Wojna obronna 2004

Wojna obronna 2004

Polski Sejm nie godzi się na rewizję historii korzystną dla katów i zbrodniarzy
Politycznym awanturnictwem nazwał polski minister spraw zagranicznych uchwałę Sejmu w sprawie reparacji wojennych od Niemiec. Grzechem polskiego parlamentu ma być jasne stwierdzenie, że to nie Polacy są winni Niemcom zadośćuczynienie finansowe za rezultaty II wojny światowej. Skoro Sejm in corpore jest ogarnięty politycznym awanturnictwem, rząd powinien chyba parlament rozwiązać i wybrać nowy. Niewykluczone, że trzeba by także rozwiązać społeczeństwo, ogarnięte nierozumnym niepokojem z powodu niemieckich roszczeń. Rauty i żurfiksy niemiecko-polskie powinny nadal przebiegać w pogodnej atmosferze.

Polityczna gnuśność

Polski Sejm nie jest bez winy, podobnie jak publicyści. Irytacja spowodowana żądaniami Pruskiego Powiernictwa, a zwłaszcza brak rządowej, precyzyjnej reakcji na niemieckie próby reinterpretowania historii najnowszej spowodowały pewne zamieszanie nomenklaturowe. Przestano rozróżniać reparacje, restytucję majątków, odszkodowania i zadośćuczynienie. Powiernictwo Polskie z Gdyni, Warszawa i inne miasta przygotowujące rachunki strat nie zamierzają się domagać reparacji wojennych, to znaczy refundacji kosztów poniesionych w związku z wojną z III Rzeszą. Chcą sobie natomiast zarezerwować możliwość dochodzenia odszkodowań za zniszczenia i straty spowodowane prowadzeniem przez III Rzeszę wojny i sprawowanie okupacji w sposób sprzeczny z prawem międzynarodowym. Minister Cimoszewicz twierdzi, że Polska reparacji się zrzekła. Polska nie była jednym z 60 państw koalicji antyhitlerowskiej, sygnatariuszy układu londyńskiego z września 1953 r. o umorzeniu niemieckich zobowiązań finansowych. Jednostronne zrzeczenie się przez PRL reparacji wojennych od Niemiec w tymże 1953 r., na żądanie Moskwy i w rezultacie powstania berlińskiego, nie ma charakteru aktu prawnego. Nie zostało opublikowane w Dzienniku Ustaw ani ratyfikowane przez Sejm PRL. Publikacja w "Trybunie Ludu" to trochę za mało. Premier Belka, kanclerz Schroeder i minister Cimoszewicz zapewniają, że nie ma żadnej możliwości uwzględnienia niemieckich roszczeń. A dlaczego? Polacy chętnie poznaliby podstawę prawną takich twierdzeń. Niemcy zapewne też. Przemówienia, tak jak artykuły prasowe, nie mają mocy ustawowej. Zastanawiające jest, dlaczego rząd RFN, najlepiej do spółki z rządem RP, nie zapowiedzą publikacji białej księgi przedstawiającej daremność usiłowań pana Pawelki i jego powiernictwa. Czy to też byłoby polityczne awanturnictwo i czy lepsza jest polityczna gnuśność?

Co o nas powiedzą na Zachodzie?

Gdyby nie konsekwentna postawa części mediów, w tym tygodnika "Wprost", oraz części polityków, dziś mielibyśmy już falę rozpraw sądowych o odszkodowania dla niemieckich wypędzonych. A w Berlinie Centrum przeciw Wypędzeniom Eriki Steinbach czekałoby na uroczyste otwarcie z udziałem przedstawicieli tamtejszych najwyższych władz partyjnych i państwowych oraz zaproszonych gości, przede wszystkich z Polski. Przeprosinom za niemieckie ofiary II wojny światowej nie byłoby końca, dzięki czemu pojednanie nabrałoby nowego impulsu i zyskało prawdziwie europejski wymiar. Robilibyśmy znów za pinczera, bo taką rolę wymyślili dla nas nasi rodzimi, awangardowo europejscy intelektualiści, orędownicy międzynarodówki poprawności politycznej i pokory wobec silnych i wielkich. Na szczęście, jeszcze do tego nie doszło i tylko należy współczuć tym Polakom, którzy niezmiennie troszczą się o to, "co o nas powiedzą na Zachodzie", czy przypadkiem Bruksela nie obetnie nam budżetu, a Paryż i Berlin za karę nie podniosą podatków. Za to, że bronimy narodowej godności i nie godzimy się na rewizję historii korzystną dla katów i zbrodniarzy wojennych. Ericą Steinbach i jej chorymi ideami należało się zająć dużo wcześniej. Nie zrobili tego Niemcy - z powodów wewnątrzpolitycznych i nacjonalistycznych. A poza tym przypominanie cierpień wypędzonych było kuszące, bo zamazywało niemiecką winę, rozmywało ją. Bo przecież na końcu to Niemcy były okupowane, zbombardowane, obywatele sfrustrowani klęską, a kilka milionów Niemców opuściło swoje domy, by zamieszkać w kraju, w którym niedobrzy Amerykanie realizowali plan Marshalla i zaprowadzali demokrację. Nie zajęliśmy się na poważnie Ericą Steinbach również my, ponieważ uwierzyliśmy, że z chwilą powrotu Polski do Europy rozdział II wojny światowej został zamknięty raz na zawsze, że czeka nas wspólna dobrosąsiedzka przyszłość.

Furia teutońska

Działalność Eriki Steinbach i jej - na początku - wyjątkowo bezczelne żądania wobec Polski nie wyrosły na kamieniu. Przeciwnie - ona nauczyła się historii ostatniej wojny i historii Polski w szkole i od swoich doradców ze Związku Wypędzonych. A w szkole dowiedziała się, że potężny Wehrmacht przeszedł spacerkiem przez Polskę, której broniła kawaleria. Ta kawaleria była ulubionym tematem kpin z mojej córki, uczennicy jednego z niemieckich gimnazjów. Poza tym cierpienia Polaków, mordy, rabunki i zniszczenia nie istniały. Na lekcjach historii latami wałkowano tylko dwa tematy - dzieje nazizmu, zjawiska dziwnie oderwanego od narodu niemieckiego, który był tego nazizmu ofiarą, oraz sprawę Holocaustu. Można było odnieść wrażenie, że poza Żydami nikt nie został zamęczony w obozach zagłady, a wszelki przejaw antysemityzmu w Polsce był powodem do Schadenfreude: "widzicie, oni też byli zbrodniarzami". Nic zatem dziwnego, że prezydent RFN Roman Herzog pomylił w swoim przemówieniu w Warszawie powstanie warszawskie z powstaniem w getcie. Skąd on miał się dowiedzieć o bohaterskim zrywie Polaków - ze szkoły? A może z mediów czy opracowań historycznych? Polska nie była w Niemczech tematem interesującym, ona się nie liczyła. Budziła jedynie litość i lekceważenie. I tak - sądziła Erica Steinbach - będzie już zawsze. Wyrazem takiego lekceważenia, a nawet pogardy była reakcja jednego z czołowych polityków SPD Petera Glotza, wypędzonego z Czech. Glotz uznał za stosowne pouczyć Polaków, by skończyli z katolicko-nacjonalistycznym fundamentalizmem. Reakcję tę, nie mającą żadnego związku z roszczeniami wypędzonych i żądaniem reparacji polskiego Sejmu, można zaliczyć do arsenału wybryków określanych mianem furii teutońskiej, znanej już w czasach starożytnego Rzymu jako furious teutonicus. Peterowi Glotzowi i innym rozwścieczonym komentatorom prasy niemieckiej, atakującym nas za populizm i nacjonalizm, nic do naszego katolicyzmu i do naszego patriotyzmu. Niech pilnują własnych wartości, niech zwalczają odradzający się raz po raz nacjonalizm i arogancję wobec innych narodów. Być może wartości katolickie nie mają w Niemczech żadnego znaczenia, skoro właśnie tam odbędzie się wielki kongres innych fundamentalistów, bo islamistów - pod hasłem walki z Ameryką i Izraelem, z wartościami chrześcijańskimi Zachodu. Niemców nie wolno pouczać, oni sobie na to nie pozwolą, bo są narodem besserwisserów, lepiej wiedzących, co to jest prawda, moralność i dobro, pokój i prawa człowieka, a przede wszystkim, co jest dobre dla innych.

Krystyna Grzybowska

Pełny tekst w najnowszym tygodniku 1139 "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku 20 września

W tym samym numerze: Aleksander II Gnuśny (Prezydent Kwaśniewski ponosi odpowiedzialność za większość błędów polskiej polityki zagranicznej)

Czytaj także

 0