Prawnicy bez psychotropów

Prawnicy bez psychotropów

"Michael Clayton" to typowe dla Hollywood kino lewicowo zaangażowane. Ale dzięki reżyserowi i George’owi Clooney’owi ogląda się je bardzo dobrze.
W "Adwokacie diabła" z 1997 roku młody, szalenie zdolny prawnik okazuje się być marionetką w rękach szatana. Tony Gilroy, scenarzysta tamtego filmu, wrócił do tego tematu w swoim debiucie reżyserskim - tyle że a rebours. „Michael Clayton" to film o prawniku stojącym po ciemnej stronie mocy (czytaj: dokonującym cudów, by wybielić wysoko postawionych pracodawców). Pod wpływem kolegi, który właśnie odstawił psychotropy, próbuje jednak znaleźć wspólny mianownik między własnym zawodem i sumieniem.

Pomysł na film o nawróconym grzeszniku jest dość ograny, ale mimo to "Michaela Claytona" ogląda się bardzo dobrze. Głównie dzięki sprawnej reżyserii. Gilroy nakręcił obraz zgodnie z założeniem: minimum słów, maksimum treści. Efekt wzbogacił świetnie dobranymi plenerami (piękne zdjęcia nowojorskich loftów). Reżyserowi można jedynie zarzucić, że nakręcił film nieco zbyt monotonny – ale jak na debiutanta to bardzo niewiele.

Wrażenie robi George Clooney w tytułowej roli. Od pewnego czasu obserwujemy jego głęboką przemianę. Zdobył on sławę rolą w serialu "Ostry dyżur" i szybko wyrobił sobie opinię bon vivanta oraz podrywacza. Wyraźnie widać, że to mu nie wystarcza. Dlatego wziął się za reżyserię („Good Night, and Good Luck") i występuje w filmach klasy A („Syriana”). To jego ambitne kino jest przewidywalne – cechuje je typowe dla Hollywood lewicowe odchylenie. Ale na pewno jest to coś więcej niż tylko uśmiechanie się z ekranu do tłumu piszczących nastolatek. Także w "Michaelu Claytonie" Clooney zachowuje się jak prawnik z wątpliwościami, a nie jak zblazowany playboy. I ma dużą szansę na Oscara za tę rolę – a jeszcze pięć lat temu wydawało się, że prędzej na Marsa doleci załogowa misja niż on po czerwonym dywanie wejdzie do Kodak Theatre w Los Angeles.

"Michael Clayton", reż. Tony Gilroy, USA, 2007

Czytaj także

 0