wyjechało 47 954 Polaków, a wróciło 55 193.
Jednym z Polaków, który myśli o powrocie do kraju, jest Piotr.
– To już wegetacja – mówi. – Mieszkam sam, żyję miesiąca na miesiąc. Opłacę czynsz, rachunki i wychodzę na zero. Nie ma mowy o luksusach. Wypłaty praktycznie się wyrównały, znam ludzi, którzy zarabiają w Polsce takie same pieniądze jak my. Ludzie wracają, bo jeden zarobił na dom i stwierdził, że po paru latach mu to starczy, może żyć bez kredytu, drugi ma po prostu dość życia tutaj, niemieckiej mentalności i biurokracji. Widzą, że w Polsce dużo się poprawiło na przestrzeni ostatnich lat. Po prostu Niemcy na przestrzeni ostatnich lat idą w dół, a Polska poszła bardzo do przodu.
Gminy na rozdrożu
Choć rekordowa liczba Polaków z Niemiec wyjeżdża, to za Odrą wciąż mieszka ich ponad 860 tysięcy. Nadal są piątą co do wielkości grupą obcokrajowców w Niemczech, nadal emigrują. A to wyzwanie również dla pogranicza. Od burmistrza Łęknicy słyszę, że połowa mieszkańców gminy mieszka po polskiej stronie, ale pracuje w Niemczech. Z kolei w powiecie zgorzeleckim to co trzeci mieszkaniec, podobnie w Cedyni. – Z jednej strony to szczęście, bo ludzie mają nieźle płatną pracę, ale ogromnym problemem jest to, że płacą tam podatki – mówi burmistrz Zgorzelca.
– Liczyłem kiedyś, że co roku ucieka mi około 20 milionów złotych. To dla naszego budżetu bardzo dużo – stwierdza.
– Na co więc nie starcza? – dopytuję.
– Na inwestycje – przyznaje burmistrz. – Taka kwota zmieniłaby zupełnie możliwości działania. Od lat mam na przykład zamknięty odkryty basen, w tej chwili pożyczam 20 milionów złotych na remont. I będziemy to przez kilkanaście lat spłacać.
Sytuacja w Zgorzelcu jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo miasto sąsiaduje z kompleksem Turów. I przez lata z niego żyło. Jak wylicza burmistrz, trzy dekady temu w kopalni, elektrowni i spółkach związanych z ich działalnością pracowało 10 500 osób. Obecnie to około 1 100 zatrudnionych w spółkach zależnych, ledwie 3 500 w kopalni i elektrowni, a w planach jest kolejna redukcja zatrudnienia. Drugi największy pracodawca w regionie to... szpital, który zatrudnia około 1400 osób. Od inwestorów lokalne władze słyszą, że granica jest zbyt blisko, więc inwestor musiałby konkurować z niemieckim rynkiem pracy. I przez to od dwóch dekad do regionu nie udało się sprowadzić żadnej dużej firmy. Z kolei od rządu lokalni włodarze słyszą, że na żadne rekompensaty – poza standardową subwencją – nie mają co liczyć, bo przecież rząd już pokrywa ich straty.
– Nie zostaliśmy objęci Funduszem Sprawiedliwej Transformacji, ponieważ poprzedni rząd postanowił, że będziemy fedrować do 2044 roku. Tylko węgiel brunatny, według pesymistów, skończy się w 2027 roku, a według optymistów – w 2035. Liczymy więc, że około 2030 zaczną się bardzo poważne problemy – mówi dalej burmistrz Rafał Gronicz. – Na transformację regionu jest dramatycznie mało czasu – ostrzega.
Tymczasem tuż za Odrą, jak zauważa burmistrz, problem załatwiono systemowo. Okolice Görlitz przez dziesiątki lat żyły z wydobycia węgla, do dzisiaj działa Łużycki Okręg Górniczy. Wydobycie jednak ograniczano, setki milionów euro Niemcy zainwestowali w przemianę dawnych kopalń w największy europejski kompleks sztucznych jezior, wkrótce w Görtliz powstaną trzy ośrodki naukowe z pracą dla 2 tysięcy osób. – Do innego miasta mają dociągnąć autostradę, gdzieś indziej modernizują zakłady chemiczne. A my? Zostaliśmy sami – stwierdza burmistrz.
Władze miasta obawiają się scenariusza, w którym inwestycji jak nie było, tak nie ma, więc zwalniani z kopalni szukają pracy za Odrą, a miasto traci coraz więcej. I błędne koło się zamyka.
– Rząd wykazuje dużo dobrej woli, ale niestety dobrą wolą fabryki się nie zbuduje. Musi zapaść strategiczna decyzja, co ma tutaj być zamiast kopalni i elektrowni. My tej decyzji nie podejmiemy. Dzisiaj jesteśmy drenowani przez sąsiadów z jednej strony, a przez duże miasta z drugiej. Obrywamy równo – rozkłada ręce burmistrz.
*Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.