Witkowski dla „Wprost”: Pociąg do klasyki

Witkowski dla „Wprost”: Pociąg do klasyki

Zdjecie profilowe Michał  Witkowski
Zdjecie profilowe Michał Witkowski
Okres, który obecnie nadchodzi, w przeciwieństwie do przedświątecznej i noworocznej gorączki, sprzyja na szczęście wyciszeniu. Teraz możemy wykroić dla siebie nieco czasu na nieśpieszne czytanie. Ale co czytać?

Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem albo choćby taką ciężką „Czarodziejską górą” Thomasa Manna. Kto uważa, że nie ma zaległości w klasyce, niech przejrzy sobie listy najważniejszych książek poszczególnych krajów. Nagle się okazuje, że tylko nam się zdawało, bo tak naprawdę oglądaliśmy kiepski film na motywach którejś ze słynnych cegieł.

W ostatnich latach właśnie zimą udało mi się nadrobić takie pozycje klasyki anglojęzycznej jak „Buszujący w zbożu”, „Paragraf 22”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Mechaniczna pomarańcza”, „Rzeźnia numer pięć”, „Nowy, wspaniały świat”, „Myszy i ludzie”, „Wielki Gatsby”, „Serce to samotny myśliwy”, „Chata wuja Toma” czy „Zabić drozda”. No dobrze, pomiędzy był jeden Coben w pociągu, ale czegóż to się nie czyta w pociągu... Swego czasu Jurek Pilch stworzył nawet specjalne określenie „literatura pociągowa”, do której natychmiast z podejrzanym zapałem zaliczył swoją powieść pt. „Spis cudzołożnic”...

W pociągu czyta się inaczej, w pociągu jesteśmy wyrwani z naszego kontekstu, czujemy się uwolnieni, niesie nas w dal, siedzimy w Warsie, pijemy kawę, za oknem drzewo, baba, krowa, budka, pole, wrona, czytamy. Pociąg jedzie do przodu i my jedziemy w tekście w tym samym kierunku, stąd cudowne poczucie współistnienia z pociągiem. Poza tym, że – rzecz jasna – każdy szanujący się obywatel tego kraju czyta w podróży tygodnik „Wprost” – jesteśmy w drodze bardziej otwarci na eksperymenty. Na przykład w ramach uzupełniania klasyki niemieckiej – wróciłem w pociągu do porzuconej ze wzgardą powieści Theodora Fontanego pt. „Effi Briest”. Wydaje wam się może, że to jest jakiś film? Nic bardziej mylnego. Niecierpliwość serca Stefana Zweiga w pociągu gdzieś zgubiła swój banalny sentymentalizm, podobnie jak tegoż autora „24 godziny z życia kobiety”.

To już jest nawet lepsze niż Coben! Można powiedzieć, że pęd pociągu „przewietrza” nieco zastałe powietrze zalegające niektóre pozycje klasyki. Ale żeby nie było tak wesoło: nadrabianie klasyki powieści światowej w „latach czterdziestych” życia to co innego niż czytanie jej za młodu. Nic, żaden pociąg, nawet Pendolino, nie przekona mnie do „Pani Bovary” – albo ta dziwka, albo ja, co za nudy! Nie ma takiej pierwszej klasy, w której nie zaproponowałbym bardzo daleko idących skrótów w „Czarodziejskiej górze” czy „Blaszanym bębenku”. Nie ma szans na to, abym – po zachwytach nad językiem przez pierwsze 20 stron – przeczytał 21. stronicę powieści „Mechaniczna pomarańcza”. Człowiek jest już jednak asertywny i nie daje sobie wciskać kitu, wszystkie te dzieła są genialne, ale z felerem. Nie czyta się już na kolanach, zresztą – w pociągu nie byłoby to zbyt wygodne...

Zawsze kiedy widzę, że ktoś czyta moją powieść w pociągu, rumienię się, targany sprzecznymi uczuciami: po pierwsze – zaraz podniesie głowę znad tekstu i zacznie się na mnie znacząco lampić. Tego nie lubimy. Po drugie – póki jeszcze czyta – możemy obserwować na twarzy gościa czy facetki całą,niczym nie zafałszowaną, „psychologię lektury” – uśmiechy, znudzenie, przewracanie kartek, żeby zobaczyć, ile tego jeszcze, a może nawet i zachwyt. Jak mnie zauważy, o szczerej lekturze nie będzie już mowy. Nie chciałbym być na jej (jego) miejscu: musieć czytać dalej, wiedząc, że autor obserwuje czujnie lekturę (udając, że patrzy w okno, że miesza kawę, że grzebie w komórce) – co za męka! Dlatego w pociągach należy czytać klasykę na tyle szacowną, aby autor już nie żył.

Okładka tygodnika WPROST: 2/2019
Felieton został opublikowany w 2/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także