Szoł Marcinkiewicza

Szoł Marcinkiewicza

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nietrudno sobie wyobrazić minę nadburmistrza Berlina, który niespodziewanie rano, przy goleniu dowiedział się, że nie zaszczyci go swoją osobą tymczasowy komisarz Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz, bo nie podoba mu się wystawa (której zresztą nie widział) zorganizowana przez Erikę Steinbach, poświęcona wypędzeniom XX wieku.
Brak klasy Marcinkiewicza można by wybaczyć, gdyby chodziło o jego wizytę w Grójcu. Wszak można tam pojechać każdego dnia, o każdej porze, a słynący z gościnności mieszkańcy tego miasta są wyrozumiali dla najbardziej kapryśnych gości.

Wizyta włodarza stolicy Polski w Berlinie to jednak wycieczka o wiele poważniejsza, i to nie tylko dlatego, że fundowana za pieniądze podatników. Wyjazd miał przede wszystkim służyć konkretnym celom. Kazimierz Marcinkiewicz jechał tam jako zarządca mienia komunalnego sporego europejskiego miasta, po to by uczyć się, jak takim majątkiem zarządzać, o czym jako absolwent fizyki nie ma przecież bladego pojęcia. Niestety, pomyliły mu się role menedżera i polityka, którym de facto jako komisarz Warszawy już nie jest i zaryzykował polityczny szoł. Niewiele znaczącą wystawę, znanej ze skrajnych poglądów Niemki, która już z tego powodu nie cieszy się popularnością w swoim kraju, Marcinkiewicz wolał wykorzystać do zdobycia dla siebie kilku punktów w wyborach na prezydenta Warszawy, niż swoją obecnością w Berlinie zaświadczyć, że stolica Polski i jej mieszkańcy są zainteresowani budowaniem przyszłości z Niemcami, pozbawionej fobii i wzajemnej niechęci. Te negatywne emocje od lat obce są polskim kupcom, murarzom, dekarzom, hydraulikom i zatrudniającym ich Niemcom. I to co dzieje się ostatnio w polskiej polityce zagranicznej budzić może w nich tylko konsternację. Niestety, nie dociera to do obecnie rządzących polityków, którzy najwyraźniej muszą dowartościować się coraz to nową polsko-niemiecką wojną medialną. Zarówno podniesienie do rangi wielkiego opiniotwórczego medium marginalnej gazetki Tageszeitung jak i uczynienie międzynarodowej afery z nie obrażającej nikogo wystawy (jest tam m.in. mowa o rzezi miliona Ormian w Turcji - pierwszym holokauście XX wieku, jest nawet flaga Sybiraków, wspominająca i o naszej epopei), można by nazwać polityczną błazenadą. Warto by jednak przypomnieć politykom, że Niemcy to nasz największy i najsilniejszy sąsiad, który w staraniach naszego kraju o uczestnictwo w zjednoczonej Europie był naszym najbardziej lojalnym partnerem. Niemcy to tak naprawdę kraj zapatrzony w przyszłość i tylko taki sąsiad może być ich partnerem.