O tym Salinger nie pisał

O tym Salinger nie pisał

J. D. Salinger
J. D. Salinger / Źródło: Wikimedia Commons
W styczniu ubiegłego roku minęła setna rocznica urodzin J.D. Salingera. Teraz, 27 stycznia 2020 r. – 10 lat od jego śmierci. Przez trzy dekady XX w., głównie za sprawą powieści „Buszujący w zbożu”, Salinger był chyba najbardziej wpływowym pisarzem świata. A wciąż na publikację czeka co najmniej pięć jego książek.

Jego rocznic nie obchodzi się fajerwerkami. Opinia literacka już zmęczyła się Salingerem, cztery dostępne książki autora są już prześwietlone na wszystkie strony, biografia opisana w kilku wersjach, a zawartość literackiego sejfu pilnie strzeżona. Ale kolejne pokolenia czytelników ulegają magii tej twórczości i nadal podobno co roku sprzedaje się na całym świecie ok. ćwierć miliona egzemplarzy (wydanego po raz pierwszy w 1951 r.) „Buszującego w zbożu”.

W swojej jedynej powieści Salinger wyczuł ducha czasu i przewidział, że amerykańskie młode pokolenie zacznie buntować się przeciwko porządkom, jakie w świecie poranionym przez wojenne dramaty zaprowadzała generacja ich rodziców. „Buszujący…” szybko stał się dla nich biblią i – jak się powszechnie uważa – przyczynił się do wszystkich późniejszych buntów określanych wspólnym terminem „kontrkultury lat 60”.. Ale nie tylko: pisarz znalazł prosty klucz do opisania uniwersalnego modelu młodzieńczego buntu. A dopiero po latach, znając biografię autora, można odkryć, jak wiele w jego twórczości odbiło się XX-wiecznych traum i cierpienia, choć o największej z nich – II wojnie światowej, nigdy wprost nie napisał.

Strażnik młodości

Holden Caulfield, bohater i narrator powieści, nie przykładał się do nauki, traktując ignorowanie szkolnych rygorów jako formę protestu przeciw głupocie nauczycieli i bezduszności szkoły. To, co tu dużo mówić, bunt „miękki” i najłatwiejszy z łatwych. Oczywiście trudno oczekiwać, że chłopiec będzie się „wadził ze światem” – on po prostu został wyrzucony ze szkoły, a jego słynna symboliczna, buntownicza włóczęga po Nowym Jorku to wykorzystanie dwóch wolnych dni, jakie mu zostały do chwili, gdy rodzice dowiedzą się o jego szkolnych perypetiach. Ucieka więc przed problemami, co umożliwiał mu zresztą gwiazdkowy bonus finansowy od babci.

Można złośliwie wtrącić, że podobny charakter miał bunt hipisów: też odmowa udziału w czymkolwiek i też swoiste pasożytowanie na zasobach rodzinnych czy państwowych. To wielbicielom „Buszującego w zbożu” jednak nie przeszkadzało. Kolejne pokolenia czytelników fascynowała w powieści wiara w czystość młodości, w jej idealizm, w to, że dzieciństwo jest jedynym okresem w życiu człowieka, kiedy żyje się w sposób autentyczny, wolny, bez restrykcji nakładanych przez przynależność do społeczeństwa, bez zakłamania. Salingera w tym i innych utworach interesowała trwała niedojrzałość – mit wiecznego dziecięctwa.

W pamiętnej scenie z „Buszującego w zbożu” Holden opowiada swojej młodszej siostrze, jak to wyobraził sobie tłum dzieci bawiących się na polu żyta i siebie stojącego na skraju wielkiego urwiska po to, by złapać każde z nich, które znajdzie się w niebezpieczeństwie. Znaczenie tego obrazu jest proste, naiwne, ale i szlachetne. Dzieciakom grozi upadek i tylko pozostając w świecie zabawy, unikną niebezpieczeństwa, jakie im grozi. Ten temat rozwinął Salinger w swoich następnych utworach – czterech opowiadaniach, które ukazały się w dwóch tomikach na początku lat 60. To opowieści o członkach rodziny Glassów, którzy, wzorując się na najstarszym z rodzeństwa i najbardziej wrażliwym Seymourze, próbują wytrwać właśnie w stanie niedojrzałości i dziecięcej szczęśliwości. Ale to oczywiście nie jest możliwe i Seymour popełnia samobójstwo, gdy uświadamia sobie, że nie ma ucieczki przed dorosłymi problemami. „

Seymour: wprowadzenie” po raz pierwszy w wydaniu książkowym ukazało się w 1963 r. Dwa lata później, w czerwcu 1965 r., „The New Yorker” opublikował długie (i rozwlekłe) opowiadanie „Hapworth 16, 1924” i to był koniec. Salinger nie opublikował już nic więcej. Zapadło najbardziej tajemnicze milczenie w dwudziestowiecznej literaturze, a on sam zamknął się w domu w miasteczku Cornish w New Hampshire i obsesyjnie chronił swoją prywatność.

Początek koszmaru

W rodzinie Salingera otaczanie tajemnicą swojego życia było swoistą tradycją. Ale chyba nie to stało się główną przyczyną jego decyzji o radykalnym wyłączeniu się z życia publicznego, lecz splot dramatycznych przeżyć, jakich doświadczył w czasie II wojny światowej. Był człowiekiem, któremu bogowie wojny nie oszczędzili niczego.

Wyobraźmy sobie rozpieszczanego młodzieńca z bogatej rodziny nowojorskiego przedsiębiorcy, który postanowił zostać pisarzem i w związku z tym miał dość lekceważący stosunek do nauki. Matka sprzyjała mu i wierzyła w jego talenty – przejawiał również skłonność do aktorstwa – ale ojciec chciał, by syn poszedł w jego ślady. W 1937 r. wysłał niespełna 20-letniego Jerry’ego do Europy, do firm, z którymi współpracował. Chłopak najpierw przebywał w Wiedniu, potem trafił do rzeźni w Bydgoszczy, gdzie zetknął się z prozą życia. W obu miastach z narastającym przerażeniem obserwował rosnącą siłę nazizmu i napięcie związane ze zbliżającą się wojną. Do Stanów wrócił w marcu 1938 r., odmieniony, ale nie tak, jak się spodziewał jego ojciec – nie jako kandydat na biznesmana, ale człowiek otwarty na innych ludzi, jakich dotąd nie znał, obracając się w uprzywilejowanych kręgach Manhattanu. Znów coś tam zaczął studiować, ale głównie zajął się pisaniem i ostatecznie udało mu się opublikować pierwsze opowiadanie w 1940 r. Do sukcesów było jednak jeszcze daleko – zaczął je odnosić dopiero jako amerykański żołnierz.

Okładka tygodnika WPROST: 5/2020
Artykuł jest zamknięty
Artykuł został opublikowany w 5/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0