Dziewczynka codziennie ryzykowała życie. Co ukrywała?

Dziewczynka codziennie ryzykowała życie. Co ukrywała?

Dita Krausova
Dita Krausova / Źródło: Wikipedia
Dita ma zaledwie czternaście lat, kiedy przyjeżdża do Auschwitz-Birkenau transportem z getta w Terezinie. Na ramieniu zostaje jej wytatuowany numer 73 305. Dziewczynka wspólnie z matką i ojcem zostaje ulokowana w tzw. obozie rodzinnym To jedyne miejsce w „fabryce śmierci”, w którym dzieci i ich rodzice mogą mieszkać razem. Jedyne, w którym działa tajna szkoła, z prawdziwymi, rozlatującymi się książkami, których było zaledwie osiem. Dita została ich strażniczką. Pod koniec dnia dziewczynka ukrywała je. Każdego wieczoru w innym miejscu.

„Bibliotekarka z Auschwitz” Antonio G. Iturbe to oparta na historii więźniarki obozu Auschwitz-Birkenau, opowieść o nastolatce, która ryzykowała życie, aby ocalić literaturę w piekle Holokaustu. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego publikujemy jej fragmenty.

Zagadkowy obóz rodzinny

Rudi Rosenberg jest w Auschwitz od dwóch lat, a to już wyczyn. Wyjątkowo korzystny zbieg okoliczności sprawił, że jako dziewiętnastolatek stał się weteranem i otrzymał stanowisko Schreibera – sekretarza mającego za zadanie rejestrować w księgach ruch więźniów, w miejscu gdzie przepływ ludzi jest tragicznie stały. Niemcy, skrupulatni nawet w zabijaniu, bardzo szanują to zajęcie. Dlatego Rudi Rosenberg nie nosi zwykłego pasiaka. Paraduje z dumą w starych spodniach do konnej jazdy, które w innych warunkach dawno zostałyby wyrzucone, ale które w Auschwitz okazują się strojem eleganckim. Oprócz kapo, kucharzy i zaufanych urzędników, takich jak sekretarze czy sekretarze blokowi, wszyscy więźniowie chodzą w brudnych pasiakach. Wyjątkowy jest pod tym względem obóz rodzinny.

Rudi mija posterunek w obozie kwarantanny, do którego jest przydzielony, posyłając w stronę strażników uprzejmy uśmiech wzorowego więźnia. Ci nie robią mu przeszkód, dowiedziawszy się, że zmierza do obozu BIId z przygotowanymi spisami. Idzie drogą łączącą z zewnątrz różne obozy w kompleksie Birkenau i patrzy z daleka na linię drzew na skraju lasu. O tej porze, późnym zimowym popołudniem, jest to zamazana kreska. Nagły powiew przynosi nawet łagodny zapach wilgotnej ściółki. Rudi zamyka na moment oczy, żeby nasycić się tą wonią. Wolność ma zapach mokrego lasu.

Został wezwany na tajne spotkanie w sprawie tego zagadkowego obozu rodzinnego. Napływają wspomnienia sprzed kilku miesięcy – chociaż w obozie, w owym miejscu spoza rzeczywistości, zdają mu się wydarzeniami z nieokreślonych, zamierzchłych czasów. Podobnie jak wskazówki kompasu tracą orientację w miarę zbliżania się do bieguna północnego, tak samo w Auschwitz gmatwają się rachuby kalendarzy.

Był wrześniowy ranek. Spodziewał się ujrzeć to co zawsze: ludzi skurczonych w swoich więziennych uniformach, z ogolonymi głowami, oszołomionych przybyciem do świata za drutami, w którym czuć swąd palonych ciał. Z jednakowym u wszystkich wyrazem twarzy, ponieważ szok zrównuje ludzi ze sobą. Jednak podnosząc wzrok znad stołu, zobaczył żywą twarzyczkę piegowatej dziewczynki z dwoma jasnymi warkoczykami, ściskającej pluszowego misia. Zamarł. Dziewczynka przyjrzała mu się uważnie. Po wszystkich okrucieństwach, jakie widział, Rudi zapomniał już, że można patrzeć na świat w ten sposób: bez lęku, złości, bez znamion obłędu. Dziewczynka miała sześć lat i była żywa, w Auschwitz. Zdało mu się to cudem.

Ani on, ani nikt z ruchu oporu nie mógł sobie wówczas wytłumaczyć, dlaczego Niemcy zostawili przy życiu dzieci. Coś podobnego zdarzyło się tylko w obozie dla Cyganów, z którego doktor Mengele wybierał ofiary do swoich eksperymentów związanych z badaniem ras, nigdy jednak nie spotkało Żydów. A w grudniu przybył kolejny transport, znowu z czeskiego getta w Terezinie. Procedura w wypadku transportów jest zawsze taka sama. Wyciąga się ludzi, waląc kolbami, i rozdziela mężczyzn i kobiety na dwie duże grupy. Od razu na rampie przechodzą pojedynczo przed lekarzem, który dokonuje selekcji, kierując ich na prawo bądź lewo. Po jednej stronie zbiera się osoby zdrowe, żeby wykorzystać je jako siłę roboczą. Starcy, dzieci, kobiety ciężarne i chorzy formują grupę, która nawet nie zobaczy obozu. Zostaną doprowadzeni bezpośrednio do pracujących dzień i noc krematoriów i tam zamordowani w komorach gazowych.

Po co w obozie pracy małe dzieci?

Kiedy Słowak dociera do umówionego punktu – w tylnej części jednego z baraków w obozie BIId – czeka tam już na niego dwóch mężczyzn. Jeden ma fartuch kucharza i jest chorobliwie blady. Przedstawia się jako Lem, tylko tyle. Drugi Dawid Szmulewski, najpierw dekarz, teraz pomocnik Blockältestera w baraku 27 w obozie BIId, jest ubrany po cywilnemu: znoszone wełniane spodnie i sweter wymięty jak jego twarz – na której ma wypisane całe życie.

Otrzymali już podstawowe informacje o przybyciu w grudniu nowego transportu do obozu rodzinnego BIIb, ale chcieliby usłyszeć od Rosenberga możliwie najwięcej szczegółów. Słowak potwierdza: w grudniu przybyło pięć tysięcy Żydów z Terezina. Przyjechali dwoma kolejnymi transportami, dwoma pociągami, w odstępie trzech dni. Podobnie jak we wrześniu pozwolono im zachować własne ubrania, nie ogolono głów, przepuszczono też dzieci. Obaj członkowie ruchu oporu słuchają relacji Rudiego w milczeniu. Wiedzą już o tym, ale trudno im tę wiadomość przyswoić: oto fabryka śmierci, jaką jest Auschwitz-Birkenau, miejsce, gdzie wykorzystuje się do ostatka niewolniczą pracę więźniów, działając w sposób absolutnie nierentowny, przeznacza jeden z obozów dla rodzin. Coś się tutaj nie zgadza.

– Nie pojmuję – mruczy Szmulewski. – Niemcy to psychopaci i kryminaliści, ale nie głupki. Po co im w obozie pracy małe dzieci, które muszą jeść, zajmują miejsce, a nie ma z nich żadnego pożytku?

– Czyżby miał to być przewidziany na szerszą skalę eksperyment obłąkanego doktora Mengele?

Nikt nie umie na to odpowiedzieć.

Rosenberg dotyka jednej z najbardziej niepokojących kwestii. Na formularzach dotyczących wrześniowego transportu widniała adnotacja: „Sonderbehandlung, procedura specjalna, po sześciu miesiącach”. Albo w skrócie: „SB6”.

– Udało się sprawdzić coś na temat tej procedury specjalnej?

Pytanie zawisa w powietrzu; nikt nie podejmuje wątku. Kucharz, Polak, próbuje zdrapać brud przyklejony do fartucha, który dawno już przestał być biały. Zdrapywanie z materiału skorupy brudu stało się dla niego zwyczajem nałogowym, jak dla innych palenie papierosów. Szmulewski mówi szeptem to, o czym myślą wszyscy: stosowana tutaj procedura jest na tyle specjalna, że polega na zabijaniu.

– Ale jaki w tym sens? – pyta go Rudi Rosenberg. – Jeśli chcą się ich pozbyć, po co wydawać przez pół roku pieniądze na karmienie? Nie widzę w tym logiki.

– Jakaś musi być. Jeśli czegoś się można dowiedzieć, pracując blisko nich, to tego, że we wszystkim istnieje pewna logika, jakakolwiek, choćby okrutna, bezlitosna. Nic nie jest przypadkowe i nie dzieje się ot, tak sobie. Więc i w tym musi się coś kryć. Niemcy nie są zdolni funkcjonować poza określoną logiką.

– Ale nawet gdyby procedura specjalna polegała na zaprowadzeniu ich do komory gazowej… to co moglibyśmy zrobić?

– Na razie niewiele. Nie mamy nawet pewności, czy to prawda.

Niemcy nie marnują niczego

W tym momencie nadchodzi czwarty mężczyzna, wysoki, mocno zbudowany. Wygląda na zdenerwowanego. On również nie ma na sobie pasiaka, tylko sweter z golfem – rzadki przywilej wśród więźniów. Rudi wykonuje ruch, jakby zamierzał odejść i nie przeszkadzać, lecz Polak gestem daje mu znak, żeby został.

– Dziękuję, że przyszedłeś, Szlomo. Dociera do nas bardzo niewiele informacji z Sonderkommando.

– Nie mogę zostać długo, Dawidzie.

Nowo przybyły młody człowiek żywo gestykuluje, z czego Rudi wnosi, że jest z południa Europy. Nie myli się. Szlomo pochodzi z włoskiej wspólnoty żydowskiej w Salonikach.

– Co się dzieje w tych komorach gazowych?

– Dziś rano trzysta osób, tylko w drugim krematorium.

Prawie same kobiety i dzieci. – Szlomo przerywa i patrzy na pozostałych. Zastanawia się, czy naprawdę możliwe jest wytłumaczenie tego, co niewytłumaczalne. Macha energicznie rękami i patrzy w górę, ale niebo jest zachmurzone. Musiał pomóc zdjąć buty dziewczynce, ponieważ jej matka trzymała na rękach niemowlę, a do pomieszczenia trzeba wchodzić nago. Pokazała mu język, kiedy zdejmował jej sandałki. Miała pewno nie więcej niż cztery latka.

– Niczego się nie domyślają?

– Oby mi Bóg wybaczył… Przyjeżdżają po trzech dniach podróży w wagonie. Otumanieni, przerażeni. Esesman z karabinem mówi im, że przejdą dezynfekcję, a oni wierzą. Jaki mają wybór? Słyszą, że mają powiesić ubranie na wieszakach i nawet zapamiętać numer, żeby je potem odnaleźć. Dlatego myślą, że wrócą. Nawet buty powinny być powiązane razem, żeby się nie pogubiły. W ten sposób łatwiej jest potem uporządkować obuwie i przewieźć je do Kanady, gdzie wybierane są najlepsze sztuki, przeznaczone do wysłania do Niemiec. Niemcy nie marnują niczego.

– A ty nie możesz ich ostrzec? — wpada mu w słowo Rudi.

Czuje utkwiony w sobie poważny wzrok Szmulewskiego. Rudi nie powinien się w tym miejscu odzywać. Jednak włosko-grecki Żyd odpowiada mu tym swoim zgnębionym głosem, jakby przepraszał za każde wypowiadane przez siebie słowo:

– Oby mi Bóg wybaczył… Nie, nie ostrzegam ich. Bo i po co? Co miałaby zrobić matka z dwójką dzieci? Porwać się na uzbrojonych strażników? Pobiliby ją na oczach dzieci, wdeptali w ziemię. Co zresztą robią. Jeśli ktoś chce o coś spytać, dostaje kolbą w szczękę, więc nikt się więcej nie odzywa, każdy patrzy gdzieś w bok. Esesmani nie pozwalają, żeby cokolwiek zakłóciło całą procedurę. Pewnego razu jakaś starsza kobieta, dobrze ubrana, wyprostowana, podeszła, prowadząc za rękę sześcio- czy siedmioletniego chłopczyka. Domyśliła się, nie wiem jak, że idą na śmierć. Upadła do nóg jednego z esesmanów, uklękła i błagała, żeby zabili ją, ale zostawili przy życiu dziecko. I wiecie, co zrobił strażnik? Rozpiął rozporek i na nią nasikał. Kobieta wróciła na swoje miejsce, upokorzona. Dziś jedna z kobiet, bardzo elegancka, na pewno z zamożnej rodziny, była bardzo skrępowana, kiedy kazano jej się rozbierać. Stanąłem przed nią, tyłem do niej, żeby ją trochę osłonić. Potem tak się wstydziła stać przed nami nago, że próbowała się schować za córką; podziękowała mi uśmiechem…

Szlomo milknie na chwilę. Nikt się nie odzywa. Nawet pochylają głowy, jakby nie chcieli patrzeć na nagą matkę przytuloną do córki.

– Weszły z pozostałymi… Oby mi Bóg wybaczył. Wpychają ich siłą, rozumiesz? Więcej, niż się mieści. Zdrowszych zostawiają na koniec, po czym bijąc pałkami, każą im wchodzić i napierać na tych, co są w środku. Potem komora jest zamykana, W środku są prysznice, żeby ludzie się nie bali i rzeczywiście spodziewali kąpieli.

– A potem? – pyta Szmulewski.

– Otwieramy pokrywę zasłaniającą otwór i esesman wrzuca granulki cyklonu. Trzeba odczekać piętnaście minut, nawet mniej… I cisza.

– Bardzo cierpią?

Najpierw słychać westchnienie, potem Szlomo znów patrzy w górę.

– Oby mi Bóg wybaczył. Nie wiecie, co to jest. Wchodzisz i widzisz stos splątanych ze sobą zwłok. Niektórzy giną na pewno zadeptani albo zaduszeni. Kiedy dociera trucizna, ciało musi reagować w straszliwy sposób – duszność, konwulsje. Zwłoki są umazane kałem. Oczy wychodzą im z orbit, zakrwawieni, jakby organizm pękł od środka. Ręce powykręcane, ciała posplatane ze sobą w beznadziejnej szamotaninie, szyje wyciągnięte, łapiące powietrze, można by powiedzieć, że chciały się oderwać. – Jaka jest twoja rola?

– Ja obcinam włosy, przede wszystkim długie, albo warkocze. Potem wrzuca się je na ciężarówkę. Moja praca jest lżejsza, więc czasem zamieniam się z kolegami, którzy wyrywają złote zęby. I wloką zwłoki, żeby dźwig zabrał je do krematorium. Strasznie jest ciągnąć ciała. Najpierw trzeba je rozłączyć, posplatane ramionami, ubrudzone krwią i wszystkim. Bierzesz rękę, jest mokra. Po chwili dłonie robią ci się tak śliskie, że nie możesz niczego utrzymać. W końcu zaczynamy sobie pomagać laskami starych ludzi, którzy zginęli: przyciągamy zwłoki, chwytając za szyję, tak jest najłatwiej. Tam, u góry, palą ciała.

– Słyszałem, że czasem używa się ciężkiego sprzętu.

– Tylko jeśli chodzi o tak zwaną zamiatarkę. Na koniec. Zabiera z rampy tych, którzy nie daliby rady iść: kaleki, chorych, starców. Przed krematorium wywrotka się otwiera i zrzuca ludzi na ziemię, jakby to był żwir. Rozbieranie ich i wpychanie do komory gazowej wymagałoby trudu. Unosimy ich po kolei za ucho i ramię, a esesman strzela im w głowę. Potem musimy im szybko opuszczać głowy, kiedy upadają, bo krew tryska strumieniami, a esesman, jeśli zostanie obryzgany, może się wściec i nas ukarać, nawet zastrzelić na miejscu.

– Ilu ludzi się morduje w ciągu jednego dnia?

– Kto to wie. Jedna zmiana pracuje w dzień, druga w nocy, nie ma przerwy. Setki osób za jednym zamachem, i to tylko w naszym krematorium. Czasem w ciągu dnia jest tylko jedna akcja, czasem dwie. Nieraz krematoria mają za małą przepustowość, nie daje się spalić wszystkich ciał, musimy wywozić zwłoki na polanę w lesie. Wrzucamy je na ciężarówkę, a potem znowu wyładowujemy.

– I zakopujecie w ziemi?

– Zbyt wielu ludzi musiałoby przy tym pracować! Nie chcą tak. Oby mi Bóg wybaczył. Polewa się zwłoki benzyną i pali. Potem trzeba zebrać szczątki łopatami i wrzucić na ciężarówkę. Chyba tym nawożą. Kości biodrowe są za duże i się nie spopielają. Trzeba je miażdżyć.

– Boże… – szepcze Rudi.

– Jakby ktoś nie wiedział – mówi Szmulewski poważnie – to jest Auschwitz-Birkenau.

Co się z nimi stało?

Walter Rosenberg

Po wojnie zmienił nazwisko na Rudolf Vrba. Po ucieczce z Auschwitz czym prędzej podyktował przywódcom żydowskim z Żyliny raport na temat tego, co naprawdę działo się z deportowanymi w Auschwitz, a nie miało nic wspólnego z nazistowskimi kłamstwami. Raport został przesłany do Budapesztu, jednak niektórzy przywódcy żydowscy nie potraktowali go dostatecznie poważnie i w maju Niemcy zaczęli wysyłać do dwunastu tysięcy Żydów dziennie do Auschwitz. Razem z towarzyszem ucieczki, Fredem Wetzlerem, przygotował kolejny szczegółowy raport, który pozwolił światu poznać straszliwą prawdę o obozach koncentracyjnych. Tekst raportu stanowił jeden z dowodów wykorzystanych w procesach norymberskich. Po wojnie Rosenberg został odznaczony. Ukończył chemię na uniwersytecie w Pradze i stał się jednym z najbardziej szanowanych uczonych w dziedzinie neurochemii. Mieszkał w Kanadzie, zmarł w roku 2006. Jego ostre słowa krytyki pod adresem eminentnych członków węgierskiej społeczności żydowskiej, którzy później mieli odegrać ważną rolę w tworzeniu państwa Izrael, sprawiły, że przez kilkadziesiąt lat pewne środowiska w Izraelu kwestionowały znaczenie jego świadectwa i wartość jego samego jako człowieka; jeszcze dziś jest on tam postacią kontrowersyjną.

Dawid Szmulewski

Członek ruchu oporu w Auschwitz-Birkenau, w momencie aresztowania miał już za sobą wiele doświadczeń jako zaangażowany komunista: walczył w Brygadach Międzynarodowych w czasie hiszpańskiej wojny domowej, a potem z Niemcami. Po wojnie pełnił ważne funkcje w partii komunistycznej w Polsce. Udział w aferze związanej z handlem dziełami sztuki zmusił go do odejścia z partii i schronienia się w Paryżu, gdzie mieszkał do końca życia. Nie wiadomo, w jakiej mierze zamieszanie Szmulewskiego w aferę z dziełami sztuki było manewrem władz partii komunistycznej, mającym na celu zniesławienie go, jako że kondycja bohatera wojennego czyniła go nietykalnym. Jego krewny, zmarły w 2011 roku kontrowersyjny i sławny intelektualista angielski Christopher Hitchens, opowiedział o niektórych z tych zdarzeń w książce „Hitch-22”.

* Fragment powieści „Bibliotekarka z Auschwitz” Antonio G. Iturbe (przeł. Marta Szafrańska – Brandt). Książka ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Antonio González Iturbe – urodził się w 1967 r. w hiszpańskiej Saragossie. Dziennikarz, pisarz, wykładowca akademicki i redaktor naczelny pisma literackiego „Librújula”, autor powieści dla dzieci i dorosłych. Za książkę „A cielo abierto" otrzymał w 2017 roku Premio Biblioteca Breve.

Czytaj także:
„Stały nagie na oczach strażników, krew spływała po nogach”. Relacja ocalałej z Auschwitz

Źródło: WPROST.pl

Czytaj także

 0