DARK - tajemnice małego miasteczka

DARK - tajemnice małego miasteczka

kadr z serialu "Dark" (2017)
kadr z serialu "Dark" (2017) / Źródło: Netflix.com
„Dark”, najnowszy serial Netflixa, to wyprodukowana w Europie opowieść stworzona przez Barana bo Odara i Jantje Friese, dwójkę niemieckich twórców, którzy zasłynęli obrazem: „Who Am I”, który okazał się wielkim kasowym sukcesem zarówno w Niemczech, jak i na świecie. Ich najnowsza produkcja, „Dark” określana jest jako mieszanka „Stranger Things” i „Belfra”.

Z dwójką showrunnerów mieliśmy przyjemność porozmawiać podczas Festiwalu Filmowego w Toronto, gdzie odbyła się światowa premiera produkcji.

Michał Kaczoń, FILM: „Dark” w kilku słowach to…

Jantje Friese: „Dark” to serial, który działa na zasadzie łamigłówki. Z każdym odcinkiem dostajemy nowe poszlaki i wskazówki na temat głównej zagadki - dlaczego dzieci nikną w niewyjaśnionych okolicznościach. Całość rozgrywa się w małym niemieckim miasteczku. Opowiada o przeplatających się losach czterech rodzin - dzieciach, rodzicach i dziadkach. Szybko okazuje się, że przedstawiciele tych rodzin są w jakiś sposób powiązani z zaginięciami. Aż dowiadujemy się, że cała historia ma związek z jakimś nadprzyrodzonym fenomenem, który łamie zasady czasoprzestrzeni.

Jak doszło do współpracy z Netflixem i jak ona przebiegała?

Baran bo Odar: Nakręciliśmy wcześniej film „Who Am I”, który był pokazywany na Festiwalu Filmowym w Toronto i był wielkim hitem nie tylko w Niemczech, ale i na świecie. Przedstawiciele Netflixa widzieli ten film i przyszli do nas z propozycją, aby przerobić go na serial. Nie zgodziliśmy się, gdyż nie lubimy się powtarzać. Kiedy wychodzimy z jakiegoś świata, lubimy zamknąć za sobą furtkę i przejść do nowych projektów. Podsunęliśmy więc Netflixowi kilka innych pomysłów i „Dark” spodobało im się najbardziej.

Jantje: Mieliśmy ogromną wolność twórczą. Netflix trzymał nas na bardzo długiej smyczy, pozwalając eksplorować nasze pomysły w dowolny sposób. Ich podejście jest bardzo zdrowe - skoro zebraliśmy właśnie taką grupę ludzi, to wierzymy, że są w stanie przekazać nam najlepszy produkt, zgodny z własnymi pomysłami.

Czy dawali Wam jakieś uwagi?

Jantje: Tak, byli z nami w stałym kontakcie. Były to jednak bardzo precyzyjne uwagi, których celem było wspomożenie nas w jak najlepszym opowiedzeniu historii. Dostawaliśmy jedną stronę uwag na odcinek. Wśród nich rzeczy w stylu: czy konflikt między tą dwójką bohaterów mógłby być jeszcze wyraźniej zarysowany? Rzeczy w tym stylu. Nigdy nie chcieli przepchnąć własnych pomysłów, ufając naszej wyobraźni. To były świetne warunki pracy.

Oglądając Wasz serial, na myśl przychodzi „Stranger Things”, czy „The Returned”. Czy spodziewaliście się takich porównań, tworząc swoją historię?

Baran: Na pewno nie zaszkodzą nam porównania do „Stranger Things”. Im więcej ludzi, którzy oglądają ten serial, sięgnie potem po nasz, tym lepiej dla nas. Możemy stać się hitem (śmiech).

Jantje: Biorąc pod uwagę, że wspomniane produkcje są serialami, skupiającymi się na pewnej tajemnicy, zrozumiałe jest, że można wysnuć takie porównania. Nasze wpływy pochodzą jednak raczej z wcześniejszych czasów. Oboje wychowaliśmy się na Twin Peaks. Jeśli więc przyglądać się wpływom i inspiracjom, bliżej jest nam do świata Davida Lyncha.

Baran: Jeśli mowa o dziełach, które nas ukształtowały, to na pewno warto wspomnieć też o Erze Nowego Hollywood i amerykańskich filmach lat 70. „Wszyscy ludzie prezydenta”, „Taksówkarz” to filmy, które zostały w moim sercu na długo. Uwielbiam też kino Korei Południowej i azjatyckie filmy w ogóle. Sądzę, że Koreańczycy są świetni w czymś, co my też próbujemy robić w naszej twórczości - niezwykle umiejętnie mieszają ze sobą gatunki. Weźmy chociażby takie „The Host” Joon-ho Bonga, które jest według mnie filmem wybitny, właśnie dzięki temu, że jest to mieszanka komedii i horroru. Czy jego „Zagadka Zbrodni”, które też jest powalające, a łączy komedię z opowieścią detektywistyczną.

Jantje: Rzeczywiście - wiele rzeczy nas inspiruje - do tego, co powiedział Baran, dodałabym też kino z Danii, które silnie na nas oddziałuje. Jeśli zaś koniecznie musimy wracać do niemieckiej tradycji, o którą często jesteśmy pytani, to filmem, który zdecydowanie ukzstałtował nasz pogląd na kino, jest „M jak Morderstwo” Fritza Langa, które choć oglądaliśmy wieki temu, wciąż ma ważne miejsce w naszych sercach.

Porozmawiajmy o zdjęciach i stylu filmowania. „Dark” posiada bardzo wyrazisty wizualny styl. Jak doszło do jego powstania?

Baran: Myślę obrazami. Chciałem kiedyś zostać malarzem. Obraz i strona wizualna są dla mnie ogromnie ważne. Zgadzam się z tym, że „obraz wart jest 1000 słów” (oczywiście lubię też książki (śmiech)). W przeszłości rysowałem też komiksy. Obraz jest dla mnie nośnikiem emocji.

Pracując nad stylem „Dark” silnie inspirowaliśmy się fotografią Gregory’ego Crewdsona, nowojorskiego fotografa, który robił piękne zdjęcia życia na przedmieściach, ale uzupełniał je jakimś dodatkowym elementem, który zmieniał percepcję całości. Dla przykładu - mamy scenę zwykłego rodzinnego obiadu, a w drzwiach stoi naga kobieta. Crewdson potrafił w niezwykle ciekawy sposób zestawiać to, co spodziewane z tym, co niespodziewane. Lubię takie podejście, gdyż rodzi ono pytania. A ja wolę pytania od odpowiedzi.

Na wczesnym etapie produkcji daliśmy ekipie albumy z tymi fotografiami, mówiąc, że chcemy pójść właśnie w tę stronę wizualnie i stylistycznie. Później zaczęła się normalna praca - rozpisanie ujęć, rysowanie storyboardów, rozmowy z operatorem, z którym pracujemy już od dłuższego czasu, więc świetnie się rozumiemy. Obaj nie lubimy jasnych zdjęć i nadmiernego koloru…

Dlatego jest tu tak „ciemno” (ang. „dark”) (śmiech)?

Baran: Tak, dokładnie. Chciałem nawet, by było jeszcze ciemniej, ale już bardziej się nie dało. Istnieje bowiem pewna granica naświetlenia i niedoświetlenia. Tak, jak w „Azylu” Davida Finchera. Gdy pierwsi widzowie wychodzili z kina, byli w ogromnym szoku, bo prawie nic nie widzieli. Dla mnie właśnie to było genialne, bo dokładnie to tworzyło atmosferę tego filmu. To uczucie, w którym przez głowę przelatuje: „Co? Co się stało? Nie widziałem tej twarzy…”. Ogromnie mi się to podobało, bo też wpisywało się w koncepcję pytań bez odpowiedzi. Lubię, gdy muszę w kinie myśleć, gdy nie dostaję wszystkich odpowiedzi. Według mnie to właśnie tak przyciąga mnie też do horroru. „Lśnienie” jest lepszym horrorem od wielu innych, właśnie dlatego że nie dostajemy wszystkich odpowiedzi. Ale to chyba rozważania na inny czas.

Jantje: To jest też świetne w historiach, które opierają się na tajemnicach. Widz sam wyrusza w podróż, próbując ułożyć sobie wszystko w głowie. Rozpoczyna własną narrację, nadbudowującą to, co rzeczywiście ogląda. Nie tylko coś dostaje i konsumuje, ale zawsze z tyłu głowy pojawia się znak zapytania, za którym może podążyć. I wtedy zaczyna snuć własną historię. Można to porównać właśnie do ciemności i światła, o których rozmawialiśmy. Bardzo często to, czego nie widać, opowiada nam dużo więcej niż to, co jest widzialne.

Skoro rozmawiamy o stronie wizualnej, nie można pominąć też wyrazistej lokalizacja i niecodziennego stylu wnętrz? Jak pracowaliście nad tymi aspektami?

Baran: Z powodu mojego poprzedniego projektu, który kręciłem w Stanach, byłem oddalony od domu i rodziny. Kiedy więc pojawiła się propozycja od Netflixa, szybko stwierdziliśmy, że chcemy go kręcić w miejscu, w którym mieszkamy. Całość powstała więc w Berlinie i jego okolicach. W ten sposób stworzyliśmy wizję naszego małego miasteczka, oddalonego od wielkiego centrum. Zależało nam na tym, by było ono jak najbardziej uniwersalne, by było to „małe niemieckie miasteczko” niż prawdziwa rozpoznawalna lokalizacja.

Wszystkie wnętrza kręciliśmy oczywiście w studio. Jeśli chodzi o ich wygląd, to miał on związek z moim umiłowaniem do malowania. Niemal każda lokalizacja powstała z połączenia jedynie dwóch, trzech kolorów. Oczywiście są artyści, którzy malują we wszystkich barwach, ja jednak wolę ograniczoną paletę. To był pomysł wyjściowy, potem trzeba było tylko zdecydować czyj dom będzie bardziej brązowawy, a czyj niebieskawy. Tak zrodził się pomysł na wygląd wnętrz.

A jak ma się sprawa z białym pokojem z telewizorem, w którym znajduje się jeden z bohaterów?

Baran: Lubimy kontrast. Pomyśleliśmy, że sytuacja, w której znalazł się bohater, przypomina piekło. Dlatego dla kontrastu z tym, co przeżywa chłopak, zdecydowaliśmy, że sam wygląd pokoju będzie aż nadmiernie jasny, ciepły, kolorowy. Przy pracy nad wyglądem tego pomieszczenia inspirowaliśmy się też „Oldboyem” Park Chan Wooka.

Jantje: Jeśli zaś chodzi o wybór małego miasteczka na miejsce akcji, to warto zauważyć, że oboje wychowaliśmy się w takich miejscach i zawsze intrygowało nas to, że posiadają one dwie strony medalu. Niemal plakatowa małomiasteczkowa sielanka przeplata się z mrokiem i siłami ciemności, skrywanymi pod fasadą. Nigdy tak naprawdę nie wiemy co kryje się w cieniu. Nie wiemy nawet co dzieje się za zamkniętymi drzwiami naszych sąsiadów. Cholera, nawet nie wiemy co dzieje się za zamkniętymi drzwiami naszych rodziców (śmiech). Intryguje nas ta dychotomia - tego, co widoczne na pierwszy rzut oka i tego, co kryje się pod powierzchnią.

Nad miasteczkiem górują wielkie reaktory nuklearne. Sposób, w jaki je pokazujecie, sprawia wrażenie, że są one „złe” i „mroczne”? Czy to było wasze założenie od początku?

Jantje: Tak, oczywiście. Warto wynotować, że nasz serial wiąże się z historią, która miała miejsce w 1986 roku, czyli roku w którym doszło do wybuchu reaktora w Czarnobylu. Doskonale pamiętamy tamten moment, byliśmy wtedy dziećmi. To było przedziwne lato, cała Europa była jak na szpilkach. Wizja kwaśnego deszczu i innych zagrożeń sprawiła, że wszyscy byli niezwykle pobudzeni, niespokojni. Używając takiego punktu wyjścia dla naszej historii, chcieliśmy przyjrzeć się naszym własnym reakcjom, które mieliśmy jako dzieci. Chcieliśmy zbadać jak widmo katastrofy nuklearnej wpłynęło na nasz sposób myślenia.

Baran: Dodam tylko, że mój ojciec pracował wtedy w elektrowni atomowej.

Jantje: To też miało wpływ. Chcieliśmy zmierzyć się z własną personalną historią w sposób, który pozwoliłby nam eksplorować własne przeżycia z okresu dorastania.

Rozmawialiśmy o „Twin Peaks”, o pytaniach i odpowiedziach, o tworzeniu tajemnicy. Jak balansujecie potrzebę dawania odpowiedzi z ich nie udzielaniem? Jak znaleźliście balans między tymi dwiema skrajnościami?

Baran: W „Dark” odpowiadamy na wiele pytań, ale krok po kroku. To w końcu serial o zagadce, więc chcieliśmy tę zagadkę odkrywać powoli i umiejętnie dodawać kolejnych elementów układanki. Nie chcieliśmy udzielić wszystkich odpowiedzi w odcinku drugim, bo po co byłoby oglądać wszystkie dziesięć? To w końcu „mystery show”, chcesz poznawać kolejne elementy i samodzielnie układać je w całość. Jak w „Zagubionych”. Naprawdę kochaliśmy ten serial, gdy był na antenie, bo zadawał tyle pytań. Pomijam, że po sześciu sezonach, miał dość niesatysfakcjonujące zakończenie. Zanim jednak ono nastąpiło, ta produkcja wyśmienicie radziła sobie z tworzeniem zagadkowej atmosfery, podrzucaniem poszlak. Pamiętam, że googlowaliśmy poszczególne elementy, chcieliśmy dowiedzieć się więcej. Docieraliśmy nawet do stron internetowych, które miały całe wielkie teorie na temat tego, co się dzieje. To był największy fun z oglądania tego serialu. Że żył własnym życiem nawet po skończeniu seansu.

Jantje: Wracając jednak do początku tego pytania - jak znaleźć balans? Trzeba znaleźć swoją testową widownię, sprawdzać czy zaproponowane rozwiązania działają. W tym wypadku testowaliśmy to na sobie. Jeśli wydawało nam się, że udzieliliśmy wystarczającej liczby satysfakcjonujących odpowiedzi, to świetnie, mamy przynajmniej dwie osoby, które są zadowolone i możemy pracować dalej (śmiech).

Czy zastosowane rozwiązania działają także na polskiej widowni, dowiecie się włączając „Dark”, które dostępne jest od dzisiaj, 1 grudnia, na platformie Netflix.


/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także

 0

Czytaj także