O.S.T.R. Na czym polega fenomen jednego z najważniejszych polskich hiphopowców?

O.S.T.R. Na czym polega fenomen jednego z najważniejszych polskich hiphopowców?

O.S.T.R.
O.S.T.R. / Źródło: Newspix.pl / Mateusz Slodkowski/Fotonews
Przez lata był wizytówką polskiego hip-hopu, w swojej działce osiągnął właściwie wszystko. Teraz, gdy na firmamencie błyszczą już inni, O.S.T.R. zdążył zostać pisarzem, a zaraz będzie komikiem. Fenomen rapera tłumaczy znawca hip-hopu, Marcin Flint.

Nie ma jeszcze czterdziestki. Ma za to ponad dwadzieścia płyt na koncie, z których od 2012 roku każda (poza z założenia niszowymi projektami) debiutuje na szczycie zestawienia sprzedażowego OLiS. Jako raper Adam „O.S.T.R”. Ostrowski nagrywał z legendami, na których się wychowywał. Z koncertami kilkukrotnie zjechał Polskę wzdłuż i wszerz, a jego renoma – zwłaszcza jako producenta muzyki – sięga daleko poza granice kraju. Z Fryderyka, najważniejszej nagrody branży muzycznej, uczynił element wyposażenia toalety w domu na kielecczyźnie, aie przeszkadza mu to być na ty z Katarzyną Nosowską, Dawidem Podsiadło, Michałem Urbaniakiem i Zbigniewem Hołdysem. A zna go nie tylko środowisko muzyczne. Jego synowie mówią „wujku” do gwiazd, które ich rówieśnicy oglądają grając w „Fifę”. A, i właśnie ukazała się jego autobiografia - „Brzydki, zły i szczery”,

Aż nie chce się wierzyć, że jeszcze kilka lat temu mogło być po wszystkim. Adam ma jedno płuco, przewalczył nowotwór. Zmienił sposób funkcjonowania, priorytety, a traumatyczne wydarzenia przekuł w gigantyczny sukces sprzedażowy. Potrójna platyna dla albumu „Życia po śmierci” (2016) uczyniła krążek najlepiej się sprzedającym się albumem nad Wisłą. Nie w jego działce, nie wśród rodzimych artystów, tylko w ogóle. Ktoś zagrał tu ostro. I wygrał.

W czym tkwi sekret O.S.T.R.-a ? W połączeniu dużego talentu i dwóch dekad katorżniczej pracy, filmowym przykładzie zatracenia się w pasji, która ze zdrowego nastolatka klepiącego piłkę do kosza na boisku na łódzkim Teofilowie uczyniła blady, niechlujnie postawiony, brodaty przecinek, napędzane słodyczami zombie w wiecznej drodze od studia do klubu.

Ale też w tym, że Adam jest nasz, swojski, poskładany z niewybrednych dowcipów o seksie i własnej fizyczności, z miłości do polskich komedii, zwierząt oraz piłki nożnej, ze słabości do używek (zwłaszcza jednej). Brat łata z bloku w Łodzi, który od pierwszej, wydanej osiemnaście lat temu płyty grilluje polityków, celebrytów i policję. W nagraniach wylewających się z dostarczanych z bezwzględną regularnością albumów (rodzimy słuchacz rapu podobnie jak rodzimy konsument lubi dostać dużo) oprowadza po wszystkich zakamarkach osiedla i siebie, nie stroniąc od pozy pierwszego bezczelnego i ostatniego sprawiedliwego. Na koncertach ludzie zakochiwali się w jego przesadnej skromności i improwizacjach, nieraz wielkich jak pomniki Mickiewicza. I zawsze zostawał pogadać.

Ostrowski jest też muzykiem – z akcentem na pierwszą sylabę tego słowa. I ma na to papier. To spory kompleks hiphopowców, którzy dwustuprocentowo pewni siebie na teledyskach czują się gdzieś w środku artystami na pół gwizdka. Bo przecież nie znają nut, nie śpiewają, nie grają na instrumentach. Ostrowski gra na skrzypcach, jak trzeba to na klawiszach i pewno tak naprawdę na wszystkim, co mu się podsunie. Zna się na triolach, synkopach i akordach. Nie będzie wiedzą epatować, ale kiedy trzeba ukłuje nią dziennikarza w wywiadzie, tak jak i pojeździ smyczkiem po strunach zaskakując publiczność dużego hiphopowego festiwalu. W oczach odbiorców, karmionych stereotypami o tym, że hip-hop nie jest prawdziwą muzyką, że się go produkuje nie gra, że to na kradzionych fragmentach cudzych kompozycji, O.S.T.R. jest z innej bajki. Czy disneyowskiej? Bez przesady, choć można bez żenady pakietować go w Męskim Graniu.

Artysta sporo też w swojej dyskografii kombinował. Zrobił sobie z płyty film kryminalny („Tylko dla dorosłych”), zaangażowany społecznie koncept album o ukochanym mieście („Hollyłódź”) i esencjonalny, hip-hopowy manifest („Jazzurekcja”). Nagrywał solo, w projektach, w zespołach. Był funkowy, jazzowy, soulowy, reggae’owy. Organiczny, symfoniczny i elektroniczny. Rok temu, na płycie „W drodze po szczęście” mrugał okiem do młodszego odbiorcy, który potrzebuje ładnych melodii, podśpiewywania, klubowego sznytu i luksusowych marek. Ale na najnowszej „Instrukcji obsługi świrów” jest na kursie kolizyjnym z obecnym rapowym pokoleniem, jego hedonizmem, hiperkonsumpcją i rehabilitacją kiczu.

Autor: Marcin Flint

Okładka tygodnika WPROST: 25/2019
Cały artykuł dostępny jest w 25/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także