Właścicielka kilkuset marketów: Małe sklepy nie bankrutują przez zakaz handlu

Właścicielka kilkuset marketów: Małe sklepy nie bankrutują przez zakaz handlu

Marzena Gradecka prowadzi ponad 300 drogerii Jasmin
Marzena Gradecka prowadzi ponad 300 drogerii Jasmin / Źródło: Jasmin
– Idąc dalej tą samą drogą, co przez ostatnie ćwierć wieku, za kilka, kilkanaście lat możemy nie mieć żadnej polskiej sieci handlowej, a może nawet żadnego polskiego sklepu. Nie ma w Europie drugiego dużego kraju, który by sobie na to pozwolił – mówi Marzena Gradecka, jedna z najbogatszych Polek, która prowadzi sieć drogerii Jasmin oraz marketów Rabat i Aligator.

Szymon Krawiec: Mija rok od wprowadzenia zakazu handlu w niedziele.

Marzena Gradecka: Proszę, nie używajmy tego słowa. Za dużo go ostatnio.

Jakiego?

Że to zakaz.

A jak to nazwać?

Wyraz zakaz jest agresywny. Jak Polakowi się czegoś zakazuje, to włącza się sprzeciw, chce walczyć o wolność. Dlaczego nie mówi się po prostu o wolnej niedzieli? O tym, że od roku w niektóre niedziele półtora miliona rodzin, które pracują w handlu, może wreszcie spędzić czas ze sobą. O tym, że wolna niedziela ma znaczenie dla zdrowia społeczeństwa, a zakupoholizm jest poważnym problemem społecznym.

Wolne niedziele miały pomóc małym sklepom, a według różnych szacunków w zeszłym roku zamknęło się ich od kilku do kilkunastu tysięcy.

Szacunki z natury rzeczy są nieprecyzyjne. Osobiście wątpię, żeby to było kilkanaście tysięcy. Jakie są realia, zobaczymy za kilka miesięcy. Fakt, że od lat zamykają się małe, polskie sklepy, nie ma żadnego związku z wolną niedzielą. To efekt globalizacji. Z drugiej strony GUS właśnie opublikował dane, że w 2018 r. pierwszy raz od wielu lat wyhamowała tendencja spadku liczby osób prowadzących działalność w sektorze handlu.

A liczba marketów ciągle rośnie.

O tym właśnie mówimy. Globalizacja. Według zachodnich ekspertów to cud, że w ogóle mamy jeszcze jakieś polskie sklepy. Zawdzięczamy to niesłychanej zaradności i pracowitości polskich kupców. Od lat polskie sklepy zamykają się przez niekontrolowaną inwazję zachodnich sieci. To proces, który wolne niedziele mogą odrobinę wyhamować.

Upadają nie tylko małe polskie sklepy, ale też duże sieci. Kłopoty ma Piotr i Paweł, zniknęła Alma, na krawędzi bankructwa tańczy Bać-Pol.

Problemem naszego kraju jest to, że idąc dalej tą samą drogą, co przez ostatnie ćwierć wieku, za kilka, kilkanaście lat możemy nie mieć żadnej polskiej sieci handlowej, a może nawet żadnego polskiego sklepu. Nie ma w Europie drugiego dużego kraju, który by sobie na to pozwolił. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest to sytuacja potencjalnie groźna dla polskiej racji stanu.

Pani działa w handlu od kilku dziesięciu lat. Walcząc o wolne niedziele, nie było żalu, że w niedzielę się nie zarobi?

Nie było, jestem ekonomistką. Umiem liczyć i przewidywać procesy. Nie widziałam ryzyka realnej straty obrotów i zysków, a w zamian można było dostać zdecydowaną poprawę komfortu pracy kierownictwa i personelu sklepów. Poza tym jest też kwestia wychowania. Pochodzę z jednej z najstarszych rodzin kupieckich w Polsce. Moja prababka Michalina jeszcze pod koniec XIX w. prowadziła sklep w Jazłowcu koło Tarnopola. Losy kresowej części mojej rodziny, poza mamą nauczycielką, zawsze były związane z kupiectwem. To była ich natura. Wygląda na to, że to też moja natura. A ta natura nie jest pazerna, tylko odpowiedzialna.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2019
Cały wywiad dostępny jest w 8/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 5