Między frankofonią a kakofonią

Między frankofonią a kakofonią

Andrzej Duda i Emmanuel Macron
Andrzej Duda i Emmanuel Macron / Źródło: KPRP/Jakub Szymczuk
Obdarzenie niepopularnego w UE rządu polskiego odrobiną oślepiającego blasku Republiki Francuskiej to gest, który niewiele kosztuje jego przywódcę. Zwłaszcza, jeśli można spieniężyć go w postaci nowych kontraktów zbrojeniowych czy inwestowaniu w transformację energetyczną w Polsce

Frankofońskie sentymenty Polaków, znane od czasów napoleońskich i kontynuowane potem w epoce de Gaulle’a czy Mitteranda były ostatnimi laty wystawiane na wielką próbę. Bo niby ta Francja jest nam jakoś bliska i mocno sojusznicza, ale jakoś tak wychodziło, że kolejni lokatorzy Pałacu Elizejskiego pojawiali się u nas raczej jako komiwojażerowie niż mężowie stanu z nowymi ideami. Nie to jest jednak najgorsze, bo w końcu każdy przywódca to robi. Najgorsze, że tak się na tym swoim geszefcie skupiali, że jak coś im nie wyszło, to zaraz dawali upust przysłowiowej francuskiej arogancji. Nie będziemy tu szafować nazwiskami, żeby szanowny gości znad Sekwany nie urazić, ale zorientowani w zakrętach naszej frankofonii czytelnicy łatwo przypomną sobie, kto komu kazał siedzieć cicho i kto się ciskał, jak mu się nie udało wcisnąć wątpliwej jakości śmigłowców.

Ta ostatnia zniewaga dla francuskiej dumy narodowej była tak wielka, że aż siedem długich lat trzeba było czekać na zaszczyt, jakim niewątpliwie jest dla nas wizyta Pierwszego Obywatela Francuskiej Republiki. Nie było to jednak chude lata, choć niewątpliwie lekko nie było ani gospodarzem w Warszawie, ani tym bardziej gościom z Paryża, zmagającym się z tymi samymi co zawsze problemami społecznymi i gospodarczymi, pomnożonymi przez zawirowania w samej UE.

To one ściągnęły tu , który przyleciał do Polski kilka dni po formalnym dokonaniu Brexitu. Nieobecność Wielkiej Brytanii w Unii powoduje także zmianę europejskiej arytmetyki politycznej. Polska staje się ważniejsza niż była dotąd i to niezależnie od tego, jaki rząd aktualnie zasiada w Warszawie. Dla obecnie rządzącej ekipy to wygodna sytuacja, pozwalająca stwierdzić, że Macron w końcu musiał uznać jej wartość i jakość uprawianej przez nią polityki europejskiej. Opozycja w Polsce pewnie mówiłaby coś zupełnie przeciwnego, ale zostańmy przy faktach. A one są takie, że Macron w końcu jednak do Warszawy dotarł i z prezydentem Dudą i premierem Morawieckim będzie ręce ściskał. Nawet jeśli nie zapomni o obowiązujących w UE mantrach, jak np. o praworządności, to liderzy obozu rządzącego puszczą to mimo uszu.

Bo chodzi o to, żeby splendor Republiki Francuskiej spłynął na liderów obozu rządzącego a nie na panów Budkę czy Biedronia. Nic to go nie będzie kosztować, taki uprzejmy gest, świetnie wypadający w wyborczych spotach. Zwłaszcza, jeśli da się go spieniężyć w postaci jakiś nowych zamówień zbrojeniowych czy ofert inwestycji, które mogą przydać się w odchodzeniu od węgla w Polsce. To są piosenki, które w Polsce wielu zna o nawet całkiem je lubi. Dlaczego więc i nie oszaleli ponoć z nienawiści do Europy pisowcy nie mieli by w końcu zacząć nucić sobie trochę francuskich melodii?

Źródło: Wprost

Czytaj także

 0