Kryptonim HHhH - bo to zły mężczyzna był

Kryptonim HHhH - bo to zły mężczyzna był

Kryptonim HHhH - bo to zły mężczyzna był
Kryptonim HHhH - bo to zły mężczyzna był / Źródło: M2Films
„Kryptonim HHhH”, a w zasadzie „Człowiek o żelaznym sercu” (jak bohatera nazywał sam Fuhrer (i jak brzmi oryginalny tytuł dzieła)) w reżyserii Cedrica Jimeneza jest nie tyle opowieścią o Reinhardzie Heydrichu, pomocniku Heinricha Himmlera, co też historią zamachu na jego osobę.

Opowieść podzielona jest na dwie części, z czego druga w pełni przyćmiewa pierwszą. Początkowa godzina to próba przedstawienia sylwetki Heydricha i ukazania jego drogi na szczyty władzy. Niestety “próba” to najlepsze słowo, jakim można określić poczynania zarówno scenarzysty, reżysera, jak i samych aktorów w ukazaniu tego tematu. Film tak skrótowo i powierzchownie maluje portret Reinharda, że należy na słowo uwierzyć w jego przemianę. Obraz zupełnie pomija bowiem najciekawszą część opowieści, czyli fakt w jaki sposób Reinhard z mężczyzny, który pyta kokietującej go kobiety “jaką książkę napisał Hitler?”, w bezwzględnego, pozbawionego skrupułów nazistę, który bez mrugnięcia okiem rozmawia o eksterminacji milionów ludzi. Jest to o tyle dziwne, że gdyby nie ta linijka tekstu o książce Hitlera, moglibyśmy uznać, że Heydrich od zawsze głęboko wierzył w ideologię III Rzeszy. A tak, pozbawienie widza kilku scen, które ukazują nam, co przekonało mężczyznę w wizji Hitlera, zdaje się strzałem w stopę. Zwłaszcza, że aktorzy niezwykle stereotypowo malują swoich bohaterów, nie potrafiąc wyjść poza komiksową dwuwymiarowość „Tych Złych”.

Na szczęście druga historia, powracająca kilkakrotnie w scenie, w której młody chłopak wbiega pod samochód Heydricha, celując w niego z pistoletu, jest już dużo ciekawsza i lepiej poprowadzona. Opowieść o czechosłowackim ruchu oporu, prezentowana z perspektywy dwóch mężczyzn, którzy planują zamach na Heydrichu podczas jego pobytu w Pradze jako Protektora Czech i Moraw (czyli „Operacja Anthropoid”), choć poprowadzona utartymi ścieżkami, dzięki wyraźnemu celowi, interesującym bohaterom oraz wyraźnym konflikcie dramaturgicznym, potrafi wzbudzić zainteresowanie, pozwala kibicować bohaterom i budzi emocje.

Zasługa w tym nie tylko aktorów, którzy umiejętnie pokazali bolączki swoich postaci, co samego sposobu prowadzenia opowieści, który co krok piętrzy przed bohaterami problemy. To zaś umożliwia większe wczucie się w ich sytuację i kibicowanie ich poczynaniom. Paradoksalnie zaś najbardziej emocjonalna scena całego obrazu, przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, z rąk trzecioplanowych bohaterów, którzy stanowili jedynie tło akcji. Moment, w którym ojciec z synem postanawiają dokonać kroków ostatecznych sami, zanim zostaną złapani przez policję, należy do najmocniejszych fragmentów obrazu, oddziałując na instynkt i podstawowe emocje widza. Jest to też o tyle ciekawe, że niewiele o bohaterach wiemy, a jednak ich ból jest współodczuwalny. Stanowi to także niezwykle silny kontrast do wielu scen ukazujących rozstrzeliwanie ludności krajów okupowanych (w tym Polski), które są tak mechaniczne, że nie budzą ani cienia trwogi.

Mimo wielu cierpkich słów względem pierwszej połowy obrazu, należy zaznaczyć, że nie jest to zły film. To jednak obraz, który długo dochodzi do swoich prawdziwie dobrych, angażujących scen, przez sporą część każąc nam zastanawiać się nad celem całej historii. Kiedy ten jednak przychodzi, okazuje się, że w ostatecznym rozrachunku warto zapoznać się z przedstawioną w „Kryptonimie HHhH” opowieścią.

Ocena: 6,5/10 

PS. Gdybyście zastanawiali się nad geneza tytułu - tak nazywa się książka Laurenta Bineta, będąca bazą dla scenariusza. Samo “HHhH” oznacza zaś „Himmlers Hirn heißt Heydrich", czyli “Mozg Himmlera nazywa się Heydrich”. Ale nie liczcie, ze dowiecie się tego z filmu.

Czytaj także

 0

Czytaj także