Nad granicą wytrzymałości

Nad granicą wytrzymałości

Tadeusz Konwicki
Tadeusz Konwicki / Źródło: archiwum prywatne
Od śmierci Tadeusza Konwickiego minęło niedawno pięć lat, a od chwili, kiedy wydał ostatnią książkę i postanowił więcej nie pisać – ćwierć wieku. A jednak i jego twórczość, i pamięć o nim są żywe jak w przypadku mało którego pisarza.

Wpadliśmy kiedyś z kolegą Januszem do kawiarni Czytelnika. To musiał być początek 2013 r., kiedy nie żyli już i Gustaw Holoubek, i Andrzej Łapicki – stolikowi kompani Tadeusza Konwickiego, nie żył też Henryk Bereza zasiedlający sąsiedni stolik, a Janusz nie był już naczelnym wydawnictwa Czytelnik. Konwicki siedział sam przy stoliku i na nasz widok poderwał się, wylewnie przywitał i coś zagadał, postał z nami dłuższą chwilę, a potem poszedł, bo już był po obiedzie.

Popatrzyliśmy na siebie z Januszem zdumieni, bo znaliśmy pana Tadeusza, ale poza „dzień dobry” i zdawkowe uprzejmości nasza znajomość z nim nie wykraczała. I nagle uświadomiliśmy sobie, że byliśmy chyba na tej sali ostatnimi ludźmi, jakich znał, że – młodsi o pokolenie od wszystkich wymienionych – zaświadczaliśmy jeszcze o ciągłości środowiska, bywalców kawiarni, grupy znajomych. Choć wydawało nam się, że Konwicki woli być sam przy stoliku, że nie chce mu się z nikim gadać i że dlatego chodzi po ulicy z oczami wlepionymi w chodnik, a także przychodzi na obiad najwcześniej, jak się dało, by móc wyjść, zanim zacznie się kawiarniany ruch. Niby więc chciał być sam, a jednak brakowało mu chyba ludzi. Potem widywałem go co pewien czas na Wiejskiej, on mówił jedno, dwa zdania, ja coś uprzejmie odpowiadałem, on pomykał w kierunku Nowego Światu, ja szedłem w swoją stronę.

Po miesiącach – to już pewnie był 2014 r. – zobaczyłem go, jak jakiś pomniejszony i skulony siedział na ławce na placu Trzech Krzyży przy ogrodzeniu Instytutu Głuchoniemych. Prawie nie było go widać zza paskudnego cementowego kosza na śmieci. Głowę miał opuszczoną, wyglądał słabo. To była pora jego powrotu z obiadu. Prawdę mówiąc, przeraziłem się, bo kilkadziesiąt metrów dalej, też w taki ciepły dzień, padł niedawno na chodnik Henio Bereza, a potem umarł w szpitalu. Zatrzymałem się, on podniósł głowę, słabo się uśmiechnął i powiedział, że wszystko w porządku. No to poszedłem dalej, i to było ostatnie z nim spotkanie.

A potem był już tylko pogrzeb pana Tadeusza na Powązkach Wojskowych w ponury styczniowy dzień pięć lat temu. Tłum ludzi ze środowiska literackiego i filmowego, okolicznościowe mowy, wszyscy smutni. Salwy karabinowe zrozumiałe, ale też brzmiące jako bolesny dysonans na pogrzebie człowieka, który radykalnie odciął się od swojej partyzanckiej młodości i motywów, które go do niej zaprowadziły („Powiem wam tylko, że wojna to wielka powszechna agonia” – pisał). Nie powiedział tego wprost, ale wiedziało się, że był pacyfistą. I chodzącą łagodnością. No i dopadła mnie ekipa TVP Kultura, żebym im powiedział coś okolicznościowego. Ale co można w takiej chwili… Parę zdawkowych zdań przełamujących wzruszenie uroczystością, kilka powierzchownych opinii o jego książkach, jakiś banał, że „powiedzieć dziś, że Tadeusz Konwicki był wybitnym pisarzem, to tak, jakby nic nie powiedzieć, bo wszyscy to wiedzą”. I powracający żal, że się nic ważnego nie powiedziało w ważnej chwili, bo brak refleksu, bo nerwy, bo depresyjna pogoda.

„W szponach prawdy”

Wszystkie te strzępki wspomnień wracały do mnie teraz, gdy na nowo czytałem „Kalendarz i klepsydrę”, chyba najbardziej popularną książkę Konwickiego, której kolejne wydanie zbiegło się z piątą rocznicą śmierci autora. A może i najważniejszą, choć wielu oczywiście twierdzi, że te ważniejsze to „Kompleks polski” i „Mała apokalipsa”. Ja zaś jestem przekonany, że najważniejszy z artystycznego punktu widzenia jest „Sennik współczesny” z 1963 r., bo w nim narodził się Konwicki jako pisarz, którego czytaliśmy przez dziesięciolecia. Tam pojawiły się motywy i literackie chwyty, którymi wirtuozersko żonglował w późniejszych utworach. Zaś ze wszystkich innych względów najważniejsza jego książka to właśnie „Kalendarz i klepsydra” (1976 r.), bo w niej Konwicki rozliczył się ze swoim życiem i życiowymi wyborami całego swojego pokolenia. A jest/było to pokolenie szczególnie boleśnie doświadczone i stłamszone przez historię.

Książkę pisał w 1974 r., a więc w czasach, kiedy cenzura była stałym elementem wydawniczego krajobrazu. Każdy piszący zdawał sobie doskonale sprawę z jej funkcjonowania i wielu traciło sporo energii na próby jej oszukania, a czytelnicy mieli dużo (gorzkiej) zabawy z rozpoznawaniem aluzji politycznych czy antyustrojowych w dopuszczonych do publikacji tekstach. Kto decydował się wtedy na pisanie do oficjalnego obiegu wydawniczego, automatycznie, choć z bólem, godził się na ingerencje cenzury. A w pierwszej połowie lat 70. tzw. drugiego obiegu jeszcze nie było – alternatywą była publikacja w wydawnictwach emigracyjnych, co skutkowało szykanami ze strony władzy, włącznie z całkowitym zakazem pojawiania się nazwiska autora w mediach. To było bolesne, ale już wtedy niektórzy pisarze na takie rozwiązanie się decydowali w imię swobody pisarskiej.

Konwicki jeszcze wtedy się na to nie zdecydował. Więc zaczynając pisać „Kalendarz i klepsydrę”, książkę, która miała być zapisem jego obserwacji i refleksji notowanych w ciągu roku, stanął przed zadaniem, z jakim borykało się wówczas wielu piszących: musiał zachować wiarygodność w oczach czytelników i jednocześnie tak grać z cenzurą, by nie dopatrzyła się w tym, co miała przed oczami, treści antyustrojowych czy jakich tam szukała. Udawał więc, że „Kalendarz i klepsydra” to takie nieszkodliwe plotkarskie ple-ple o warszawce, o przyjaciołach, o wspomnieniach z dzieciństwa. Obiecuje „pełen smakowitości pamiętnik. Wiem, o jakie to smakowitości idzie wam, idzie też mnie – pisał. – Bo ja także uwielbiam ploteczki, świństewka, opaskudzanie czcigodnych bliźnich”. Ostatecznie tych „ploteczek” trochę w książce się znalazło, ale nie one nadają jej ton i nie na nich zbudowana jest jej wartość.

Jednocześnie już na drugiej stronicy książki wyjawiał Konwicki, że „najmilej byłoby pisać prawdę. Całą prawdę o czasach, o ludziach współczesnych i o sobie”. Doświadczony czytelnik wiedział, co autor miał na myśli, zwłaszcza że dla mniej doświadczonych dorzucił: „Ale jest to niewykonalne z wielu powodów. Nie umiem pisać do szuflady”, a potem jeszcze: „o czasach naszych mogę pisać zaledwie ogólnikowo, o ludziach bezimiennie i ostrożnie…”. Zanim więc rozpędził się jako autor, określił ograniczenia, jakim podlegał, i jakby wytłumaczył się z tego, jaki ostateczny kształt ma jego książka. I niejako sformatował tryb lektury swojej książki, jakby zaprzeczając możliwości jej czytania jak zbioru tabloidowych „ploteczek”, czym kusił, bo – pisał – „żebym nie wiem na jakiego kłamcę wyglądał, jestem cały w szponach prawdy, tak jak wy, robaczki, czyli moi powiernicy. Przy tym fachu literackim jest to szczególnie dotkliwe i pokrętne. Prawda niczym reumatyzm włazi w rękę, która wodzi piórem po papierze”.

Pokoleniowe doświadczenia

Prawdę przede wszystkim chciał napisać o losie swojego pokolenia, o jego uwikłaniach. Najpierw więc przedstawia siebie jako człowieka, który może być każdym z tego pokolenia, w serii zabawnych scenek: raz w Spatifie ktoś rozpoznaje w nim Romana Bratnego, partyjna pisarka bierze go w Domu Literatury za Tadeusza Drewnowskiego, a kasjerka w Zaiksie chce mu wypłacić pieniądze Witolda Fillera. Ale to nie służy tylko zabawie – Konwicki nadał wtedy sygnał, że choć pisze o sobie, to jednak pisze o grupie ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia. O tych, którzy wyrośli w przedwojennej tradycji inteligenckiej, dali się uwieść tej formie patriotyzmu, która nakazuje „umrzeć za Polskę”. Sam chciał zginąć, walczył pół roku w partyzantce antyradzieckiej, choć była to walka straceńcza, chciał walczyć „do końca. Za wszelką cenę” – jak to opisał. Nie mógł pojąć, już kiedy dotarł do Warszawy, że walka jest niemożliwa, że wszystko się rozsypało, że zaczyna się nowy porządek.

Dramatycznie opisał swój ówczesny stan ducha: „byliśmy przegrani. Za nami została w tych puszczach wileńskich klęska wojskowa. My przegraliśmy swoją wojnę. Cały naiwny gniew pragnąłem gdzieś ulokować. Mogłem się obrócić tylko przeciwko sobie i tylko przeciwko swoim”. Wszystko to – jak określał – rozwścieczyło go i wtedy „pokazał się marksizm”. Konwicki pisze o tej konwersji otwartym tekstem, nie zamazywał prawdy w przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników. Dał się uwieść pięknym hasłom i służył im swoją literaturą, z czego zresztą się w „Kalendarzu i klepsydrze” tłumaczy, nie ukrywa swojej przeszłości, nie przemilcza, i za to czytelnicy go cenili i kochali. Widzieli w nim odważnego człowieka, który uwiedziony jednymi hasłami poszedł walczyć z bronią w ręku, a potem uwiedziony innymi, jak się okazało fałszywymi, miał odwagę mówić i pisać o tym, ryzykując anatemę, bo przecież nikt nie był stalinowcem poza prawdomównym Konwickim.

Kiedy stalinizm upadł i nastał czas łagodnej wersji tzw. demokracji ludowej, „odnowiony” Konwicki, jak też inni członkowie jego pokolenia, zaczął pisać literaturę artystyczną i kręcić filmy, w obu dziedzinach odnosząc sukcesy. Ale w „Kalendarzu i klepsydrze” nazywał sam siebie ironicznie „peerelowskim mieszczaninem” czy „normalnym półinteligentem”, jakby zaznaczając, że widzi się poza artystycznym targowiskiem próżności, że jest osobny, co było prawdą – nie było widać ani słychać, by ścigał się z kolegami, zazdrościł, by zabiegał o przywileje i korzyści. Nie zależało mu na wyjazdach zagranicznych, co zresztą jest jednym z wątków „Kalendarza…”. Robił swoje i o nic więcej mu nie chodziło. I za to też czytelnicy go cenili, bo taka postawa była łatwo wyczuwalna w tym, co pisał i mówił w wywiadach. Jakby się zamknął w sobie i w światku kilkunastu najbliższych osób, jakby – jak to napisał – „nauczył się chodzić w maneżu”.

Lont się tli

Rezygnacja ze wszystkiego, obojętność, ale i przenikliwa obserwacja świata – to dominujące cechy „Kalendarza i klepsydry”. Pisana za wczesnego Gierka książka oddawała nastroje powszechne. Ale rzecz w tej książce najważniejsza nie jest opisana wprost, a rozdrobniona i poukrywana w różnych jej zakątkach. Pisząc ją, miał Konwicki niespełna 50 lat, a więc nie był starym pisarzem, jak to się nam dzisiaj wydaje, był pisarzem w pełni sił, w szczytowym momencie i nie mógł znieść – jak sobie to dzisiaj wyobrażam – życia w takim intelektualnym mroku, w jakim byliśmy wszyscy pogrążeni. Stąd te zdania w „Kalendarzu…”: „Żarzymy się jak bateryjne żaróweczki albo jak robaczki świętojańskie. Oświetlani własnym wątłym blaskiem, pocieszamy się, że to piękny słoneczny dzień, który przynosi dobre nowiny. A tu tymczasem noc. (…) Noc najstraszniejsza, bo na pewno nie ostatnia. A kiedy się rozwidni, a kiedy wzejdzie słońce (…) co zobaczymy…”.

Takich fragmentów i fragmencików można w tej książce znaleźć sporo. To one stanowią o jej sile i zapowiadają, że w Konwickim coś wtedy już dojrzewało, jakieś decyzje, jakieś plany, że dochodził do granicy wytrzymałości. Im bliżej końca, tym takich wtrąceń więcej, choć pojawią się także zdania o słabnięciu, o braku sił. Widać wyraźnie, jak rozchwiany był w trakcie pisania. Z jednej strony: „stawiam opór i (…) nie pozwalam skuć się schematom, które przez całą dobę oplatają mnie miłośnie (…). Nawet nie próbuję dyskutować. (…) Bo dyskusja w jaskini to przyjęcie statusu jaskiniowca”. Z jednej strony więc rozpacz, z drugiej – rezygnacja, „zdychanie”.

Wydaje się, że jeszcze nie wiedział – pamiętajmy, że pisał tę książkę w 1974 r. – co zrobi w następnych latach, ale widać, że już burzył się wewnętrznie. W sumie może i było mu jakoś tam wygodnie w roli „pracownika umysłowego”, w którego wedle własnych słów się przekształcił, ale już czuć, że lont jest odpalony i za chwilę ta fasada wyleci w powietrze, i znów narodzi się ukryty za nią „literat”. No i ta eksplozja nastąpiła w 1977 r. – jego powieść „Kompleks polski” ukazała się jako specjalny numer podziemnego „Zapisu”, co było aktem odwagi, bo nikt nie wiedział, na jakie konsekwencje się pisarz narażał. W 1979 r., również w „Zapisie”, pojawiła się w Polsce poza cenzurą słynna „Mała apokalipsa”. Później w tym samym obiegu „Wschody i zachody księżyca” (1982 r.) i „Rzeka podziemna” (1984 r.). Sława i legenda Konwickiego poszybowały pod niebiosa.

A jeszcze później „się rozwidniło”, „wzeszło słońce” i z twórczości Konwickiego jakby uszło powietrze: wydał pełne uroku „Czytadło” (1992 r.), „Pamflet na siebie” (1995 r.) i koniec. Przez ostatnie dwie dekady życia chadzał z przyjaciółmi na kawę do Bliklego, na obiad do Czytelnika, na samotne spacery po Warszawie i podobno konsekwentnie nic nie pisał. Bo – jak mówił – wszystko, co miał do napisania, już napisał

Okładka tygodnika WPROST: 10/2020
Artykuł został opublikowany w 10/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także