Oskarżony oskarżyciel

Oskarżony oskarżyciel

"Dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf" - ta zasada stalinowskiego prokuratora generalnego Andrieja Wyszyńskiego jeszcze w latach 80. była metodą pracy wielu prokuratorów w krajach realnego socjalizmu.
Na tej zasadzie skazywano nie tylko politycznych dysydentów - w Rosji Josifa Brodskiego czy Anatola Szczaranskiego, w Czechosłowacji Vaclava Havla czy Jirziego Niemca, w Polsce Adama Michnika czy Leszka Moczulskiego - lecz także osoby niewygodne dla lokalnych sitw, w których prokuratorzy zajmowali poczesne miejsca. Choć PRL nie istnieje od ponad trzynastu lat, w mechanizmach pracy prokuratury niewiele się zmieniło. Zasadę Wyszyńskiego w wielu prokuraturach zastąpiło hasło: "Powiedzcie, jak ważny jest oskarżony, a dopasuję do tego sposób prowadzenia śledztwa". W złym systemie nawet dobrzy prokuratorzy nie mogą efektywnie pracować.

Grzech pierwszy: zawisłość

Sejmowa komisja śledcza w sprawie tzw. afery Rywina obnażyła kiepską jakość pracy prokuratury (i to najważniejszej w kraju Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie): brak koncepcji prowadzenia dochodzenia, zwlekanie z przesłuchaniem głównego podejrzanego, niezłożenie elementarnych wniosków dowodowych, umożliwienie podejrzanym mataczenia i zacierania śladów przestępstwa, a wreszcie prowadzenie przesłuchań w sposób naiwny, nielogiczny i powierzchowny. Prokuratura długo zachowywała się tak, jakby broniła Rywina, a nie zbierała dowody przeciwko niemu. Znacznie gorzej potraktowała Adama Michnika i kierownictwo Agory niż podejrzanego.

Sposób pracy warszawskiej prokuratury nie jest żadnym wyjątkiem. Gdy tylko w sprawie pojawiają się wątki mogące wskazywać na przestępcze powiązania świata polityki, biznesu czy mediów, natychmiast staje się ona priorytetową i trafia pod specjalny nadzór. W praktyce priorytet oznacza przewlekanie śledztwa i jego gmatwanie. Tak było w śledztwie przeciwko gangowi pruszkowskiemu, gdzie wszystkie wątki polityczno-biznesowe są wciąż na etapie wstępnym. Niczym zakończyło się dochodzenie w sprawie zawartości notesu Wariata, gdzie były zapiski sugerujące wręczanie łapówek prokuratorom. W sprawie zabójstwa gen. Marka Papały, byłego komendanta głównego policji, ogranicza się oskarżenie do dwóch wykonawców. W sprawie mafii paliwowej nie wyjaśniono, w jaki sposób do podejrzanych trafiały informacje o stanie śledztwa, w jaki sposób spółki uczestniczące w przestępstwie unikały kontroli skarbowej. Podobnie jest w sprawie pedofilskiej siatki zdemaskowanej przez dziennikarzy "Wprost" i telewizji Polsat - prokuratura unika przesłuchania znanych osób, których nazwiska pojawiają się w zeznaniach świadków.

Grzech drugi: ręczne sterowanie

Półtora roku temu dziennikarz "Wprost" spytał prokuratorów Prokuratury Krajowej, którzy pracowali tam od początku lat 90., czy nadal otrzymują od polityków telefony z sugestiami, jak powinny przebiegać śledztwa. Okazało się, że mieli takie telefony, i to niezależnie od tego, jaka opcja akurat rządziła. Najbardziej chronił prokuratorów przed takim ręcznym sterowaniem Wiesław Chrzanowski, minister sprawiedliwości w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Czy dowodem na ręczne sterowanie prokuraturą nie są spektakularne zatrzymania znanych osobistości, mimo że nie są one poparte materiałem dowodowym przeciwko nim? Andrzej Modrzejewski, były prezes PKN Orlen, został widowiskowo zatrzymany przez jednostkę specjalną UOP. Zwolniono go już po pierwszym przesłuchaniu. Równie spektakularną akcją było zatrzymanie byłego szefa Optimusa Romana Kluski. Pół biedy, gdy zatrzymany szybko odzyskuje wolność. W Polsce można jednak trafić do aresztu na wiele miesięcy tylko na podstawie pomówień. Tak było w wypadku Grzegorza Wójtowicza, byłego prezesa NBP, a obecnie członka Rady polityki Pieniężnej. Tak samo jest dziś, mimo sądowego nadzoru nad stosowaniem aresztu: Jacek Turczyński, były dyrektor Poczty Polskiej, spędził za kratkami pół roku. Wystarczyły zeznania jednej osoby, sugerującej, że Turczyński wziął 20 tys. zł łapówki.

Grzech trzeci: nieudolność

W najważniejszych sprawach karnych III RP prokuratura poniosła spektakularne klęski, co nie tylko szkodzi wizerunkowi wymiaru sprawiedliwości, ale także rozzuchwala przestępców. Po wieloletnim postępowaniu w sprawie zabójstwa byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji Solskiej prokurator wnioskował przed sądem o uniewinnienie czwórki oskarżonych, co oznacza przyznanie się do nieudolności. Przy okazji procesu łomiarza sąd ostro skrytykował pracę prokuratury, wytykając jej brak umiejętności i bezmyślne błędy, które skutkowały kolejnymi ofiarami. W efekcie sprawca do dziś nie został zatrzymany. Klęską prokuratury zakończył się proces trzech mężczyzn oskarżonych o zastrzelenie Wojciecha Króla, studenta Politechniki Warszawskiej. Liczba zgłoszonych prokuraturom przestępstw, w których nie wykryto sprawców, przekracza 45 proc.

Grzech czwarty: fikcja kontroli i nadzoru

Polska prokuratura pracuje nieefektywnie i w wielu wypadkach daje sobą sterować, bo przez kilka dziesięcioleci tak właśnie działała. Te złe standardy zostały prokuratorom wręcz wdrukowane. Od kilkudziesięciu lat do prokuratury trafiali prawnicy, którym nie udało się dostać na aplikację adwokacką bądź sędziowską. Najgorsze jest jednak to, że prokuratorzy praktycznie nie są kontrolowani i rozliczani. Kontrola ich bezpośrednich przełożonych to za mało, bo nie przekłada się ona na odsuwanie złych prokuratorów od śledztw, a tym bardziej wykluczanie ich z zawodu.

O tym, że kontrola pracy prokuratorów jest pozorna, świadczy liczba spraw przeciwko prokuratorom popełniającym przestępstwa bądź łamiącym zasady etyki - jest ich zaledwie kilka rocznie. Do sądów trafiają praktycznie tylko sprawy opisane w mediach. Tak było w wypadku Jerzego Hopa, byłego prokuratora okręgowego w Katowicach, podejrzanego o przekroczenie uprawnień i wyłudzenie ponad 135 tys. zł. Tak było w wypadku prokuratora Mariana M. z Prokuratury Rejonowej w Bielsku-Białej, podejrzanego o współpracę z gangiem Krakowiaka. Sprawy o tuszowanie śledztw, jak w wypadku toruńskiego prokuratora Jacka T., są rzadkością, chociaż jest to najczęściej popełniane przez prokuratorów przestępstwo - tyle że w 99 proc. nie ma sprawcy.

Grzech piąty: demoralizacja społeczeństwa

Przełomem w pracy prokuratury miała być przeprowadzona na początku lat 90. weryfikacja prokuratorów. - Niektórym zdawało się, że to załatwi sprawę, a komunistycznych oprawców w prokuratorskich togach od razu zastąpią uczciwi prokuratorzy, w niezawisły sposób badający winę podejrzewanych. Zapomniano o tym, że prokuratura funkcjonuje na tyle źle, na ile bezkarnie może to robić - mówi Stanisław Iwanicki, minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka.

Zapaść prokuratury ma negatywny wpływ na cały wymiar sprawiedliwości: sprawy zepsute w prokuraturze często kończą się uniewinnieniem sprawców w sądzie. - Nieskuteczność i zawisłość prokuratury podważa poza tym zaufanie obywateli do państwa: skoro jego organy nie są w stanie wyjaśnić nawet największych afer kryminalnych, tym bardziej nie chronią przeciętnych obywateli - mówi Lech Kaczyński, były minister sprawiedliwości, obecnie prezydent Warszawy.

Grzech szósty: upolitycznienie

Właściwie prokuratura jest w Polsce organem niekonstytucyjnym - nasza ustawa zasadnicza ani słowem o niej nie wspomina. To ewenement w Europie, bo konstytucyjne umocowanie prokuratura ma nie tylko w dojrzałych demokracjach, ale też - od początku lat 90. - niemal we wszystkich państwach postkomunistycznych. Oczywiście zapis w konstytucji nie sprawi, że prokuratury będą lepiej pracować. Mógłby im natomiast zapewnić większą niezależność. W Polsce prokurator generalny jest członkiem rządu, zatem - siłą rzeczy - nadzorowane przez niego prokuratury są częścią rządowej administracji. - Dopóki minister sprawiedliwości, a więc polityk, będzie kierował pracami prokuratur, nie da się uniknąć podejrzeń o ich upolitycznienie - przyznaje Karol Napierski, prokurator krajowy.

- Żeby polska prokuratura była bardziej niezależna niż obecnie, wystarczy oddzielić funkcję prokuratora generalnego od funkcji ministra sprawiedliwości. Minister nie mógłby wydawać poleceń w konkretnej sprawie. Byłby zwierzchnikiem prokuratora generalnego, ale nie miałby wpływu na prowadzone postępowania ani uprawnień do wydawania poleceń w konkretnych sprawach karnych - postuluje prof. Stanisław Waltoś, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Odwoływanie prokuratorów niższego szczebla powinno być możliwe tylko w wyjątkowych, wyliczonych w ustawie wypadkach - dodaje Stanisław Iwanicki.

Piotr Kudzia, Grzegorz Pawelczyk

Pełny tekst ukaże się w najnowszym numerze tygodnika Wprost. W sprzedaży od poniedziałku 17 lutego.

W numerze także:

Naćpani hamburgerem (Mieszkający na Brooklynie Caesar Barber, cukrzyk po dwóch zawałach, podał do sądu firmę McDonalds. Twierdził, że sprzedawane przez nią jedzenie było jedną z ważniejszych przyczyn wystąpienia jego dolegliwości).

oraz:

Autokracja (Cztery miliardy złotych kosztowały podatników służbowe auta urzędników państwowych. Służbowy samochód z kierowcą ma praktycznie każdy burmistrz powiatowego miasta w Polsce).

Czytaj także

 0