Mentalność małego miasta. Z zaścianka wdziera się na salony

Mentalność małego miasta. Z zaścianka wdziera się na salony

Scena z filmu "Honorowy obywatel"
Scena z filmu "Honorowy obywatel" / Źródło: fot. Filmweb
Rzadko zdarza się taki film. „Honorowy obywatel” jest lekki i pełen inteligentnego humoru. A jednocześnie to celna diagnoza współczesnego świata i refleksja nad rolą sztuki.

Mariano Cohn i Gaston Duprat dotykają argentyńskiego czułego punktu: żaden pisarz z tego kraju, (nawet Borges czy Cortazar) nie dostał Nagrody Nobla. Bohater filmu, Daniel Mantovani, jako pierwszy dostąpi tego zaszczytu. Jednak później, gdy dostaje kolejne zaproszenia na wykłady, odczyty i ceremonie, konsekwentnie odmawia. Łamie się, gdy zaprasza go burmistrz rodzinnego Salas, w którym nie był od dekad. A przecież to kolebka jego wyobraźni.

Para reżyserów świetnie pokazuje, jak sentymentalna podróż zamienia się w piekło. „Honorowy obywatel” to ostra i bezkompromisowa wiwisekcja zamkniętego, małomiasteczkowego sposobu myślenia. Lokalna piękność pozdrawia przechodniów z wozu strażackiego, którym przewożą Mantovaniego, wszystko przeżerają układy i kompromisy, a miejscowy działacz kultury o talencie mniejszym niż autorki „50 twarzy Greya” nawołuje do potępienia „antyargentyńskich” tekstów noblisty.

Właśnie na pytaniu o znaczeniu sztuki w czasach pełnych małostkowości, nacjonalizmu i prymitywizmu koncentrują się twórcy. Bo przecież dzisiaj niechętni do spojrzenia w lustro są nie tylko prowincjonalni kaowcy. Całe społeczeństwa zmusza się do oglądania apeli ku czci zamiast uczciwych filmów i książek o historii i współczesności. I to chyba uderza najmocniej w „Honorowym obywatelu”. Cohn i Duprat perfekcyjnie uchwycili mentalność, która z zaścianka wdziera się na salony.

Czytaj także

 6

Czytaj także