Ciemność, szok, ból

Ciemność, szok, ból

Relacje ofiar wypadku polskiego autobusu nad jeziorem Balaton: "Wokół był tylko jeden krzyk, jeden ból, jeden jęk. I śmierć".
Przebywające w szpitalu w Keszthely Polki ranne w wypadku polskiego autobusu, który rozbił się w  poniedziałek nad Balatonem, powiedziały, że przeżyły piekło.
"Spałam. Siedziałam na samym końcu. Obudziłam się, kiedy autobus już podskakiwał. Było to coś jakby turbulencja. A potem już nic. A  potem już tylko ciemność, szok i ból" - powiedziała PAP 17-letnia Alicja Janowska z Krakowa, uczennica VI LO w tym mieście, która do  pielgrzymki udającej się do sanktuarium maryjnego w Medjugorie w  Bośni i Hercegowinie dołączyła w Dukli.
"Kiedy odzyskałam świadomość, w przewróconym autobusie leżała na  mnie sąsiadka. Ja miałam zaklinowaną pomiędzy siedzeniami nogę, ona rękę. Nie mogłam się wydostać. Na pomoc ratowników czekałam ok. godziny" - powiedziała Alicja Janowska.
"W którymś momencie zobaczyłam przez szybę światła latarek. Strażacy zaczęli przecinać siedzenia. Cała konstrukcja jeszcze mocniej przycisnęła mnie do zmiażdżonej karoserii. Udało nam się na szczęście wydostać" - opowiada krakowska licealistka.
Jak dodała, podróż była spokojna. Jej zdaniem, przystanki na  odpoczynek nie były zbyt długie, bo pielgrzymi chcieli zdążyć na  rozpoczynające się w Madjugorie w poniedziałek rekolekcje.
"Ten wypadek to był moment. Było gdzieś ok. 1 w nocy. Odczułam, jak autobus raptownie skręca w prawo, a potem chwieje się. Wiedziałam, że to wypadek. Poczułam, że wylecieliśmy w górę jak piłeczka" - powiedziała PAP Krystyna Borowska z Zalesia Górnego pod Warszawą.
"Jeszcze przez jakiś czas pracował silnik. Słyszałam jęki. Wołania o pomoc. A pomoc bardzo długo nie przychodziła. Dopiero za  około godzinę zobaczyłam ratowników. Wokół był tylko jeden krzyk, jeden ból, jeden jęk. I śmierć" - powiedziała.
Jej zdaniem, w węgierskim szpitalu w Keszthely opieka jest bardzo dobra. "I lekarze, i pielęgniarki są na każde nasze zawołanie" -  podkreśliła.
"W niedzielę wieczorem zatrzymaliśmy się na Wzgórzu Gelerta w  Budapeszcie. Było wspaniale. Była noc. Miasto było oświetlone. Wysyłaliśmy znajomym SMS-y, że jesteśmy zachwyceni" - powiedziała PAP Małgorzata Andrzejczak, wolontariuszka akcji "Pomóż dzieciom przetrwać zimę" organizowanej przez lubelskie radio.
"Ok. północy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej przy McDonaldzie, a potem na stacji Agip. Wtedy zmienili się kierowcy. Na chwilę przed wypadkiem przeszłam na przód autobusu, bo chciałam zanieść proszki jednemu z księży, którego bolał żołądek. Widziałam, jak to się stało" - powiedziała Małgorzata Andrzejczak.
"W autobusie jechali pielgrzymi z całej Polski. Poznali się właśnie w czasie tej podróży. Było to wspaniałe, spontaniczne spotkanie" - mówiła.
Jej zdaniem, ruch na drodze, tuż po wyjeździe z Budapesztu, był spory. Mieszkańcy stolicy Węgier wracali z weekendu. Polski autobus jechał stosunkowo wolno.
"Kiedy dojeżdżaliśmy do tego tragicznego skrzyżowania zmiennik kierowcy powiedział do prowadzącego autobus, że jest rondo, a po nim musimy jechać na wprost. W którymś momencie krzyknął: hamuj. Prowadzący autobus odpowiedział: nie mogę, nie działają hamulce i  krzyknął: trzymajcie się, będzie wypadek. W tym czasie autokar jakby zamiast hamowania zwiększył obroty. To tak jakby ktoś zamiast hamulca nacisnął pedał sprzęgła" - wspomina.
"A potem był już tylko manewr w prawo. Lewe koła wjechały na  krawężnik i samochód wyskoczył jak z katapulty. Ci, którzy mogli, starali się wyczołgać spod przewróconego na dach autobusu. Widziałam mężczyznę z urwaną nogą, który usiłował zrobić sobie opatrunek uciskowy zaciskając na kikucie podkoszulek. Z pilotką, zębami, bo trzęsły się nam ręce, docisnęłyśmy mu pasek na nodze. Było strasznie" - powiedziała Andrzejczak.
Jednym z Polaków, który spontanicznie ruszył na pomoc rannym w  wypadku, jest wypoczywający nad Balatonem Zbigniew Matyjaszczyk z  Gliwic. Mówi po węgiersku, bo w okresie okupacji przebywał na  Węgrzech w obozie i uczył się w węgierskiej szkole w Balatonboglar - niedaleko od miejsca wypadku. Teraz spontanicznie pomaga jako tłumacz. Jego żona pomaga rannym Polkom.

Pomoc węgierskiego społeczeństwa jest rzeczywiście ogromna. Nawet portierka w szpitalu w Keszthely oferuje Polakom - jak podkreśla, za darmo - mieszkanie i wyżywienie w swoim domu. W miejscowości Marcali, gdzie w miejscowym szpitalu leżą głównie najmłodsi ranni uczestnicy pielgrzymki, mieszkańcy zorganizowali zbiórkę pieniędzy na pomoc dla ofiar katastrofy.

W związku z tą tragedią wojewoda lubelski Andrzej Kurowski ogłosił 4 lipca dniem żałoby na terenie tego województwa, skąd wyruszyła pielgrzymka. "W tym dniu, dla uczczenia pamięci pielgrzymów, którzy ponieśli śmierć w tym tragicznym wypadku, flagi państwowe na budynkach Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego zostaną opuszczone do połowy masztu" - poinformował zespół informacyjno-prasowy wojewody.

Wojewoda zwrócił się z apelem do organizatorów imprez artystycznych i rozrywkowych o zawieszenie ich na czas żałoby.

les, pap

Czytaj także

 0