Nie ma raportów pisanych przez Belkę (aktl.)

Nie ma raportów pisanych przez Belkę (aktl.)

W odtajnionej przez IPN teczce Marka Belki nie ma ani jednego raportu sporządzonego jego ręką w latach 80; jest natomiast 5 raportów oficera z rozmów z nim oraz opracowania o rynku rolnym, uznane przez wywiad PRL za wartościowe.
W środę kilkudziesięciu dziennikarzy zapoznawało się przez cały dzień z teczką Belki w czytelni Instytutu Pamięci Narodowej. Na  wniosek premiera - który chciał w ten sposób odeprzeć zarzuty co  do swej agenturalnej przeszłości - prezes Leon Kieres we wtorek uznał teczkę za jawną i postanowił ją udostępnić dla celów badawczych i naukowych.

68-stronicowa teczka - której kserokopie dostali do wglądu dziennikarze - nosi nazwę "Karta kieszeniowa +Jacket+ nr 10144" (nadaną jeszcze przez wywiad PRL). Zawiera łącznie 20 dokumentów -  kopii wykonanych z zachowanego mikrofilmu. Jest na niej adnotacja "Jawne" z podpisem Kieresa.

Teczkę otwiera raport ppor. wywiadu PRL W. Oryńskiego z 13 sierpnia 1984 r. o zgodę na przeprowadzenie "rozmowy sondażowej" z  32-letnim wówczas Belką, adiunktem wydziału ekonomicznego na  Uniwersytecie w Łodzi, mającego jechać na stypendium ACLS (Amerykańskiej Rady Towarzystw Naukowych) do University of  Chicago. Już tu pojawia się kryptonim "Nawal" - taki kryptonim nadano wówczas Belce w kraju; podczas pobytu w USA określano go  już kryptonimem "Belch" (sam Belka mówił, że nie wybrałby tak brzydkiego kryptonimu). Przełożony Oryńskiego (podpis nieczytelny) dopisał: "Raport popieram. Wyjazd +B+ do USA zapowiada się dla nas wyjątkowo korzystnie".

Opisując potem rozmowę sondażową z 17 sierpnia 1984 r. Oryński podkreśla, że "Nawal" "w zasadzie zaakceptował propozycję współpracy". "Niemniej wysunął szereg zastrzeżeń i obaw, co do  ewentualnej współpracy z naszym resortem. Nie będzie chciał niczego podpisywać; nie będzie sporządzał dla nas raportów. Godzi się na ustne przekazywanie informacji komuś z konsulatu w Chicago -  byle by to nie było zbyt częste i kłopotliwe dla niego" - pisał Oryński. "Tematem - jedynym, w którym może nam pomóc są sprawy ekonomiczne i nie wiążące się z Polską. Twierdził, że odnosi się ze zrozumieniem dla naszej pracy, ale nie widzi swojej kariery w  wiązaniu się z nami " - kontynuował oficer.

Według niego, "+Nawal+ wykazywał pewną znajomość realiów naszej pracy i np. wypowiedział się, że obawia się dla nas +wydajnie+ pracować, bo to, co on nam przekaże, może być wykorzystane w  przyszłości przeciwko niemu, tzn. uważa, ze możemy go zmuszać do  działań, na które wcale nie będzie miał ochoty, posługując się de facto szantażem. Obawia się, że może być wykorzystany po powrocie do kraju przez Służbę Bezpieczeństwa, co - jego zdaniem -  wykończyłoby go na uczelni".

Oryński dopisał: "Podjęto próbę wyjaśnienia +Nawalowi+ iż  tego typu metody są nam obce, zwłaszcza w wypadku zdolnych naukowców i członków partii. +Nawal+ "wspomniał, że również był przez jakiś czas członkiem Solidarności, niemniej legitymacji partyjnej nie zwrócił".

Oryński podkreślał, że już wcześniej wobec Belki (który był w USA w okresie 1978-1979) "były podejmowane próby dialogu z pozycji SB, które zapewne przyniosły wynik mało wartościowy operacyjnie".

Z teczki wynika, że 16 sierpnia 1984 r. w Łodzi Belka podpisał oświadczenie o zachowaniu w ścisłej tajemnicy faktu i treści rozmowy z funkcjonariuszem wywiadu PRL. 10 września 1984 r. podpisał zaś tzw. instrukcję wyjazdową. W jednym z późniejszych dokumentów wywiadu określono, że uczynił to "bez większych oporów".

W instrukcji zobowiązał się do "rozpoznawania poznanych osób pod  kątem ich ewentualnych powiązań z wrogimi służbami specjalnymi; typowania i opracowywania osób ze środowisk opiniotwórczych oraz  różnego rodzaju specjalistów przychylnie nastawionych wobec naszego kraju i posiadających realne możliwości dostarczenia interesujących nas informacji oraz zbierania informacji dot. oceny sytuacji gospodarczej i politycznej w Polsce i innych krajach socjalistycznych".

"Można było wyczuć, że Marek Belka traktuje współpracę z naszą służbą jako zło konieczne, gdyż odmowa oznacza zastrzeżenie wyjazdu zagranicznego" - pisał ppor. wywiadu A. Kosiorowski w  notatce z rozmowy z Belką 11 września 1984 r.

Latem 1984 r., przed wyjazdem Belki do USA, kontaktował się z nim zarówno wywiad PRL, jak i SB - wynika z teczki. Oryński pisał w  raporcie z 18 września 1984 r. z rozmowy z Belką o jego zaniepokojeniu po rozmowach, jakie prowadził z nim wtedy także płk T. Kolczyński z łódzkiej SB.

Belka relacjonował Oryńskiemu, że Kolczyński próbował go wciągnąć do współpracy; początkowo sądził, że jest to dalszy ciąg kontaktu z wywiadem, ale później, biorąc pod uwagę słabą orientację rozmówcy w tematyce gospodarczej, stwierdził "równoległość działań". Według Oryńskiego, Belka nie ujawnił Kolczyńskiemu kontaktów z wywiadem. We wnioskach Oryński napisał przełożonym: "W  trybie pilnym należy wyjaśnić niedopuszczalne praktyki tow. Kolczyńskiego mogące dezorientować źródło i stwarzać niekorzystny obraz funkcjonowania naszej służby".

Już po wyjeździe Belki SB sprawdzało go u kolegi z wydziału -  agenta o kryptonimie "Sonab". Zachowała się informacja od tego agenta - jak relacjonował w grudniu 1984 r. Kolczyński - że Belka, mimo iż w 1980 r. był sekretarzem POP PZPR na wydziale, "złapał wiatr w żagle i popłynął, dochodząc do aktywisty szczebla centralnego w +Solidarności+, a każdy temat w egzekutywie uzgadniał z Kropiwnickim". Agent informował też, że po ogłoszeniu stanu wojennego Belka prezentował "poglądy zbliżone do ekstremy +Solidarności+ na uczelni, z biegiem jednak czasu zmienił poglądy te na obowiązujące członka partii". Agent podawał także, że Belka uczestniczył w zbiórce pieniędzy dla osądzonego wtedy za  działalność podziemną Kropiwnickiego.

Według "Sonaba", Belka to "charakter stosunkowo słaby; wymaga zdecydowanego kierowania". Na koniec "Sonab" ocenił go tak: "Zawsze będzie oscylował w tym kierunku, gdzie widzieć będzie dla  siebie korzyści nie tylko materialne, lecz przede wszystkim prestiżowe".

Kolejne dokumenty z teczki, to pięć pisanych odręcznie raportów z  rozmów z Belką, sporządzonych przez rezydenta wywiadu PRL w  Chicago o kryptonimie "Duncan" (jego nazwiska teczka nie ujawnia). Z akt wynika, że był on formalnie pracownikiem konsulatu PRL w  Chicago, co ułatwiało mu kontakty ze stypendystą z Polski, choć narażało też obu na inwigilację FBI, które znało prawdziwy charakter pracy "Duncana" - jak się potem okaże.

W pierwszym raporcie z 13 listopada 1984 r. "Duncan" pisze, że  zlecił Belce m.in.: "Na bazie lektury publikacji prof. D. Johnsona nawiązać z nim kontakt osobisty, zorientować się w prowadzonych przez niego obecnie pracach, ustalić jego ewentualne związki z  ośrodkami decyzyjnymi w USA". Nazwisko to nie zostało w tym wypadku zaczernione przez IPN, prawdopodobnie w wyniku niedopatrzenia. W innym dokumencie teczki nie zamazane pozostały też nazwiska profesorów z Chicago, z którymi spotykał się Belka: Harbergera, Deckera oraz Welnisza.

W kolejnym raporcie z 8 lutego 1985 r. "Duncan" pisał przełożonym, że przesyła "materiały uzyskane przez +B+ zgodnie z  naszymi poprzednimi ustaleniami od prof. (...) (nazwisko zamazane) z University of Chicago". Agent stwierdza, że nie podejmuje się oceny tych materiałów jako zbyt specjalistycznych. Podkreśla, że uwagę zwraca, co również zaznaczył w rozmowie z nim "B", opracowanie pt. "World community market situation and outlook". Wywiadowca pisze, że to opracowanie na temat stanu i prognoz amerykańskiego i światowego rynku produktów rolnych przygotował profesor (...) "dla American Enterprise Institute, który ma być organem opiniodawczym dla ekipy prezydenta Ronalda Reagana w  zakresie ekonomii".

"Duncan" podkreśla, że pozostałe przekazane przez Belkę materiały nie wydają się mieć już takiej wagi, bo są powszechnie dostępne. Oceniając Belkę, "Duncan" pisał: "Nadal nie posądzam +B+ o  entuzjazm do współpracy, lecz - jak widać - zaangażował się i  wykazał inicjatywę. Powoli przechodzę z nim na stopę mniej formalną, bardziej koleżeńską". Oceniając ten raport "Duncana" jego przełożony z rezydentury wywiadu PRL w Chicago, oficer o  kryptonimie "Spaski" (nazwisko nieznane) napisał 19 lutego 1985 r., że "rezultaty spotkań, aczkolwiek nie w pełni zakończonych można ocenić pozytywnie. Analiza przekazanych materiałów wskazuje, że mogą mieć one wartość dla celów porównawczych".

Materiały, o których piszą "Duncan" i "Spaski" nie zachowały się w teczce. Po powrocie Belki z USA, Oryński napisał 31 lipca 1985 r., że "efektem współpracy było dostarczenie przez +Belcha+ materiałów opracowywanych przez prof. (...) (nazwisko zamazano), z  których jeden oceniono jako wartościowy".

W kolejnych raportach "Duncana" ze spotkań z Belką zaczyna dominować rozczarowanie. 2 maja 1985 r. żalił się, że "+B+ nie  miał do przekazania żadnych informacji. Źródło (...) (nazwisko zamazane) - jak twierdzi - wyczerpał niemal doszczętnie" -  relacjonował oficer słowa Belki. "Nie ma inicjatywy, chęci, aby  głębiej angażować się do współpracy. Zobaczymy" - nie tracił optymizmu "Duncan".

Wygasł on jednak zupełnie 21 czerwca 1985 r., kiedy oficer podkreślał, że "+B+ nie zrealizował zadań, jakie mu przekazałem", przytaczając wyjaśnienie Belki, że "okoliczności nie sprzyjały". W  tym ostatnim przed powrotem Belki do kraju raporcie "Duncan" pisał: "Nie widzę większych szans na zaangażowanie go do  współpracy na odcinku krajowym". Dodawał z żalem, że Belka "starał się mnie uznawać bardziej jako pracownika urzędu (czyli konsulatu), a nie wywiadu". Podobne rozczarowanie wynika z dopisku nowego przełożonego "Duncana", oficera o kryptonimie "Wells" (nazwisko nieujawnione): "Nie chciał się angażować we  współpracę, a możliwości z pewnością miał".

Za złe wywiad miał także zachowanie Belki podczas jego rozmowy z  dwoma oficerami FBI. "Duncan" pisał w jednej z notatek, że zdając sobie sprawę, iż Belka może być indagowany przez FBI, udzielił mu "szczegółowego instruktażu", m.in. co do zapamiętania danych z  legitymacji, które mu okażą oraz zebrania odcisków palców ze  szklanek, które ma im wręczyć pod pozorem poczęstunku. Do rozmowy Belki z dwoma oficerami FBI rzeczywiście doszło 12 czerwca 1985 r. w Chicago, w mieszkaniu wynajmowanym przez stypendystę.

FBI pytało Belkę m.in., co robi w USA. Jak relacjonował "Duncanowi", chcieli też znać jego opinię o sytuacji w Polsce. Odparł, że nie wypowie się, bo "uważa swych rozmówców może nie  tyle za wrogów, lecz na pewno nie za przyjaciół"; zapowiedział im  też, że o tej rozmowie opowie w konsulacie PRL. FBI dociekało, z  kim z konsulatu Belka się spotyka, pytając go z nazwiska o  oficerów określanych w teczce jako "Spaski" i "Duncan". Belka potwierdził, że spotyka się z tym drugim, co jeden z oficerów FBI skwitował słowami: "Tak, to sympatyczny młody człowiek".

Pretensje "Duncana" po tej rozmowie dotyczyły niezebrania przez Belkę odcisków palców oficerów FBI, niezapamiętania ich nazwisk, a  także tego, że powiedział im, iż przed wyjazdem był w kraju przesłuchiwany przez SB.

"Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, dlaczego +B.+ postąpił wbrew otrzymanym instrukcjom" - pisał "Duncan". "Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że postawa B. obliczona była na zadowolenie każdej ze stron, tj. nas i +gęsi+ (tak w teczce określa się FBI), co nasuwa się, biorąc pod uwagę jego w sumie negatywny stosunek do  współpracy" - dodawał "Duncan". Z wyraźnym dystansem opisywał zaś, że niewywiązanie się z zebrania odcisków palców Belka tłumaczył tym, że "miał już niemal wszystko spakowane". "Najbardziej przekonywującym dla mnie uzasadnieniem jest to, że chciał dać FBI, jak i nam, do zrozumienia, że nie zamierza się angażować w bliższe kontakty, współpracę z żadną ze stron" - konkludował "Duncan".

"Wells" dopisał: "Nie sądzę, by +Belch+ powiedział całą prawdę o  tej rozmowie. Musiał być pytany, czy przed wyjazdem SB proponowała mu współpracę. Do wyjaśnienia w kraju". Rzeczywiście już po  powrocie, w lipcu 1985 r. w Łodzi Belka złożył relację wywiadowi PRL na temat rozmowy z FBI. "Dość szczegółowo i szczerze zrelacjonował rozmowę z FBI nie ukrywając nawet niezbyt korzystnych dla siebie elementów" - pisał ppor. Oryński.

Oryński napisał też wtedy, że "z uwagi na minimalne możliwości uzyskiwania przez "Belcha" wartościowych informacji i niezbyt aktywną dotychczas postawę wnioskuję (...) o złożenie sprawy do  archiwum". Przełożony o nieczytelnym nazwisku dopisał wtedy: "Proponuję jednak, aby ze złożeniem sprawy do archiwum i  odstąpieniu od kontaktów wstrzymać się do końca października br. Mimo oporów "B", o czym mowa w raporcie, warto spróbować jego wykorzystanie w sprawach wewnątrzuczelnianych w związku z kampanią wyborczą". W teczce nie ma mowy o późniejszych kontaktach Belki z  tajnymi służbami. Sprawa do archiwum trafiła jednak dopiero dwa lata później.

Teczkę zamyka tzw. notatka końcowa Oryńskiego z 6 marca 1987 r. (już wtedy porucznika). Według niej, spotkania oficerów wywiadu z  Belką po jego powrocie z USA "nie przyniosły istotnego uzysku informacyjnego". W opinii funkcjonariuszy, tylko jeden z  materiałów, dostarczonych z USA przez Belkę, a opracowanych przez inną osobę, "oceniono jako wartościowy". Oryński konkludował: "Biorąc pod uwagę ograniczone możliwości wywiadowcze +Belcha+, wnioskuję o złożenie sprawy wstępnej w archiwum departamentu I  MSW" (wywiad). Tak się też stało.

W tej notatce Oryński napisał też: "Podczas prowadzenia sprawy wydatkowano z funduszu operacyjnego kwotę 3.330 zł". Z dokumentów nie wynika, na co zostały one wydane.

Zaniedbana lustracja

W sprawach lustrowanych, którzy podpisali tzw. instrukcję wyjazdową, występowałem do Sądu Lustracyjnego z  wnioskiem o wszczęcie procesu - powiedział były Rzecznik Interesu Publicznego Bogusław Nizieński. Dodał, że zabrakło mu czasu na dokończenie postępowania wyjaśniającego wobec premiera Marka Belki, którego w 2004 r. przesłuchiwał, ponieważ skończyła się jego kadencja. "Ja musiałem sprawę przekazać (następcom na urzędzie rzecznika), bo nie uzyskałem wszystkiego, co było potrzebne do zajęcia ostatecznego stanowiska" - dodał Nizieński.

W kwietniu tego roku następca Nizieńskiego na urzędzie Rzecznika -  Włodzimierz Olszewski - zawiadomił premiera Marka Belkę, że na podstawie dostępnych mu obecnie materiałów nie będzie kierował wniosku do Sądu Lustracyjnego o wszczęcie postępowania. Premier Belka uznał, że tym samym jego sprawa lustracyjna jest zakończona.

Nizieński powiedział, że w służbach wywiadowczych instrukcje wyjazdowe "niejako zastępowały zobowiązania" i zwrócił uwagę, że zapisy w instrukcji wyjazdowej "są bardzo konkretne". Instrukcje te oznaczały "zobowiązanie konkretnej osoby do konkretnego zadania". "Ta osoba zobowiązywała się, że nie ujawni przed nikim faktu podpisania tej instrukcji" - dodał.

Według niego, "trzeba patrzeć na sprawę z dwóch punktów widzenia", jeden to sprawa pozyskania kogoś do współpracy, a drugi - ustalenie, czy to zobowiązanie zostało zmaterializowane. Zdaniem byłego RIP tylko w tym drugim przypadku można mówić, że do  współpracy doszło; ponadto - podkreślił Nizieński - informacje przekazywane służbom specjalnym PRL muszą okazać się przydatne dla  pracy tych służb. "W sprawie Belki trzeba sprawdzić, czy materiały przekazane miały taką cechę, czy też nie. Zabrakło mi na to czasu" - oświadczył Nizieński.

Jak wyjaśnił, instrukcje wyjazdowe nie miały standardowej treści. "Były różne, zależały od wydziału, który pozyskiwał. Była przygotowywana w zależności od konkretnego, osobowego źródła informacji" - dodał.

ss, em, pap

Czytaj też: MAREK BELKA - AGENT BELCH?

Czytaj także

 0