Menadżer ujawnia szczegóły z życia Kurta Cobaina. „Wszystko zrobił z premedytacją”

Menadżer ujawnia szczegóły z życia Kurta Cobaina. „Wszystko zrobił z premedytacją”

Kurt Cobain
Kurt Cobain / Źródło: Newspix.pl / ZUMA
Kurt Cobain, legendarny wokalista Nirvany, popełnił samobójstwo 5 kwietnia 1994 roku. Po 25 latach od tego tragicznego zdarzenia menadżer Danny Goldberg napisał biografię wokalisty „Wspominając Kurta Cobaina. Biografia lidera Nirvany”. Zostanie wydana 27 listopada nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Początek 1991 roku. Danny Goldberg, znany menedżer muzyczny, zgadza się wziąć pod swoje skrzydła rokujący młody zespół z podziemnej sceny muzycznej w Seattle. Nie ma pojęcia, że lider Nirvany stanie się ikoną popkultury na miarę Johna Lennona, Michaela Jacksona czy Elvisa Presleya. Danny znał Kurta jak mało kto. Był z nim od początku aż do tragicznego końca. Jego opowieść o legendzie Nirvany, oparta na własnych wspomnieniach, relacjach rodziny i przyjaciół nigdy wcześniej nie upublicznianych, ukazuje postać Kurta w całkiem nowym świetle.

Przedpremierowe fragmenty książki

Fragment rozdziału „Nevermind”

Chociaż efekty uboczne sławy dezorientowały, a czasem wręcz zamęczały Kurta, z perspektywy czasu widzę wyraźnie, że skrupulatnie, od lat planował on sukces osiągnięty na własnych zasadach. Trajektoria i intensywność jego kariery nie były dziełem przypadku. Wszystko zrobił z premedytacją.

Latem 1990 roku, kilka miesięcy przed rozpoczęciem naszej współpracy z zespołem, Nirvana zaangażowała prawnika z Los Angeles, Allena Mintza, żeby pomógł im porównać oferty innych firm fonograficznych. We wrześniu Sub Pop wypuścił singiel z nową piosenką Sliver – było to jedno z ostatnich wydawnictw Nirvany pod szyldem tej wytwórni. Podobnie jak About a GirlBleach, Sliver miało chwytliwy refren, co stanowiło kolejny sygnał, że Kurt zamierza rozszerzyć brzmienie Nirvany poza granice grunge’u.

Niedługo potem Nirvana po raz kolejny wrzuciła wyższy bieg. Od strony artystycznej – Chada Channinga zastąpił za perkusją Dave Grohl. Od strony biznesowej – postanowili zatrudnić menedżera, co doprowadziło ich do naszego biura na początku listopada 1990 roku, niecały miesiąc po pierwszym koncercie z Grohlem w składzie.

W decyzji Kurta o opuszczeniu Sub Pop nie widziałem żadnych minusów. Szanowałem ideę lojalności wobec tych, którzy wspierali nas na początku, ale jak długo i za jaką cenę? Gdy spojrzeć na sprawę w oderwaniu od punkowych racjonalizacji, był to z grubsza ten sam konflikt co między artystami a ludźmi ze starej branży muzycznej. Z mojej perspektywy czterdziestolatka nie różniło się to od sporu Petera Granta z promotorami koncertowymi, którzy organizowali najwcześniejsze koncerty Led Zeppelin i twierdzili, że mają z tego tytułu moralne prawo do niższych stawek niż ich konkurencja również przy okazji wszystkich przyszłych koncertów. Kurt pozostał w przyjaźni z Ponemanem i innymi pracownikami Sub Pop do końca życia, ale nigdy nie kwestionował po fakcie swojej decyzji.

Oczywiście w dużych wytwórniach nadal pracowało mnóstwo fiutów. Zanim weszliśmy na scenę, Nirvana zdążyła już odbyć kilka spotkań. Kurt był szczególnie zniesmaczony pewnym odrażającym macho zatrudnionym na wysokim szczeblu w Capitol Records – dowcipkował on, że w piosence Polly łatwiej mu identyfikować się z gwałcicielem niż z ofiarą. Ten sam facet wydawał się znacznie bardziej podekscytowany biletami na mecz Lakersów, które udało mu się zdobyć (miał miejsca przy samym parkiecie), niż rozmowami o muzyce. Mimo to w 1990 roku w części dużych wytwórni pracowali już też młodzi ludzie, którzy znajdowali się kulturowo na tej samej planecie co Nirvana, więc ostatecznie zespół miał do wyboru kilka niezłych opcji.

Niektóre książki o Nirvanie opisują to tak, jakbyśmy sami podjęli za nich decyzję, z którą wytwórnią powinni podpisać kontrakt. Szefowie imprintu Charisma należącego do koncernu Virgin Records myśleli, że zostali wybrani, jeszcze zanim zespół spotkał się z nami. Przedstawicielom kilku innych wytwórni również wydawało się, że odbyli bardzo obiecujące spotkania z zespołem, i mocno się rozczarowali, gdy się do nich ponownie nie odezwaliśmy.

Jednakże Nirvana mogła bez problemu najpierw podpisać kontrakt, a dopiero potem zatrudnić menedżera. Moim zdaniem, mając na uwadze pozytywne doświadczenia Sonic Youth, Kurt już od jakiegoś czasu chciał znaleźć się w imprincie DGC podlegającym Geffen Records, a nasze relacje z tą firmą były prawdopodobnie jednym z powodów, dla których zdecydował się na współpracę z nami. Silva i ja z radością zgłosilibyśmy się do kogoś innego, gdyby tylko zespół sobie tego życzył, ale w ciągu kilku dni od naszego pierwszego spotkania muzycy zdecydowali, że chcą podpisać kontrakt z DGC.

Fragment rozdziału „Równia pochyła”

Dwa tygodnie później, w piątek 8 kwietnia, byłem w Nowym Jorku na spotkaniu z dyrektorem generalnym Atlantic Valem Azzolim i Stevie Nicks. Rozmawialiśmy o jej planowanej nowej płycie, kiedy moja asystentka dała mi znać, że Rosemary czeka przy telefonie i mówi, że to pilne. Dzwoniła do mnie z samochodu, bo właśnie jechała do Courtney, która ciągle przebywała na odwyku. Tłumaczyła, że musi jej powiedzieć, co się stało. Ponieważ nie miałem pojęcia, o czym mówi, odparła: „O mój Boże. Oczywiście, ty też jeszcze nic nie wiesz. Kurt się zabił”. Już nigdy nie otrząsnę się do końca z bólu i smutku, które przeszyły mnie w tamtej sekundzie.

Cierpienie wkrótce zastąpił szok oraz świadomość, że trzeba jakoś dalej „funkcjonować”. Wsiadłem w samolot powrotny do Los Angeles i nazajutrz razem z Rosemary, Katie i czteroipółmiesięcznym Maxem polecieliśmy do Seattle, gdzie czekała na nas limuzyna z kobietą za kierownicą. Szybko domyśliła się, że jesteśmy w mieście z powodu pogrzebu Kurta. „Wiecie, woziłam go kilka miesięcy temu. Był naprawdę miły. Powiedziałam mu, że mój czternastoletni syn jest jego wielkim fanem, a on zapytał, gdzie mieszkamy. Okazało się, że to po drodze do jego domu, więc zaproponował, żebyśmy się tam na chwilę zatrzymali, to pójdzie się z nim przywitać”. Potem dodała: „Kurt uścisnął rękę mojemu synowi, spojrzał mu w oczy i powiedział: »Wiesz co, twoja mama jest naprawdę świetnym kierowcą«”. Zanim dotarła do końca opowieści, była już cała we łzach, podobnie jak my. Kiedy ochłonęła, powiedziała jeszcze: „Mój syn bardzo się złości na tych, którzy teraz krytykują Kurta. Mówi, że po prosu nie rozumieją, co on przeżywał”.

Janet musiała ustalić, gdzie odbędzie się pogrzeb. Ponieważ Kurt popełnił samobójstwo, większość kościołów nie chciała go przyjąć. „Siedziałam w Four Seasons i wydzwaniałam na ślepo pod numery z książki telefonicznej. W końcu [menedżerka Soundgarden] Susan Silver zasugerowała, żebym spróbowała u unitarian”.

Jakiś czas później wszyscy byliśmy w domu Courtney. Po różnych pomieszczeniach kręciły się dziesiątki ludzi, ale kilkoro z nas usiadło razem z Courtney i matką Kurta, Wendy, w jednej z sypialni. Pojawiła się Kat Bjelland z Babes in Toyland – Courtney często ścinała się z nią na łamach prasy, ale obie nadal dużo dla siebie znaczyły.

Courtney powiedziała nam nagle, że znalazła list pożegnalny Kurta. Nie wiem, czy wcześniej nie chciała o tym wspominać, czy dopiero co się na niego natknęła. W kolejnych latach ten list był publikowany dziesiątki razy w różnych miejscach i poddawany rozmaitym interpretacjom, ale gdy czytała go wtedy na głos, była to naprawdę rozdzierająca serce chwila. Zaczęła: „Do Boddy: Mówię do was językiem doświadczonego prostaka, który zdecydowanie wolałby być zniewieściałym, infantylnym, wiecznie niezadowolonym typem…”. W tym momencie przerwała: „Kurwa, Kurt, nawet nie umiałeś dobrze napisać imienia Buddy”. Wtedy Wendy głośno westchnęła i wyjaśniła nam, że Bodda to imię wyimaginowanego przyjaciela Kurta z czasów, gdy był małym dzieckiem. Przez chwilę wszyscy siedzieliśmy jak oniemiali.

Później tego samego wieczoru Courtney wzięła mnie na stronę i powiedziała przez łzy: „Kurt i ja chcieliśmy być jak Danny i Rosemary, ale problem w tym, że oboje chcieliśmy być Rosemary”.

Spytała, czy wygłosiłbym mowę podczas nabożeństwa, a ja zacząłem się rozglądać po domu w poszukiwaniu Biblii. Ostatnio byłem na pogrzebie, na którym rabin odczytał poruszający fragment Księgi Koheleta: „Wszystko ma swój czas, (…) Jest czas rodzenia i czas umierania”. Chciała też, żeby po zakończeniu uroczystości poleciała jakaś piosenka, a ja zaproponowałem In My Life Johna Lennona.

W miejscu, które zaklepała Janet, Unitariańskim Kościele Prawdy, najpierw zabierali głos różni ludzie, którzy znali Kurta, kiedy dorastał, a później przyszła moja kolej. Nie zrobiłem sobie wcześniej żadnych notatek i o ile wiem, nie istnieje żadne nagranie z pogrzebu, więc nie pamiętam zbyt szczegółowo swojego wystąpienia. Wiem, że zacytowałem Koheleta i stwierdziłem, że Kurt był kimś szczególnym, świetlistą istotą, która zstąpiła na ziemię, bo później krytykował to w swojej książce Everett True. Ale tak uważałem wtedy i w dalszym ciągu tak uważam.

Nie chciałem, aby ludzie, którzy poznali go w ciągu ostatnich kilku lat, poczuli się wykluczeni. Eddie Rosenblatt powiedział, że na pogrzeb powinni przyjść tylko ci pracownicy Geffena, który znali Kurta osobiście, ale to i tak oznaczało, że w kościele tamtego dnia znaleźli się Gary Gersh, Mark Kates, John Rosenfelder, Ray Farrell i Robin Sloane. To oni głównie zaprzątali moje myśli, a także John Silva i inne osoby z Gold Mountain. Opowiadałem o naszej współpracy, gdy mieszkał w Los Angeles, o tym, jak walczył o zachowanie swojej tożsamości artystycznej, a jednocześnie starał się dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Myślałem też o Rosemary, więc przytoczyłem rozmowę, którą oboje z nim odbyliśmy, kiedy próbował zdecydować, czy wystąpić na rozdaniu nagród VMA, czy nie. I wreszcie, myślałem o żonie Kurta. „Rolling Stone” wydrukował jedno zdanie z mojej przemowy, które dzięki temu przetrwało: „Myślę, że gdyby nie poznał Courtney, opuściłby ten świat już dawno temu”.

Mam jedynie strzępki wspomnień na temat tego, co się działo później, kiedy z głośników leciała piosenka Lennona. Wiem, że gdy zobaczyłem Eddiego Rosenblatta, objąłem go i zacząłem szlochać w jego ramionach. Kilka minut później podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Podał mi rękę i przedstawił się jako Don Cobain, ojciec Kurta. Powiedziałem potem Kristowi, że nigdy wcześniej go nie spotkałem, a on odparł: „No tak. Kurt nigdy nie umiał mu wybaczyć”. A po chwili dodał smutno: „Ja wolę wybaczać”.

Medialne zainteresowanie śmiercią Kurta było ogromne. Mówiono o tym we wszystkich serwisach informacyjnych, a od Judy McGrath z MTV usłyszałem: „Kazałam swoim ludziom wyszukać wszystkie nagrania, jakie z nim mamy, każdą minutę, i puszczać wszystko na antenę”. „New York Times” zamieścił na pierwszej stronie nekrolog z nagłówkiem, w którym nazwano go „niechętnym poetą grunge rocka”. Oczywiście Kurt nie był specjalnie niechętny, nie uważał się za poetę i bardzo rzadko używał słowa „grunge”, lecz mimo to tekst miał w sobie jakieś dostojeństwo, które wydało mi się jak najbardziej na miejscu.

Nie każdy się z tym zgadzał. W programie CBS 60 Minutes publicysta Andy Rooney wyraził oburzenie tą ogromną falą emocji, którą wywołało samobójstwo narkomana. Zastanawiał się, czy tacy artyści „w ogóle dają coś w zamian światu, z którego tak wiele biorą”.

Czytaj także:
Fantazjowanie i rozmowy o śmierci przy kolacji. Kontrowersyjna filozofia

Źródło: WPROST.pl

Czytaj także

 1
  • Taka poważna gazeta, a jednak nie potrafi porządnie zapisać nazwiska artysty, którego dotyczy artykuł. Wstyd.