„Białe karty” powstania warszawskiego. Badaczka: Nikt o to nie pytał

„Białe karty” powstania warszawskiego. Badaczka: Nikt o to nie pytał

Pomnik Małego Powstańca w Warszawie
Pomnik Małego Powstańca w Warszawie Źródło: Newspix.pl / Aleksander Majdanski
– Mnie najbardziej zawsze pasjonowała ludzka twarz powstania warszawskiego – człowiek i jego emocje. O tym także do tej pory wspominało się niezwykle rzadko. Nikt nie pytał, co czuli nastoletni żołnierze, doświadczając każdego dnia kolejnych końców świata – mówi Agnieszka Cubała w wywiadzie dla „Wprost”. Pisarka wskazuje, czego można nauczyć się od pokolenia Kolumbów i zaprasza na wystawę na Kopcu Powstania Warszawskiego.

Magdalena Frindt, „Wprost”: Na początek zapytam przewrotnie. Na temat powstania warszawskiego powstało mnóstwo publikacji, ale czego jeszcze o zrywie stolicy nie wiemy? Gdzie są „białe plamy” w tej historii?

Agnieszka Cubała, badaczka dziejów powstania warszawskiego i autorka licznych publikacji na ten temat: Pozornie wydaje się, że o powstaniu warszawskim napisano już wszystko. Myślę jednak, że nasza wiedza jest szeroka, ale dość płytka. Wystarczy zadać uzupełniające pytanie i okazuje się, że w rzeczywistości niewiele możemy na dany temat powiedzieć poza kilkoma ogólnymi zdaniami.

Najgorszy jest fakt, że wielu świadków i uczestników wydarzeń odeszło, a nikt nie zadał im konkretnych pytań. Takich białych kart w historiografii jest jeszcze dużo.

Nie ma np. nawet monografii wszystkich oddziałów Armii Krajowej uczestniczących w walce w samej stolicy, nie mówiąc już o jednostkach należących do VII Obwodu „Obroża” działających na terenie powiatu warszawskiego. Brakuje książki poświęconej Polskiej Armii Ludowej. Niewiele napisano o artystach plastykach pełniących służbę w ramach Biura Informacji i Propagandy (BIP) Komendy Głównej Armii Krajowej – o ludziach, którzy tworzyli plakaty, winiety tak licznych przecież pism powstańczych, szyldy różnorodnych struktur działających wtedy w mieście, dekorowali gospody żołnierskie peżetek.

W ubiegłym roku napisała pani książkę „Peżetki’44 Powstańcze historie kobiet ze służby Pomoc Żołnierzowi”.

Wówczas obchodziliśmy 81. rocznicę godziny „W”, a mnóstwo osób pytało, kim były peżetki, czym się zajmowały. Jeszcze mniej osób wiedziało o prowadzonych przez Pomoc Żołnierzowi gospodach żołnierskich, które można byłoby porównać do dzisiejszych pubów czy klubokawiarni. Powszechne zdziwienie budził fakt, że do struktury tej należała m.in. słynna pisarka Irena Jurgielewiczowa, ps. Jurga. Okazało się, że prawie nikt nie tylko nie kojarzył jej z samym powstaniem warszawskim, a wydarzenie to, jak sama przyznawała, ukształtowało ją najbardziej.

Tylko częściowo opisane zostały przeprawy przez Wisłę, a zwłaszcza dramatyczny desant berlingowców oraz towarzyszących im platerówek. Dla mnie samej niezwykle poruszające relacje nastoletnich platerówek biorących udział w desancie na lewy brzeg Wisły stanowiły duże zaskoczenie. Bardzo powierzchownie opisywane są wydarzenia dziejące się na warszawskiej Pradze, a także trudny los mieszkańców tej dzielnicy najpierw gnębionych przez Niemców, a potem przez Rosjan, a zwłaszcza NKWD.

Nie mówi się prawie wcale o powstańczym humorze, który jest moim zdaniem zagadnieniem niezwykle ciekawym i barwnym, pozwalającym zajrzeć nam za barykadę i spojrzeć na walczących żołnierzy i ludność cywilną miasta z innej perspektywy. A przecież na przykład Danuta Szaflarska, ps. Młynarzówna wielokrotnie twierdziła: „Pomagał nam humor”, a nawet „Ratował nas humor!”.

Coś, co chociaż na chwilę mogło pomóc przekierować myśli.

Mówiła: „w czasie powstania, czekając w długiej kolejce po wodę, siadaliśmy na grobach – bo wszędzie były groby – i opowiadaliśmy dowcipy. W sytuacji zagrożenia człowiek po prostu broni się, by nie oszaleć”. Mało mówi się o języku, jakiego używali wówczas powstańcy, o charakterystycznych nazwach, powiedzonkach. A na przykład bohaterka mojej najnowszej książki Teresa Wilska, ps. Czarna Bożena, w liście do mnie napisała przed laty, że na osobę, która była gadatliwa, mówiło się wtedy „UKM” czyli „ustny karabin maszynowy”.

Także niezapomniany Juliusz Kulesza, obrońca reduty PWPW, opowiadał mi o swoistym słowniczku powstańczym. W przesłanej ankiecie dotyczących różnorodnych aspektów życia codziennego przytacza, że młodzi ludzie nie mówili, że ktoś poległ albo zginął w walce, tylko „dostał w czapę”, na pistolet mówili: „gnat”, „kopyto”, na naboje – „pestki”.

Mnie najbardziej zawsze pasjonowała ludzka twarz powstania warszawskiego – człowiek i jego emocje. O tym także do tej pory wspominało się niezwykle rzadko. Nikt nie pytał, co czuli nastoletni żołnierze, doświadczając każdego dnia kolejnych końców świata.

Jakie myśli im towarzyszyły, kiedy otrzymywali niemal niewykonalne rozkazy. Nad czym się zastanawiali, leżąc w powstańczych szpitalach po amputacji nogi albo utracie oka, Co pozwalało im przetrwać i „zachować fason”, gdy ich marzenia legły w gruzach. Część z wyżej wymienionych zagadnień postanowiłam przedstawić w mojej najnowszej książce „Młodzi’44 Powstanie Warszawskie emocjami opisane”, która ukazała się nakładem mojego niewielkiego wydawnictwa Agnieszka Cubała Moje Książki. Od wielu czytelników słyszę, że czekali na takie ujęcie tematu. Jedna z moich koleżanek – wnuczka bohaterki książki, stwierdziła nawet: „Ależ to będzie petarda!”.

W książce „Młodzi ‘44. Powstanie Warszawskie emocjami pisane” to właśnie emocje wychodzą na pierwszy plan, a rys historyczny stanowi dla nich tło. Odwróciła pani więc perspektywę, bo w publikacjach o tematyce historycznej wewnętrzne przeżycia pozostają przeważnie na dalszym planie, a trzon stanowią wydarzenia, które wpływały na zmianę biegu historii.

Tak, odwróciłam perspektywę. Myślę, że dzięki takiemu zabiegowi jesteśmy w stanie dostrzec tematy, które do tej pory w ogóle dla nas nie istniały, takie jak np. świat emocji uczestników walki i towarzyszącej im ludności cywilnej.

Do tej pory rzadko się o tym wspominało, a przecież uczestnicy zrywu stolicy każdego dnia odczuwali radość i wzruszenie, które towarzyszyło pierwszym dniom walki. Niektórzy uważają nawet, że był to swoisty karnawał wolności.

Cierpieli z powodu odniesionych ran, doznanych krzywd, utraty najbliższych, ale i domu rodzinnego czy też dorobku życia kilku pokoleń. Bali się samotności, bezradności, braku sprawczości. Kobiety czuły przerażenie na samą myśl, że mogły by dostać się w ręce ronowców albo żołnierzy z brygady Oskara Dirlewangera, słynących z bestialskich gwałtów.

„Młodzi’44 Powstanie Warszawskie emocjami opisane”

Dla mnie bardzo poruszające są wypowiedzi żołnierza Grupy „Krybar” Włodzimierza Rosłońca, ps. Karski. Pod datą 22 sierpnia 1944 roku zanotował: „Na kwaterze 2 kompanii ożywiony ruch. Już jest po apelu i odprawie. Wszyscy przygotowani są do jutrzejszego ataku, znają swoje zadania. Teraz czas spędzają różnie. Tylko część położyła się spać, większość nie śpi. Jedni grają w karty, inni idą w odwiedziny do dziewcząt. Z ich kwatery dochodzą dźwięki walca angielskiego, śmiechy dziewcząt i chłopców, rozmowy, a potem znowu takty powolnego slowfoksa. Czy można nam się dziwić? Mamy przeważnie po 18-22 lata. Co nas jutro spotka – nie sposób przewidzieć. 'Zdrowaśkę' przed walką zdążymy zmówić”.

Każdy musiał znaleźć swój sposób na to, aby – choć trochę – przystosować się do nowej rzeczywistości.

Ogromnie poruszające są, moim zdaniem, także wspomnienia łączniczki i przewodniczki kanałowej Teresy Wilskiej, ps. Czarna Bożena. W swoim dzienniku powstańczym pod datą 18 września 1944 pisze: „Wchodzę o parę schodów wyżej i nagle przez pustą jamę okna widzę ogromną kulę wschodzącego słońca. Powoli wynurza się znad resztek rozbitych domów. Przez chwilę nie widzę nic, tylko tę wielką, czerwoną kulę na bladoniebieskim niebie. Tę samą, którą tyle razy oglądałam zrywając się wcześnie rano, żeby zdążyć złapać wschód słońca w lesie czy w polu. (...) Jakie to dziwne. Słońce wschodzi tak jak dawniej, a ten blask na ścianie to nie łuna, ale jego promienie. (…) Jakby nie było tych tygodni męki, setek zabitych i rannych, strachu, głodu, rozpaczy. Nagle wybucham płaczem. Kiedy zobaczyłam puste piwnice po wyprowadzeniu mamy i Zosi, było mi to niemal obojętne. To musiało się stać. Gdy przed paru godzinami stukałam do zawalonej piwnicy, gdzie nikt już się nie odzywał, nie płakałam. Teraz, nie wiadomo dlaczego, nie mogę powstrzymać łez. Obrazy ostatnich dni wirują w pamięci. (…) Dlaczego musimy ginąć? (…) Gdzie jest Bóg, który patrzy na to wszystko i pozwala zwyciężać tamtym? (...) Wycieram oczy. Nie mogę przecież iść do chłopaków zabeczana”.

Widać, że w pani książkach liczy się przede wszystkim człowiek. Tak było wtedy, kiedy pokazywała pani powstanie warszawskie z perspektywy kobiet czy dzieci. Tak jest i teraz, kiedy pokazuje pani ten zryw oczami ludzi młodych. Dla nich te 63 dni były przyspieszonym kursem dojrzałości, który do dzisiaj wspominają jako najpiękniejsze i najtragiczniejsze chwile zarazem.

Tak, ludzka twarz powstania warszawskiego zawsze wydawała mi się ciekawsza. Pisałam już także o artystach, sportowcach, Wielkopolanach, peżetkach czy też osobach podejmujących decyzję o rozpoczęciu walk w mieście. Myślę, że taka perspektywa jest nam najbliższa, bo patrząc przez nią możemy utożsamić się z uczestnikami zrywu, ale także budować pomost między pokoleniami.

Zdałam sobie z tego sprawę, gdy w bibliotekach całego kraju zaczęłam spotykać się z uczniami szkół podstawowych i średnich, by opowiadać im o powstaniu warszawskim. Gdy wchodzili na zajęcia, na wielu twarzach widziałam zniechęcenie. Oczekiwali kolejnej nudnej lekcji historii – opowieści pełnej dat, nic im nie mówiących nazwisk dowódców, bitew rozgrywanych na ulicach, po których nigdy nie chodzili.

Postanowiłam jednak przekonać młodzież, że powstańcy pod wieloma względami byli podobni do nich. Uczyli się w tej samej szkole, do tego samego parku chodzili na wagary i pierwsze randki, kibicowali drużynie piłkarskiej o tej samej nazwie. Grali w siatkówkę, koszykówkę albo piłkę ręczną. Marzyli o karierze scenicznej albo podróżach. Pisali wiersze i kochali czytać książki. Dziewczęta słuchały z większą uwagą, gdy mówiłam np. o „powstańczej modzie” czy miłości. Chłopcy, gdy opowiadałam o rozgrywanych w stolicy konspiracyjnych mistrzostwach w piłce nożnej. I nagle Krzysztof Kamil Baczyński albo Tadeusz Gajcy przestawali być autorami trudnych, nie zawsze zrozumiałych dla wszystkich wierszy, a starali się zakochanymi młodymi ludźmi, którzy musieli się zmierzyć z okrutną rzeczywistością i przerastającymi ich problemami.

Wahała się pani nad konceptem książki? Obawiała się pani pewnego rodzaju niezrozumienia? Nie wszystkim powstańcom spodobała się np. ankieta, w której pytała pani nie o opis walk i bohaterskich akcji, a o sprawy dotyczące życia codziennego, czyli np. posiłków, higieny czy pierwszych zauroczeń.

Nie, przerobiłam już ten temat wiele lat temu. Rzeczywiście, kiedy zaczynałam się interesować różnorodnymi aspektami życia codziennego powstańczej Warszawy, spotykałam się z niezrozumieniem, wątpliwościami, nawet wrogim nastawieniem i negatywnymi komentarzami.

Powstańcy nie byli przyzwyczajeni do tego, że ktoś pyta ich posiłki, stroje, higienę, zabawne powiedzonka, koncerty artystów albo gospody żołnierskie peżetek. Sądzili, że to niepoważne. Mówili, że przychodzę nieprzygotowana.

Zadaję niewłaściwe pytania. Do tej pory u części osób z pokolenia dzieci powstańców widoczne jest przekonanie, że mówiąc o powstaniu warszawskim należy koncentrować się na aspektach politycznych, międzynarodowych i militarnych, bo to one są najważniejsze.

A ja koncentruje się na tym, co jedli, w co byli ubrani, o czym rozmawiali w chwilach wolnych od walki albo jakie mieli marzenia. Ja jednak dokładnie wiedziałam, jaką książkę chcę napisać, kogo upamiętnić, co przekazać. Zajmując się tematem od ponad dwudziestu lat zdawałam sobie sprawę, jakie aspekty nie zostały jeszcze opisane w historiografii powstania warszawskiego. Zbierałam materiały do tego tytułu od wielu lat i miałam wszystko dokładnie przemyślane.

Co nie oznacza, że nie natrafiałam na problemy. Czasami musiałam przewertować wiele pamiętników i relacji, by trafić na ciekawe wspomnienia związane z konkretnym dniem. Bo moja książka to przecież kalendarium powstania warszawskiego opisane emocjami. Swoistym odkryciem był dla mnie pamiętnik anonimowej nastoletniej sanitariuszki z jednego ze staromiejskich szpitali, która prawdopodobnie zginęła w ostatnich dniach sierpnia 1944 r. Jej wspomnienia są wstrząsające. Na przykład pod datą 15 sierpnia zanotowała: Anonimowa sanitariuszka ze szpitala staromiejskiego pisze w dzienniku słowa świadczące o tym, z jak dramatycznymi sytuacjami muszą każdego dnia mierzyć się powstańcy. „Zabite Jula, Muszka, Wika. Ewa straciła oczy. Hanię wczoraj przysypało. Odkopali ją po pięciu godzinach. Szła po igły do strzykawki. Teraz ma siwe włosy (pół grzywki). Woda zalewa piwnice. Wszystko płonie. Nawet nie wiem, czy umiem się jeszcze modlić”.

Książka przybrała formę dziennika pisanego podczas 63 dni walk w stolicy. Dzięki fragmentom narracji różnych powstańców czytelnik może dostrzec w tych ludziach nie tylko postaci z kart historii, ale także – w najlepszym tego słowa znaczeniu – zwyczajnych ludzi, którzy mieli swoje młodzieńcze marzenia i cele, które zostały brutalnie przerwane przez rzeczywistość.

Często zapominamy o tym, że walczący powstańcy to nie tylko bohaterowie. To również zwyczajni ludzie, którym przyszło żyć w nieludzkich czasach. Ale pomimo trudnej rzeczywistości nadal marzyli, kochali, żartowali, kłócili się ze sobą o drobiazgi, odczuwali strach, radość, przygnębienie, smutek, żal czy rozgoryczenie.

Dla mnie zupełnie niezwykłe okazały się wspomnienia babci mojego kolegi Teresy Sułowskiej-Bojarskiej, ps. Dzidzia-Klamerka. Pod koniec września została ciężko ranna. Będąc wykluczona z walki, leżała w piwnicy kamienicy przy ul. Bałuckiego. Chciałabym przytoczyć jeden z fragmentów jej wspomnień z tego czasu. „Duszno. Czułam, że cuchną moje rany. (…) Piesek Bijou znowu skoczył na mój koc. Energicznie wkopywał się, szukając nogi. To było bolesne. On po prostu męczył się z głodu, poczuł mięso, chciał jeść. Prosiłam jego panią, tę starszą Francuzkę, żeby go trzymała na rękach. Skarciła mnie. Upieściła Bijou, całowała mordkę, pocieszała. Jak można nie lubić takiego maleństwa?’ – mówiła po francusku. Próbowałam tłumaczyć. Kocham psy, ale boję się Bijou, jego skok na chorą nogę potęguje ból, boję się, że piesek będzie pożerał mnie za życia”.

Niektórzy pisali notatki, dzieląc się swoimi wspomnieniami, aby prawda dotarła do kolejnych pokoleń. Robili to także dla siebie, bo przelewanie potwornych doświadczeń na papier stanowiło funkcję terapeutyczną. Są też i tacy, którzy nigdy na ten temat nie chcieli rozmawiać. Czym dla pani są rozmowy z powstańcami, z żywymi świadkami historii? Czego można się od nich nauczyć?

Rozmowy z powstańcami były dla mnie niezwykłym, wspaniałym doświadczeniem, ale także ogromnym wyróżnieniem. Miałam to szczęście, że dostrzegając we mnie ciekawość, ale i jakiś potencjał, postanowili opowiedzieć mi o swoich losach. Ale równocześnie nałożyli na mnie pewien obowiązek. Do dziś pamiętam dobrze jedno ze spotkań z żołnierzami batalionu „Zośka”.

Jeden z nich powiedział: „Pani Agnieszko, opowiadamy pani o swoich przeżyciach i doświadczeniach, ale mamy nadzieję, że kiedy nas już nie będzie, poniesie pani dalej naszą historię”. W każdej kolejnej książce starałam się wypełnić złożoną im wówczas obietnicę.

Czego się można nauczyć od przedstawicieli pokolenia Kolumbów? Przede wszystkim pokory, dystansu do siebie i świata, optymizmu, odwagi, konsekwencji działania i tego, że obowiązki należy wykonywać do końca. Mnie nauczyli, by nigdy się nie poddawać, bo nie ma sytuacji bez wyjścia. Uświadomili, jak ważne jest to, aby zachowywać poczucie humoru w trudnych chwilach. Dzięki temu możemy zachować równowagę psychiczną.

Słuchając ich słów nauczyłam się, że nie warto niczego żałować. Warto natomiast odnaleźć w sobie upór i odwagę niezbędne do kroczenia swoją własną drogą. A im mniej szlak jest przetarty, tym bardziej może okazać się ciekawy. Powstańcy pokazali także, jak ważne jest zachowanie kręgosłupa moralnego i świadomość, że każdego ranka można w lustrze z dumą patrzeć sobie prosto w oczy. Mówiąc o tym ostatnim zawsze przychodzą mi do głowy słowa Janusza Kozłowskiego, ps. Pilawa, zapisane w ostatnim akapicie jego dziennika powstańczego: „Warszawa została pokonana, zdobyta, zmiażdżona i puszczona z dymem. (…) Każdy dom, każdy szczątek, brama, występ w murze, płyta chodnikowa – naznaczona czyjąś śmiercią, bólem, cierpieniem. (…) Przeżyłem powstanie. Jeśli nas nie wymordują, pojutrze idziemy do niewoli. Dla nas walka skończona. Zawsze będę z dumą pamiętał, że byłem powstańcem”.

Oprócz rozmów z powstańcami inspirację do stworzenia książki stanowiły dla pani też rozmowy z uczniami ze szkół podstawowych i średnich. Mogłoby się wydawać, że te dwie perspektywy – powstańców i dorastających obecnie dzieci – dzieli wszystko. A co je łączy?

Łączy je przede wszystkim radość życia i ciekawość świata. A także to, że przekonać można ich do siebie tylko wówczas, gdy jest się prawdziwym i autentycznym i opowiada się z pasją.

Powstańcy, mimo że żyli w dramatycznie trudnych czasach, a z powstania wychodzili mocno poturbowani, w trakcie 63-dniowego zrywu przeżywali też chwile szczęścia – na miarę tamtych realiów. To był sposób na przetrwanie.

Pewne wartości są uniwersalne. Pozostają niezmiennie ważne dla każdego pokolenia. Tak samo jest z naturą człowieka. Inna jest tylko dekoracja czyli otaczająca nas rzeczywistość – ta powstańcza była niestety wyjątkowo dramatyczna. W trudnych chwilach potrzebujemy bliskości drugiego człowieka, jego wsparcia, zrozumienia, ciepła. Wielu powstańców powtarzało, jak istotna i krzepiąca była dla nich świadomość, że mają do kogo wracać i na kogo czekać. Inni podkreślali, jak bardzo doceniali fakt, że w oddziale walczyli z przyjaciółmi – ludźmi, na których zawsze można było polegać.

Jedna z bohaterek książki powiedziała mi, że jej koledzy obiecali, że nigdy nie zostawią jej rannej na polu walki. Jeśli nie będzie innego rozwiązania, zastrzelą ją, by żywa nie dostała się „w łapy Niemców”, jak sama mówiła. Taka świadomość przynosiła spokój i poczucie swoistego bezpieczeństwa.

1 sierpnia, w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego, tradycją stał się już koncert „Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki”. Widać wtedy Polaków zasłuchanych, często poruszonych i – chociaż na tę chwilę – zjednoczonych, bez podziałów. Przejmujący widok?

Zdecydowanie tak. Ale mnie ten koncert kojarzy się najbardziej ze słowami Bohdana Tomaszewskiego, ps. Mały – słynnego dziennikarza, radiowca, sportowca, tenisisty. I z przeżywanym przez niego konfliktem wewnętrznym dotyczących próby znalezienia odpowiedzi na pytanie o sens i koszty podjętej w Warszawie walki.

Powiedział: „Widziałem na placu marszałka Piłsudskiego nieprzebrany tłum, kilkadziesiąt tysięcy osób. Śpiewali powstańcze piosenki, radowali się. Pomyślałem w pierwszej chwili, że ci ludzie świętują potworną klęskę swojego miasta. Ale z drugiej strony przyszła myśl, że oni są tam razem, zjednoczeni, stanowią dowód na to, że Warszawa przetrwała. (…) Ten radosny tłum jakby odpuścił klęskę powstania, nieudolność dowodzenia, tragedię miasta. Ten widok bardzo podniósł mnie na duchu, potwierdził moje zrozumienie dla szaleństwa powstania. Pomyślałem, że było warto”.

Stworzyła pani wystawę „Kiedy się w ludziach miłość śmiercią stała. Najbardziej poruszające kadry z powstańczej Warszawy”, którą będzie można oglądać do 3 października na Kopcu Powstania Warszawskiego. Jaka koncepcja za nią stoi i do kogo jest głównie skierowana?

Biblioteka Publiczna w dzielnicy Mokotów Miasta Stołecznego Warszawy zaproponowała mi przygotowanie koncepcji i scenariusza tej wystawy. Wybrałam do niej także fotografie, które połączyłam z fragmentami poezji mojego ulubionego poety, a przy okazji także żołnierza Powstania – Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ps. Krzysztof.

Prezentowana ekspozycja to opowieść o radościach i smutkach mieszkańców miasta, ich bohaterstwie i chwilach słabości, nieprzeciętnej odwadze i obezwładniającym strachu, niezłomnej wierze w zwycięstwo i momentach zwątpienia. Inspiracją do stworzenia koncepcji i scenariusza ekspozycji była książką „Młodzi’44 Powstanie Warszawskie emocjami opisane”. Kiedy otrzymałam propozycję współpracy, właśnie nad nią pracowałam.

instagram

Pomyślałam, że wystawa powinna poruszać, dotykać i skłaniać do refleksji. Opowieść o emocjach wydawała się być idealna, zwłaszcza w zestawieniu z wyjątkowo mocnymi i trafnymi słowami poety. Myślę, że przy okazji powstał zapis niezwykłej narracji powstańczej Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Ponownie oddaliśmy mu głos, pozwalając opowiedzieć swoją historię.

Ja sama mam wrażenie, że tworząc scenariusz tej wystawy, poznałam poetę z zupełnie innej strony. Raz nawet „oddałam mu głos”. Gdy długo nie mogłam znaleźć fragmentu pasującego do danego zdjęcia, pomyślałam, że zrobię mały eksperyment. Sięgnęłam po mój ulubiony tomik poezji i otworzyłam na „chybił- trafił”. Ku mojemu zdumieniu fragment, który znajdował się na tej stronie, idealnie pasował do fotografii. Na dodatek ekspozycja prezentowana będzie w miejscu absolutnie wyjątkowym – na Kopcu Powstania Warszawskiego czyli na gruzach powstańczej Warszawy. Poeta mieszkał niedaleko tego miejsca – na Czerniakowie, przy ul. Hołówki 3. To stamtąd wyszedł 1 sierpnia „do Powstania”, jak wówczas mawiano. To stwarza niezwykle symboliczny kontekst.

Na zakończenie chciałabym przywołać słowa wiersza „Polacy”, które, moim zdaniem stanowią idealne podsumowanie naszej rozmowy, a przy okazji jest mottem wystawy:

Ja rozmawiam z cieniami umarłych rycerzy

nad grobowiskiem ziemi, sam jak krzyż zgorzały,

i mówię: ‘O, przeklęty ten, który nie wierzy

wystygłym prochom ludu i serc żywych grozie;

bo kto na swej klęsce – klęskę ducha mierzy,

o! tego nie wybawi płomienisty orzeł.

Bo kto nie kochał kraju żadnego i nie żył

chociaż przez chwilę jego ognia drżeniem,

chociaż i w dniu potopu w tę miłość nie wierzył,

to temu żadna ziemia nie będzie zbawieniem.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Wprost.

Aktualne cyfrowe wydanie tygodnika dostępne jest w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

Źródło: WPROST.pl