Prezes Polskiego Związku Judo Krzysztof Wiłkomirski miał wgląd w prace Polskiego Komitetu Olimpijskiego jako członek zarządu tej organizacji. W programie „Rozmowa Piaseckiego” w TVN24 przybliżył kulisy działania tej organizacji.
W PKOl nie brakuje zwolenników Piesiewicza
Wiłkomirski podkreślił, że wielu członków zarządu do samego końca broniło prezesa Piesiewicza, aresztowanego tymczasowo w ubiegłym tygodniu. – Myślę, że można by było się zastanowić, dlaczego tak wiele osób w tamtym momencie go broniło, właściwie przez ostatnie miesiące, pomimo wielu naszych argumentów, które ciężko było zbić – mówił.
– Oni właściwie nie dawali kontrargumentów, tylko nas atakowali. Często w bardzo agresywny słowny sposób – podkreślał. – Podczas posiedzeń zarządu czy walnego, kiedy staraliśmy się wypowiadać swoje argumenty, było to przerywane. Byliśmy wręcz obrażani słownie – dodawał.
– Mam nadzieję tylko, że te osoby, które murem stały za prezesem, myślę, że miały ogromną świadomość tego, jak wygląda sytuacja w Polskim Komitecie Olimpijskim, w jaki sposób funkcjonuje prezes Piesiewicz i go broniły, mam nadzieję, że przestaną – przepraszam za określenie – się wygłupiać – stwierdził.
Wiłkomirski potwierdził, że do „ogromnych” obrońców Radosława Piesiewicza należeli m.in. Andrzej Supron czy Renata Mauer-Różańska. Jak mówił, w reakcji na argumenty osoby te obrażały się i stawały agresywne w swoich wypowiedziach.
PKOl chciał odwołać prezesa Piesiewicza. Blokował jednak te starania
Przypomniał, że już przed aresztowaniem zebrano 82 podpisy spośród 106 członków PKOl w sprawie walnego zgromadzenia z jednym punktem – odwołania prezesa. Ten jednak, łamiąc statut, blokował wszelkimi sposobami tę inicjatywę.
– Myślę, że tak by trwało, dlatego że zdawał sobie sprawę, że jego dni są policzone. Gdyby zgodnie z prawem, zgodnie ze statutem, a przede wszystkim może też z uczciwością taką ludzką, doprowadził do walnego, pod którym zebraliśmy podpisy, to w tej chwili by go nie było – stwierdzał Wiłkomirski.
Rozmówca TVN24 podkreślał, że Piesiewicz umowę z Zondacrypto podpisał w zupełnej tajemnicy przed zarządem i prezydium, daleko poza granicami kraju. Ukrywał też zresztą treść już podpisanej umowy.
Wyraził też nadzieję, że Piesiewicz sam zrezygnuje ze stanowiska, bo byłoby to „najwygodniejsze” i najlepsze dla relacji z MKOl-em. Jednocześnie przyznał, że nie wierzy w taki scenariusz. PKOl będzie wtedy musiał go odwołać lub czekać na interwencję Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.
Czytaj też:
Tusk pokazał Dudę z aresztowanym Piesiewiczem. Dostał zdjęcie z Putinem Czytaj też:
Czy afera Zondacrypto pogrąży PiS do reszty? Coraz więcej na to wskazuje
