Diagnozy przynoszą jak karty tarota – rozłożone na stole, każda ma tłumaczyć to, czego nie chce się przeżyć jeszcze raz. Karta nie znaczy nic sama z siebie, znaczenie rodzi się z odczytania – z tego, gdzie leży, obok czego, i w odpowiedzi na jakie pytanie. Diagnoza tak samo: ta sama etykieta u dwóch pacjentów opowiada dwie różne historie, w zależności od tego, co ją otacza i po co pytasz. Tylko że diagnoza to nie karta. To proces rozumienia życia wewnętrznego konkretnego człowieka z historią jego rodziny, doświadczeniami, genami i temperamentem. To obraz widziany z różnych perspektyw, przez różne modele teoretyczne i z poprawką na błąd samego badacza. To odpowiedzialność.
Rzucając diagnozy kliniczne, niczym karty na stół, trywializujemy naukę a człowiekowi odbieramy godność.
Gdy z bogactwa jego świata wewnętrznego – całości egzystencji – wybieramy jedną figurę i obracamy przeciwko niemu to, co miało pomóc go rozumieć, staje się obelgą. A ta, powtarzana wielokrotnie, wchodzi do naszej mowy potocznej, tracąc powoli swoje pierwotne znaczenie i w słowach mężczyzny o żonie, czy kobiety o matce, które mogą wyrażać niewyobrażalne cierpienie, słyszymy już tylko pop-psychologiczny bełkot.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
