Pasuje mi tak, jak jest

Pasuje mi tak, jak jest

Zenek Martyniuk
Zenek Martyniuk / Źródło: Marek Kwiecień
Niewielu polskich piosenkarzy wzbudza tak dużo emocji jak Zenon Martyniuk. I niewielu ma tak mało filmowe życie, które właśnie doczekało się ekranizacji.

Czuje się pan wyróżniony filmem o sobie?

Jest mi bardzo miło, ale woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Niektórzy pytają złośliwie: Kim jest ten Martyniuk, żeby robić o nim film? Sam nie wiem, co odpowiedzieć. Jestem symbolem pewnej kultury, na moje koncerty przychodzą tysiące osób, mam wielu fanów. Wydano o mnie książkę, w Białymstoku namalowano mural z dedykacją dla mnie. Podobno imię Zenek kojarzy się w Polsce tylko ze mną, choć starsi pamiętają jeszcze innych Zenków – Laskowika i Jaskułę.

Po prostu jest pan królem.

To tylko żart. Gdy zdobyłem popularność, w Polskim Radiu Białystok nie było audycji, żeby ktoś nie zadzwonił z prośbą o moją piosenkę. Prowadzący lekko złośliwie zapowiedział, że zaraz poleci numer niekoronowanego księcia Podlasia. Od tego już krótka droga do króla disco polo. I tak się utarło.

W „Zenku” w reżyserii Jana Hryniaka widz znajdzie całą prawdę o panu?

Większość wydarzeń jest inspirowana moją młodością, chociaż reżyser dodał też coś od siebie. Jakub Zając, który wciela się w moją postać, jest uderzająco podobny do mnie z czasów młodości. Zresztą okazało się, że dawno temu był na moim koncercie. Jako dowód przyniósł na spotkanie mój autograf. Klara Bielawka do złudzenia przypomina moją żonę Danusię, gdy ją poznałem. Cała obsada, również Krzysztof Czeczot, Magdalena Berus czy Karol Dziuba od razu przypadli mi do gustu. To młodzi, zaangażowani aktorzy. Jeśli kogoś interesuje historia mojej kariery, początki muzyki disco polo, życie na pograniczu kultury cygańskiej, białoruskiej, prawosławnej i katolickiej, to wszystko znajdzie w filmie.

Znaczna część akcji dzieje się na Podlasiu.

Większość scen jest kręcona w moich rodzinnych stronach. Są piękne zdjęcia z okolic Góry Grabarki, serca prawosławia, gdzie szwendaliśmy się i biesiadowaliśmy przy ognisku. Jeśli czegoś mi brakuje, to jeszcze więcej krajobrazów regionu. No i podróży pociągami, w których spędziłem dużą część młodości – z rodzinnej wsi jeździłem do Białegostoku, a dla młodego dzieciaka to nie lada wyprawa. Ale wtedy wyszedłby film drogi albo przyrodniczy.

Scenariusz pomija lata 90., czyli szczyt popularności zespołu Akcent. Zależało panu na tym, by ukryć burzliwy okres w swoim życiu?

Nie mam niczego do ukrycia, bo nigdy nie wiodłem specjalnie burzliwego życia. Z żoną obchodzimy w tym roku 31. rocznicę ślubu, syn ma 30 lat, a ja zostałem dziadkiem. Moim grzechem było to, że dużo pracowałem i zdarzało się, że rodzinie poświęcałem zbyt mało czasu. Rekompensowałem im to, jak umiałem. Do dziś na dłuższe wyjazdy w szczególnie ciekawe miejsca zabieram ich ze sobą. Zdarzało mi się wypić piwo, ale nigdy nie przesadzałem. Od wielu lat nie piję alkoholu. Muzyk nie może wychodzić na scenę w złej formie.

To prawda, że pan wymyślił nazwę disco polo?

Wcześniej nazywało się takie utwory piosenką chodnikową, bo kasety, a potem płyty CD sprzedawało się na giełdach, straganach i stadionach. Były rozłożone na maskach samochodów albo na składanych łóżkach polowych rozstawionych na chodniku. Sławomir Skręta, założyciel wytwórni Blue Star w Regułach, postanowił zaprosić gwiazdę muzyki italo disco Savage’a, czyli Roberta Zanetti, i zorganizować koncert z polskimi zespołami. Na plakacie był napis – gwiazda italo disco i gwiazdy muzyki chodnikowej. Zasugerowałem, że to nie brzmi dobrze. Że lepiej byłoby napisać gwiazdy italo disco i polo disco. Ostatecznie zamieniliśmy kolejność słów. I powstało disco polo.

Okładka tygodnika WPROST: 7/2020
Artykuł jest zamknięty
Wywiad został opublikowany w 7/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0