30-latka walczyła o życie. Procedury okazały się ważniejsze

30-latka walczyła o życie. Procedury okazały się ważniejsze

Korytarz w szpitalu
Korytarz w szpitalu Źródło: Shutterstock / Korodenhoff
30-letnia Patrycja doznała udaru krwotocznego. Przez problemy z transportem godzinami czekała na pomoc, choć ambulans stał tuż obok szpitala.

30-letnia Patrycja z Piławy Górnej trafiła do szpitala w Świdnicy z rozpoznanym udarem krwotocznym. Lekarze szybko potwierdzili stan zagrożenia życia i rozpoczęli intensywne działania medyczne.

30-latka trafiła do szpitala z udarem. Potem zaczęły się problemy

Rzecznik wojewody Tomasz Jankowski zapewniał, że „zebrano wywiad i wykonano specjalistyczną diagnostykę a w ciągu niespełna 40 minut ustalono rozpoznanie i dalszy sposób postępowania”. Pacjentkę zaintubowano, podłączono do respiratora i przygotowano do pilnego transportu do ośrodka specjalistycznego.

I właśnie wtedy rozpoczęły się największe trudności. Szpital nie dysponował własnym transportem, a karetka, z którą miał podpisaną umowę, była niedostępna. W efekcie rozpoczęto nerwowe poszukiwania innego sposobu przewiezienia pacjentki.

– Lekarze mówili, że nie mogą znaleźć innej karetki, a LPR miał odmówić przysłania śmigłowca – relacjonował ojciec pacjentki. Jak wynika z późniejszych ustaleń Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, nikt formalnie o taki transport nie wystąpił. Ojciec dzwonił także pod numer alarmowy 112, ale żadna karetka nie była wówczas dostępna.

Szpital szukał transportu dla 30-latki. Ambulans stał kilka metrów dalej

W pewnym momencie rozważano nawet przewiezienie kobiety prywatnym samochodem lekarza lub taksówką. Z tego rozwiązania zrezygnowano jednak ze względu na bardzo ciężki stan pacjentki.

Dopiero po około 2,5 godzinie udało się zorganizować transport do szpitala w Wałbrzychu. Tam jednak pojawił się kolejny problem, ponieważ placówka miała już zajęte miejsce dla pacjenta z wylewem i konieczne było dalsze oczekiwanie.

Ostatecznie Patrycja trafiła do szpitala przy ul. Borowskiej we Wrocławiu dopiero po około sześciu godzinach od wystąpienia objawów. Co szczególnie budzi kontrowersje, ambulans, jak się później okazało, znajdował się w tym czasie w bazie pogotowia w Świdnicy, dosłownie obok szpitala. Nie mógł jednak zostać użyty ze względu na obowiązujące procedury i brak odpowiednich decyzji organizacyjnych.

Tymczasem życia 30-letniej pacjentki nie udało się uratować.

Szpital odpowiada na zarzuty

Sprawa została nagłośniona przez rodzinę pacjentki i objęta kontrolą NFZ oraz służb wojewody. Jak podkreśla Tomasz Jankowski, „kontrola wykazała, że postępowanie diagnostyczno-terapeutyczne było prawidłowe”. Jednocześnie jednak stwierdzono poważne nieprawidłowości w organizacji transportu medycznego oraz brak uruchomienia procedury Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

NFZ wskazał również na nieścisłości proceduralne dotyczące dokumentacji i rozliczeń świadczeń. Szpital otrzymał zalecenia, m.in. dotyczące poprawy koordynacji transportu i doprecyzowania procedur w sytuacjach zagrożenia życia.

Władze placówki odpierają część zarzutów. Dyrektor szpitala Grzegorz Kloc uważa je za „wysoce niesłuszne i godzące przede wszystkim w lekarzy, którzy podjęli wszystkie możliwe działania, by pacjentka jak najszybciej trafiła do wyspecjalizowanego ośrodka”. Jednocześnie wskazuje, że już sam fakt przywiezienia pacjentki do szpitala bez neurochirurgii mógł znacząco opóźnić właściwe leczenie.

Czytaj też:
Tragedia w szpitalu w Gdańsku. Jest śledztwo po śmierci 20-latki
Czytaj też:
Zapadł wyrok ws. śmierci Kamilka z Częstochowy. Sąd nie miał litości

Opracowała:
Źródło: Gazeta Wyborcza