Pax civilitatis

Pax civilitatis

W interesie Ameryki, czyli w interesie świata: na czym naprawdę polega siła Stanów Zjednoczonych?
Wiele się mówi i pisze (najczęściej krytycznie) o amerykańskim unilateralizmie, hegemonizmie czy wręcz imperialnej polityce USA w XXI w. Od wielu lat inaczej niż większość europejskich analityków oceniam ideologicznie, politycznie i moralnie politykę amerykańską. Można oczywiście mówić o "amerykańskim imperium", pod warunkiem że rozumie się przez to rolę gwaranta liberalnego ładu międzynarodowego. Jego beneficjentami były najpierw kraje Europy Zachodniej, potem te państwa byłego Trzeciego Świata, które zdecydowały się prowadzić politykę liberalizacji wewnętrznej i zewnętrznej, a wreszcie - po upadku komunizmu - także te kraje postkomunistyczne, które zdecydowanie odrzuciły totalitarny system polityczny i scentralizowany system kierowania gospodarką. Funkcję tę Stany Zjednoczone pełniły w miarę skutecznie od zakończenia II wojny światowej, dostosowując strategię do zmieniających się warunków międzynarodowych. Unilateralizm jest więc odpowiedzią na nowe wyzwania i nową percepcję zdolności oraz - dodajmy - chęci krajów beneficjentów wspierania tego ładu.

O unilateralizmie mówimy w kontekście różnic siły militarnej Stanów Zjednoczonych i innych mocarstw. Reportaży o doskonałości amerykańskiej broni pisze się wiele, ale nie daje to jeszcze wyobrażenia o relatywnej sile militarnej Ameryki. Tak więc Stany Zjednoczone wydały w 2000 r., licząc w dolarach, więcej na cele wojskowe niż osiemnaście państw razem wziętych (Chiny, piętnaście krajów UE, Indie i Rosja). Przy tym efektywność amerykańskich wydatków militarnych, będąca głównie następstwem sprawnej kapitalistycznej gospodarki, jest niewyobrażalna. W tym samym roku stanowiły one zaledwie 3,1 proc. PKB! Według oficjalnych danych, Sowiety przeznaczyły na ten cel w 1988 r. kwotę stanowiącą 15,8 proc. PKB (a według nieoficjalnych szacunków - do 25 proc. PKB).

Podstawą doskonałości amerykańskiego uzbrojenia jest mieszanka innowacyjności gospodarki i skali wydatków na prace badawcze. Otóż i w tym wypadku USA wyprzedzają resztę świata o kilka długości, łożąc na badania więcej niż dziewiętnaście kolejnych krajów (wymienione plus Japonia). W istocie USA przeznaczają na same badania militarne więcej niż Niemcy i Wielka Brytania na obronę ogółem! Zajmijmy się z kolei niezasłużoną, nierzadko złą, sławą imperiów. Najczęściej bowiem czasy hegemonii jakiegoś imperium, np. Imperium Rzymskiego przez prawie tysiąc lat jego istnienia, imperium brytyjskiego czy wreszcie Ameryki po II wojnie światowej, były okresem rozkwitu gospodarczego.

Nietrudno zrozumieć dlaczego. Rozciągnięcie bezpośredniej dominacji na znacznym obszarze lub choćby gwarancje interwencji państwa imperialnego w wypadku zagrożenia istniejącego ładu oznaczało rządy jednakowego prawa i pewność jego egzekucji. I tak też to wyglądało. Upadek cesarstwa rzymskiego spowodował wielowiekowe załamanie handlu, produkcji, materialnego poziomu życia i bezpieczeństwa osobistego w tym regionie. Podobnie rzecz miała się w bardziej znanych, bo bliższych nam okresach pax Britannica i współczesnego pax Americana. Oczywiście, mieliśmy w historii i imperia destrukcyjne. Na przykład, hipotetyczne zwycięstwo sowieckiego komunizmu sprowadziłoby na zachodnią Europę okres upadku podobny do tego, który nastąpił po upadku Rzymu.

Warto jednak powtórzyć, że imperia przynosiły nierzadko bezpieczeństwo i zamożność. Zauważmy przy tym szczególną cechę charakterystyczną "imperium" USA. Jest to mianowicie imperium bez tradycyjnych kolonii i innych zależnych od metropolii terytoriów. Amerykanie w oświeconym interesie własnym angażują się w obronę międzynarodowego ładu liberalnego tam, gdzie postrzegają istnienie zagrożenia, najczęściej zresztą z inicjatywy lokalnie zagrożonych rządów czy społeczności.

W Ameryce ogromnie ważną rolę odgrywa moralne przekonanie społeczeństwa o słuszności powziętej decyzji o interwencji zagranicznej. Dlatego Amerykanie angażują się czasami także w sytuacjach, w których nie ma zagrożenia dla międzynarodowego ładu liberalnego, wyłącznie z silnego w społeczeństwie amerykańskim poczucia obowiązku (np. w Kosowie USA zostały wciągnięte w konflikt regionalny między innymi w wyniku impotencji militarnej Europy).

Dlatego warto przypomnieć to, co powiedział wiosną 1991 r., w czasie pierwszej wojny przeciwko Husajnowi, nieżyjący już wielki filozof XX w. Karl Popper. Stany Zjednoczone łoiły skórę wojskom irackim, przeciwko czemu również protestowali pacyfiści i ci wszyscy, którzy przedkładają własną wygodę ("moja chata z kraja") ponad elementarną przyzwoitość. Popper udzielił wówczas wywiadu tygodnikowi "Der Spiegel" (cytuję za "Rzeczpospolitą"): "Nie możemy się lękać prowadzenia wojny dla pokoju... Powinniśmy się starać tak aktywnie działać na rzecz pax Americana, aby stała się pax Civilitatis".

Warto się zastanowić, jak może wyglądać funkcjonowanie amerykańskiego unilateralizmu w świecie. Najłatwiej rozpoznać kontury ładu światowego w gospodarce, gdyż nie będą się one różnić od tego, z czym się dziś spotykamy. Wspierać więc on będzie globalizację (nowo wymyślony termin na określenie zjawiska znanego od tysiącleci, czyli gospodarek otwartych na wymianę towarów, usług i pieniądza).

Przypomnijmy w innym kontekście oswobodzenie Kuwejtu w 1991 r. Różnica między strategią multilateralną a unilateralną polegałaby na odrzuceniu konieczności uzyskiwania akceptacji międzynarodowej w sprawach dotyczących użycia siły. Amerykański komentator Charles Krauthammer zwrócił uwagę na różnicę między pierwszą wojną z reżimem Husajna a sytuacją obecną. Wskazał na wahania prezydenta Busha ojca, który zdecydował się nie kontynuować wojny aż do obalenia dyktatora, gdy jego doradcy uznali, że doprowadziłoby to do wycofania się niektórych, zwłaszcza arabskich, członków koalicji. Koalicja - podkreśla Krauthammer - zdefiniowała misję.

Tymczasem w wypadku wykurzenia al Kaidy z Afganistanu i obalenia reżimu talibów USA prezydenta Busha juniora przedstawiły najpierw swoje stanowisko i zamiary, a następnie dokooptowywały sojuszników. W tym konflikcie - wskazał cytowany autor - misja zdefiniowała koalicję.

Można z łatwością sobie wyobrazić podobne funkcjonowanie ładu światowego w innych regionach. Napięcie między Pakistanem a Indiami czy - w szerszym kontekście - kampania religijnej nienawiści muzułmańskich fanatyków skierowana nie tylko wobec świata zachodniego, ale także między innymi wobec Indii, mogą się stać czynnikami definiującymi przegrupowanie sił w rejonie Oceanu Indyjskiego. W Indiach przebąkuje się o możliwym sojuszu amerykańsko-indyjskim od cieśniny Bab al-Mandab do cieśniny Malakka. Bardziej skomplikowana byłaby sytuacja unilateralnej polityki w rejonie Dalekiego Wschodu, gdzie obecne są obok USA trzy mocarstwa - dwa militarne (Rosja i Chiny) i jedno gospodarcze (Japonia). Trudności działania Stanów Zjednoczonych łagodzone są tutaj wzajemnie "szachującymi się" relacjami trzech mocarstw.

Dodajmy, że unilateralizm ma określone następstwa także dla szeroko rozumianej Europy, nad czym niewątpliwie powinna boleć Polska i inne kraje wyszehradzkie. Uważają one NATO za ważną tarczę obronną przed zawirowaniami grożącymi ze strony niezbyt pogodzonego ze swym statusem byłego imperialnego mocarstwa. "Podwójne zakotwiczenie" (NATO, UE) tych krajów w świecie zachodnim jest ciągle ważne ekonomicznie. Polityczno-militarny aspekt tej sytuacji ulega natomiast osłabieniu w następstwie zachowania się przede wszystkim Niemiec i Francji w konflikcie irackim (i nie tylko).

Z tego punktu widzenia - moim zdaniem - rozpatrywać należy decyzje rządowe (wybór amerykańskiego samolotu bojowego, podpisanie listu ośmiu); jest to jeden z nielicznych przykładów dalekowzrocznego myślenia w naszej polityce. Oceniam go jako próbę bilateralnego wzmocnienia słabnących - nie z naszej winy - więzów multilateralnych.

Stany Zjednoczone miały rezygnować z realizacji życiowo ważnych celów z braku wielce wątpliwej moralnie legitymacji ONZ czy też powodowanego strachem i socjalistycznymi iluzjami kunktatorstwa Europy. Jeszcze mniej powinny się przejmować jadem zatrutych piór większości zachodnioeuropejskich intelektualistów. W latach 80. zrobiła karierę piosenka Wojciecha Młynarskiego: "Róbmy swoje". Miejmy nadzieję, że to "swoje" zostanie zrobione, bo - wyrażę opinię za Popperem - leży to w interesie nie tylko Ameryki.

Jan Winiecki

Pełny tekst artykułu "Pax civilitatis" w najnowszym w 1060 numerze "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku 17 marca.

W tym samym numerze: Kapitan Żbik na tropie oranżady (Polococta, junak i kapitan Kloss kuszą Polaków w średnim wieku. Jak zarobić na PRL?)

Czytaj także

 0