Inka nic nie powie?

Inka nic nie powie?

Oskarżona o pomoc w zabójstwie Jacka Dębskiego Halina G., ps. Inka nie przyznaje się do tego zarzutu. W obawie o własne życie zażądała utajnienia procesu; sąd odmówił.
Jeszcze przed formalnym rozpoczęciem procesu obrońca Haliny G., mec. Waldemar Puławski złożył wniosek, by jego klientka mogła złożyć wyjaśnienia bez udziału publiczności. Uzasadniając to obawą o swoje życie, "Inka" nie chciała nawet w  obecności mediów podać swych danych osobowych. Sąd odczytał je  więc z akt śledztwa.

Po wysłuchaniu za zamkniętymi drzwiami argumentów obrony przemawiających za ewentualnym utajnieniem zeznań "Inki", sąd podjął jednak decyzje, że proces będzie toczył się jawnie. "Inka" odmawia składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania. Sąd odczytuje jej wyjaśnienia ze śledztwa.

Akt oskarżenia zarzuca jej pomoc w zastrzeleniu byłego ministra sportu, a także nielegalne posiadanie amunicji i podrobionego słowackiego prawa jazdy.

"Inka" przyznała się tylko do dwóch pomniejszych zarzutów: posiadania amunicji i podrobionego dokumentu. Nie przyznała się natomiast do udzielenia pomocy w zabójstwie Dębskiego. Jak twierdzi jej obrońca została wbrew woli zamieszana w tę sprawę.

Prokurator odczytując akt oskarżenia przyznał, że "Inka" została potraktowana przez zleceniodawcę tego zabójstwa - Jeremiasza B. ps. Baranina, który w Austrii czeka na swój proces - w sposób instrumentalny i przedmiotowy. Zdaniem oskarżyciela, godziła się jednak z ewentualnym zamiarem zabójstwa Dębskiego.

Były szef Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki Jacek Dębski został zastrzelony w nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 roku przed restauracją na warszawskiej Saskiej Kępie. Odnaleziony na ulicy w  pobliżu Mostu Poniatowskiego przez przechodnia, trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie i zmarł po kilku godzinach.

"Inka" - jak podejrzewa prokuratura - była bliską znajomą zleceniodawcy mordu, polskiego gangstera z austriackim obywatelstwem, Jeremiasza B. pseud. Baranina. Wielokrotnie wykonywała jego polecenia - miała m.in. przemycać do Wiednia dla  Jeremiesza B. pieniądze Dębskiego. To ona miała wyprowadzić Dębskiego z restauracji, w której b. minister spędzał swój ostatni wieczór. Na dworze czekał na niego zabójca - Tadeusz M., który później, już po postawieniu zarzutu zabójstwa, powiesił się w  celi.

Przed zabójstwem Dębskiego Halina G. wielokrotnie - co  stwierdziły organa ściągania - kontaktowała się z "Baraniną" z  kilku telefonów komórkowych. Według prasy, "Baranina" przed zabójstwem kazał "Ince" zjeść karty SIM z telefonów, a same aparaty zniszczyć. To ona też miała poinformować Jeremiasza B. gdzie jest restauracja, do której pojechał Dębski.

"Zgodnie z poleceniami +Baraniny+ (...) +Inka+ miała wrócić do  restauracji z krzykiem. Plany pokrzyżował jednak przypadkowo właściciel lokalu, który wyszedł przed restaurację (...). Jego obecność ich (+Inkę+ i Tadeusza M. - PAP) zaskoczyła. Przez dłuższą chwilę patrzyli na niego, po czym zaczęli szybko iść (...) w kierunku mostu" - napisała poniedziałkowa "Rzeczpospolita".

Dzień po zabójstwie "Inka" zgłosiła się do prokuratury. Początkowo jej zeznania były niespójne - później zeznała o roli Jeremiasza B. i Tadeusza M. w zabójstwie. Już wcześniej trafiła do  aresztu - prokuratura początkowo zarzuciła jej niepowiadomienie o  przestępstwie.

"Rozmawiałam przez telefon z Jeremiaszem B., uważam, że był zleceniodawcą zabójstwa. Musiałam, bo inaczej skończyłoby się to  moją śmiercią. Tak kończą osoby, które nie są lojalne. Wolę być w  areszcie, niż na wolności" - miała zeznać w prokuraturze "Inka".

Prasa przypominała, że "Inka" w drugiej połowie lat 90. była konkubiną Adama S. - znanego warszawskiej policji bandyty, którego ciało zostało odnalezione w 1997 r. w samochodzie na parkingu leśnym w podwarszawskiej Wolicy. Na siedzeniu obok leżała ryba, co  - jak spekulowano - oznacza wyrok za zdradę. S. był współpracownikiem Rafała K. "Grubego", który z kolei został zastrzelony we wrześniu 1998 r, w Żabieńcu pod Piasecznem. Mimo że  za zabójstwa te nikt do tej pory nie stanął przed sądem, to  materiały operacyjne policji - jak donosiły media - wskazywały na  Jeremiasza B.

Według doniesień poniedziałkowej prasy, "Inka" skończyła cztery klasy technikum, pracowała jako specjalistka od komputerów za  tysiąc złotych miesięcznie. "Dużo większe pieniądze zarabiała jako ekskluzywna dziewczyna na telefon. Jej inteligencję - co zawarto w  dokumentach śledztwa - psycholodzy ocenili jako przeciętną. Jest jednak - podkreślają specjaliści - doskonałą obserwatorką, a  spostrzeżenia dotyczące osób, z którymi przebywa, potrafi wykorzystać w realizacji zadań zlecanych jej przez dominujące nad nią osoby" - napisała "Rzeczpospolita".

em, pap

Czytaj także

 0